https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Pożegnanie weterana

Ostatni wałbrzyski weteran II Armii Wojska Polskiego odmaszerował na wieczną wartę żołnierskiej chwały. 27 maja 2022 r. na cmentarzu w Dziećmorowicach, rodzina, druhowie z ochotniczej straży pożarnej i przedstawiciele lokalnej społeczności pożegnali zmarłego Marcina Zajączkowskiego, który w tej urokliwej podwałbrzyskiej miejscowości mieszkał prawie 70 lat.

A dokładnie od lipca 1952 r. Do Wałbrzycha przybył wcześniej – w lipcu 1946 r. jako zdemobilizowany żołnierz II Armii Wojska Polskiego i wtedy w dzielnicy Nowe Miasto zamieszkał przy ul. Samosiery 3. To wojenne wydarzenia wykreowały Jego osobisty szlak życiowy do Wałbrzycha i – ostatecznie – do Dziećmorowic.

Rodzina Zajączkowskich od pokoleń mieszkała na kresach wschodnich Rzeczypospolitej, w wiejskiej wówczas miejscowości Nowa Borowa (obecnie to jest miasto liczące prawie 10 tys. stałych mieszkańców, z aktywnym polonijnym środowiskiem kolejnych pokoleń Polaków, posiadających też Kartę Polaka). Do pierwszego niewielkiego miasta Korosteń, oddalonego o 40 km, już w 20 latach XX w. można było dojechać pociągiem i dalej, pokonując 80 km, do Żytomierza – największej aglomeracji miejskiej i administracyjnej. Ten  region dawnej Rzeczypospolitej, po wojnie polsko -bolszewickiej w 1920 r. – na mocy Traktatu Ryskiego, zawartego w 1921 r. – pozostał w bolszewickiej Rosji. Ta sytuacja spowodowała, że prawie milion Polaków od pokoleń żyjących na tym obszarze, teraz stało się obywatelami radzieckiej administracji. W grudniu 1922 r. powstał Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (też w grudniu, ale 1991 r. dokonało się samorozwiązanie ZSRR i powrócono do historycznej nazwy – Rosja). W pierwszej dekadzie panowania władzy Związku Radzieckiego trwał tu względny narodowy i społeczny spokój. W tym czasie powstał nawet polski rejon narodowościowy (wokół Dywbusza) – nazwany Marchlewszczyzną. Od 1933 r. na Ukrainie rozszerzało się zjawisko głodu, jako skutek bolszewickich, rewolucyjnych metod zarządzania procesami gospodarczymi i społecznymi. Winnymi takiej kilkuletniej pandemii śmierci z głodu, czyli tysięcy ludzi masowo umierających, zwłaszcza w miastach, na ulicach – władze bolszewickie wskazały… „wrogów ludu”! Urzędy NKWD w obwodzie żytomierskim masowo aresztowały i rozstrzeliwały „sprawców” tej  głodowej  śmierci na Ukrainie, czyli społecznie aktywnych Ukraińców, Rosjan, Polaków oraz Żydów. W latach 1933-1940 terror NKWD i klęska głodowa w obszarze Ukrainy doprowadziła do śmierci 3-4 milionów Ukraińców, Rosjan i wielu tysięcy Polaków od pokoleń żyjących na tych wschodnich kresach dawnej Rzeczypospolitej.

W otoczeniu takich tragicznych wydarzeń rodzina Zajączkowskich bezpiecznie przeżyła okrutne bolszewickie lata 20 i 30 ubiegłego wieku w rodzinnej, wiejskiej miejscowości Nowej Borowej. Marcin Zajączkowski według dokumentacji urodził się 23 października 1925 r., ale faktycznie rodzice cieszyli się jego obecnością w rodzinie już rok wcześniej! Takie oszustwa rejestracyjne urodzeń synów (nie tylko w rodzinach polskich) były w zaborze rosyjskim wielopokoleniowym zwyczajem. To rodzice zabiegali o taki efekt administracyjny w celu późniejszego poboru synów do służby wojskowej lub całkowitego uniknięcia militarnego obowiązku (z wielu motywów). Taką „operację administracyjną” z Marcinem przeprowadził kuzyn pracujący w urzędzie w Nowej Borowej. W rodzinie Zajączkowskich było 6 synów i jedna córka Adela (która urodziła się w 1937 r.).

 – Ale mówiliśmy do niej Ola – wspominał Pan Marcin w jednej z wielu naszych rozmów.

Wojna niemiecko – rosyjska, która rozpoczęła się w czerwcu 1941 r. i dalszy jej bieg w rodzinie Zajączkowskich utrwalił się tragicznymi skutkami i pokoleniową traumą. Ojciec rodziny, wraz z najstarszym synem zostali w 1941 r. wcieleni do Armii Czerwonej. Obaj polegli w walkach frontowych. Marcin Zajączkowski w grupie kilkudziesięciu młodych mieszkańców Nowej Borowej i okolic, w lutym 1944r. musiał stawić się w koszarach w Korosteniu. Po kilku dniach w składzie dużego kolejowego transportu, wypełnionego poborowymi Ukraińcami, Polakami i Rosjanami – przeważnie w młodym wieku – jechał kilka dni na wschód. Dotarli na ogromny poligon Iwanowo, położony kilkaset kilometrów od Moskwy.

– To był inny świat: wielka przestrzeń, mróz 30 stopni i śnieg, inne  lasy, słońce  w oddali – tak Pan Marcin wspominał ten poligonowy epizod w kilku naszych rozmowach, które kontynuowałem przez wiele lat z tym ciekawym świadkiem wydarzeń, nie tylko wojennych.

W takich warunkach Zajączkowski szkolił się w swojej pierwszej specjalności żołnierza strzelającego z działa przeciwpancernego. Po 3 miesiącach szkolenia, wówczas jako żołnierz Armii Czerwonej, wyruszył na front. Ta batalionowa formacja po kilku dniach dojechała transportem kolejowym do miejscowości Krycze na Białorusi. Żołnierze wiedzieli, że są w strefie walk frontowych. Wokół czuło się wiosenny powiew. Pewnego dnia zarządzono zbiórkę całego batalionu, co oznaczało, że szykowało się coś istotnego.

–  Zauważyliśmy, że pojawili się nieznani nam oficerowie rosyjscy. Bez żadnych wyjaśnień oznajmiono, że wyczytani z listy żołnierze mają wystąpić przed front batalionu. Szybko zorientowaliśmy się, że wywołują z szeregów tylko Polaków! Wszyscy, a była to spora grupa żołnierzy, spodziewaliśmy się tragicznego dla nas losu. Zbliżyło się do nas  3 rosyjskich oficerów i nagle jeden z nich odezwał się po polsku; jeszcze dzisiaj pojedziecie do swojej narodowej armii – wspominał  Pan Marcin w rozmowie ze mną przed 5 laty.

Tak też się stało: prawie natychmiast, z wystawionym zbiorowym dokumentem i indywidualnymi porcjami prowiantu, z miejscowej stacji kolejowej pojechali do Żytomierza. Tam, w koszarach, dołączyli do kilkuset Polaków, którzy w innych, czyli polskich mundurach i czapkach rogatywkach z orzełkiem, kontynuowali żołnierskie szkolenie. Na placu apelowym powiewała biało-czerwona flaga, dominowała polska mowa, polskie wojskowe komendy. „Rota” i „ Kiedy ranne wstają zorze” i inne tradycyjne oraz nowe polskie wojskowe pieśni były powszechnie śpiewane, akceptowane przez dowództwo obu armii polskich na wschodnim froncie.

W lipcu 1944 r.  teraz saper M. Zajączkowski w 15 Batalionie saperów  w składzie 1 Korpusu Pancernego II Armii Wojska Polskiego był już w Chełmie Lubelskim. W kwietniu 1945 r. uczestniczył w krwawych walkach nad Odrą na kierunku Niesky – Budziszyn. Ale 9 maja 1945 r. był już w Mielniku nad Łabą (w Czechosłowacji) i tam usłyszał, tak jak wszyscy żołnierze tej strasznej wojny, że Niemcy skapitulowały. Koniec wojny! Był świadkiem jak tego dnia oficerowie rosyjscy i amerykańscy, których wojska spotkały się tu nad brzegami Łaby – wzajemnie się odwiedzali amfibiami i radowali się wspólnie, korzystając z dobrze zaopatrzonych lokalnych winnic. Żołnierze rosyjscy i polscy wspólnie degustowali zasoby lokalnego wina i piwa, radośnie utrwalając zwycięstwo i pamięć o tym dniu. Powszechna radość… i co dalej?

W obu armiach Wojska Polskiego zdecydowaną większość stanowili oficerowie, podoficerowie, zwłaszcza żołnierze Polacy (i Polki! M.in. „Platerówki”, personel medyczny) niedawni zesłańcy na Syberię i mieszkańcy wschodnich obszarów II Rzeczpospolitej, które 17 września 1939 r., ówczesny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich zajął (na mocy paktu Ribbentrop – Mołotow). Z tego terytorium, od stycznia 1940 r. do czerwca 1941 r. prawie 300 tys. Polaków deportowano w obszar syberyjskiej tajgi. W tym czasie tysiące polskich rodzin z polskich kresów wywieziono też do Kazachstanu. To było terytorialnie drugie środowisko wówczas deportowanych Polaków. Ten kazachstański tragiczny fakt we współczesnej polskiej świadomości i wiedzy historycznej jest mniej znany. Ale to już jest inny problem. Natomiast Marcin Zajączkowski jest reprezentantem trzeciego – dziś właściwie zapomnianego – środowiska Polaków, zdecydowanie więcej niż milionowego, które decyzją Traktatu Ryskiego pozostało w bolszewickiej Rosji, jako obywatele tego imperium.

Marcin Zajączkowski – żołnierz II Armii Wojska Polskiego w marcu 1946 r. w Gnieźnie został zdemobilizowany i w tym miesiącu już zamieszkał w Wałbrzychu. Rozpoczął pracę w kopalni „Mieszko” na Podgórzu, w straży przemysłowej, ale niebawem przeniósł się do straży pożarnej i tej profesji pozostał wierny. Od maja 1950 r. – jako fachowiec straży pożarnej – kontynuował pracę przez 5 lat w odkrywce w Starym Julianowie, przy wydobywaniu rudy uranowej. Po zakończeniu tej eksploatacji powrócił do kopalni „Mieszko”, do strażackiej profesji. Był już społecznie aktywnym mieszkańcem Dziećmorowic.

W 1959 r. po raz pierwszy pojechał do swoją matki i rodziny, nadal żyjących w Nowej Borowej w ówczesnym Związku Radzieckim. Wielokrotnie potem odwiedzał, także z synem Józefem, najbliższą rodzinę, powiększającą się tam o kolejnych bratanków, bratanice, wnuków itd. Od pierwszego rodzinnego spotkania po 15 latach, przy każdych kolejnych odwiedzinach – tak mi relacjonował Pan Marcin Zajączkowski – zawsze zachęcał najbliższych członków rodziny do repatriacji, zamieszkania w Wałbrzychu, a nawet Dziećmorowicach. Jedynie dalsi kuzyni i inne osoby z Nowej Borowej skorzystały z tych Jego zachęt emigracyjnych i osiedliły się w gminie Żórawina koło Wrocławia.

W Dziećmorowicach Marcin Zajączkowski również angażował się w działalność strażacką. Wielokrotnie w latach 60-tych był wybierany na funkcję gospodarza Ochotniczej Straży Pożarnej w Dziećmorowicach . Również w 1977 r. członkowie miejscowej OSP, wybierając zarząd tej formacji w składzie: Roman Świst – prezes, Konstanty Kucia i Roman Lech – wiceprezesi, funkcję gospodarza kolejny raz powierzyli – M. Zajączkowskiemu. W 1980 r. ten frontowy, waleczny żołnierz Wojska Polskiego i zawodowiec kopalnianej straży pożarnej w Wałbrzychu, wspomagający lokalną OSP w Dziećmorowicach, rozpoczął emerytalny etap swojego życia. Miał teraz więcej czasu na, m.in. na dłuższy pobyt u syna w USA, w Nowej Borowej też bywał jako nestor rodziny, a także u rodziny w Żórawinie. W Wałbrzychu mieszkają 2 córki tego weterana wojennego i służby strażackiej oraz grupa wnuków i 2 prawnuków.

W 2011 r., z dużą aktywnością Adama Hausmana – wójta Gminy Walim, Aleksandry Ignaszak – sekretarz Gminy Walim, a także mieszkańców Dziećmorowic wraz z grupą aktywnych lokalnych działaczy społecznych, m.in. Krystyną Bukowską, Joanną Kwiatkowską – członkami rady sołeckiej , Marianem Domagałą – prezesem OSP, lokalnymi przedsiębiorcami, m.in. Andrzejem Polem, Ryszardem Dutką, Waldemarem i Ryszardem Maciągiem –uczczono 700 lat dziejów Dziećmorowic (Dittmannsdorf) w formie lokalnych inicjatyw i uroczystości. W przestrzeni publicznej umieszczono trwałe symbole i informacje o historycznych, wielokulturowych dziejach tej miejscowości. Dzień 11 czerwca 2011 r. był dniem publicznego uhonorowania dziejów tej cywilizacyjnie rozwijającej się miejscowości. W tym dniu na boisku LZS Sudety znany wałbrzyski fotoreporter prasowy Ryszard Wyszyński wykonał zbiorową fotografię 360 mieszkańców Dziećmorowic, znanych z imienia i nazwiska. To jest trwały dokument, który z upływem czasu będzie stawał się coraz bardziej interesującą wartością historyczną dla kolejnych pokoleń mieszkańców Dziećmorowic i profesjonalnych historyków. Na tym zdjęciu jest również Józef Zajączkowski, Zofia Zajączkowska i Marcin Zajączkowski.

Ten weteran II Armii Wojska Polskiego, uczestnik okrutnych walk nad Odrą, wokół Budziszyna w marcu i kwietniu 1945 r., po tych wojennych doświadczeniach przez 76 lat swojej dalszej aktywności pracowniczej, społecznej i rodzinnej w Wałbrzychu, w większości przeżył w Dziećmorowicach. Tu, na miejscowym cmentarzu, 27 maja 2022 r. został pochowany w asyście druhów miejscowej OSP.

I końcowa już refleksja: istnieje duże prawdopodobieństwo, że zmarły Marcin Zajączkowski – w Wałbrzychu i powiecie wałbrzyskim był ostatnim na tym obszarze uczestnikiem II wojny światowej jako żołnierz II Armii Wojska Polskiego, znakomitym świadkiem dziejów, których doświadczał w swoim życiu. Pan Aleksander Zubalski (pułkownik w stanie spoczynku) – Prezes Wałbrzyskiego Związku Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego potwierdza, że wśród członków tej organizacji ewidencyjnie nie ma już żołnierzy Wojska Polskiego – uczestników walk  na frontach II wojny światowej. Wielu członków wałbrzyskiego ZWiR WP, dobrze znających różne terenowe środowiska kombatantów wojskowych, proszonych o informacje: czy i gdzie jeszcze żyją frontowi żołnierze, wyjaśniają, że w ich środowisku pozostała trwała pamięć o zmarłych starszych kolegach, członkach rodzin, sąsiadach – w dalekiej przeszłości żołnierzach na wszystkich frontach II wojny światowej… kto i gdzie walczył o niepodległą Polskę. Ile to lat minęło?

Ryszard Bełdzikowski

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w artykule nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

DSCN2871

REKLAMA

REKLAMA