https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Czas wyjątkowy

Czas wyjątkowy

Po zmianach, które zaszły w Polsce po czerwcu 1989 roku, zdecydowanie i od samego początku poparłem te, które dotyczyć miały normalnego funkcjonowania zasad demokracji, chociaż nie byłem wolny (i nadal to uczucie pozostaje) od bardzo krytycznego spojrzenia na to, kto i w jaki sposób zmiany te wprowadzał. Nie mogłem (chociaż musiałem) pogodzić się z wprowadzeniem w Polsce dzikiego kapitalizmu, który zaserwował nam niejaki Balcerowicz, wypełniający zlecenia Światowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, który z mównicy sejmowej mamił nas obietnicą prawdziwego, a nie udawanego życia. I słowa dotrzymał, o czym przekonały się miliony Polaków, tracących pracę w likwidowanych, sprzedawanych za nędzne grosze lub wręcz niszczonych fizycznie zakładów pracy, w tym tysiące pracowników PGR i na przykład wałbrzyscy górnicy. Było, minęło, ludziska zapomnieli do tego stopnia, że współczesna młodzież, obecna na tzw. Campusie Polska (scenariusz i reżyseria Rafał Trzaskowski) potraktowała tegoż Balcerowicza jak zbawcę, nazywając spotkanie z nim „spotkaniem z Bogiem”. Nawet nie wiedząc, że tego „Boga” porzucił nawet jego wcześniejszy ekonomiczny mecenas i guru Jeffrey David Sachs, który później uznał, że doktryna szoku była wielkim błędem, tak jak błędem było jego wcześniejsze propagowanie zasad neoliberalizmu. Lepiej później niż wcale, ale „ekonomiczny Bóg” młodzieży spod znaku Trzaskowskiego i Tuska okazał się niereformowalny. Szkoda, że Trzaskowski z Tuskiem nie zaprosił na to spotkanie prof. Grzegorza Kołodki, ale oni się „komuchem” brzydzą, tak samo jak ich bracia spod znaku Prawa i Sprawiedliwości. Bo Kołodko dla nich niechybnie komuchem jest, ponieważ był w PZPR, przy Okrągłym Stole (czy ktoś jeszcze pamięta, co to było i co nam przyniosło) reprezentował stronę rządową, no i był wicepremierem oraz ministrem finansów w „komuszych” rządach Waldemara Pawlaka, Józefa Oleksego, Włodzimierza Cimoszewicza i Leszka Millera. Z takim kimś Rafał Trzaskowski i Donald Tusk nie życzą sobie kontaktu, a tym bardziej, aby „zatruwał” umysły młodych, dla których neoliberalizm znów staje się „mapą drogową”. Bo Grzegorz Kołodko (niegdysiejszy partyjny towarzysz Balcerowicza) mógł tego młodzieżowego „Boga ekonomii” w kozi róg zapędzić, między innymi przypominając mu, co musiał po nim naprawiać (i naprawił) po tym, jak w „komuszych rządach” zajął się polskimi finansami i naprawą gospodarki, zdewastowanymi przez Balcerowicza pospołu z Jerzym Buzkiem.

Jedno, co po 1989 roku zdawać by się mogło na trwałe w Polsce osadziło, to polska demokracja, umocniona przez nową konstytucję, wprowadzoną w życie za czasów prezydentury „komuszego” Aleksandra Kwaśniewskiego. I trzymała się demokracja mocno, chociaż nie zawsze do końca przez rządzących szanowana, do czasów, w których – dzięki wspomnianej konstytucji – rządy objęli polityczni bracia Platformy Obywatelskiej spod znaku Prawa i Sprawiedliwości, z którymi w 2005 roku strasznie się o stołki skłócili. Nigdy nie byłem (czemu przez lata dawałem w tym miejscu wyraz) zwolennikiem Platformy i Donalda Tuska, widząc i wielokrotnie wskazując na liczne przypadki nieliczenia się z obowiązującym prawem, panoszącym się kolesiostwem i nepotyzmem, zagrabianiem wszystkiego, co można było zagrabić z poczuciem prawnej bezkarności. Ale to, co stało się po tym, jak suweren zwany przez niejakiego Kurskiego „ciemnym ludem” umożliwił wrogom PO i Tuska po raz drugi i trzeci zgarnąć w Polsce władzę, przekracza wyobrażenia każdego, kto potrafi sprawnie posługiwać się danym mu przez naturę mózgiem. Za kilkaset złotych „danych” suwerenowi z jego własnych podatków, szef wszystkich szefów w PiS, wraz z dobrze zorganizowaną grupą swych najwierniejszych akolitów, dokładnie, powoli ale systematycznie niszczy wszystko to, co do tej pory udało się nam wspólnie zbudować: niezależność Trybunału Konstytucyjnego (co zresztą zaczęto już od czasów Tuska) i całego wymiaru sprawiedliwości, podstawowe zasady demokracji w zakresie praw i wolności obywatelskich, a poza tym upolitycznić wszystkie służby mundurowe oraz wojsko, skłócić się ze wszystkimi naszymi sąsiadami, a także jawnie wystąpić przeciw wolności słowa pod pretekstem ograniczenia legalnych gospodarczych interesów Stanów Zjednoczonych, w których jeszcze nie tak dawno robiący za prezydenta Andrzej Duda, w kucki podpisywał umowy, podsuwane mu przez prezydenta Jankesów Donalda Trumpa. No i na koniec cynicznym, chociaż kamuflowanym sposobem, wyprowadzać Polskę z Unii Europejskiej. Władymir Władymirowicz w Moskwie ręce z zadowoleniem zaciera, że polscy „pożyteczni idioci” robią to za niego, realizując plan jej osłabienia. Bo im Unia słabsza i bardziej skłócona, to Rosja ma większe pole do popisu, z czego na pewno z wielką ochotą będzie korzystać. Ta radosna działalność szefa wszystkich szefów już niesamowicie realnie naraziła nas na utratę olbrzymich pieniędzy, jakie mieliśmy dostać z UE, które zresztą wynegocjował obecny premier Morawiecki, zgadzając się na to, że te unijne środki uzależnione będą od przestrzegania unijnego porządku prawnego. I tenże sam premier wystąpił do magister Przyłębskiej (gdzie te czasy, kiedy pracami Trybunału Konstytucyjnego kierowali znakomici profesorowie prawa), znanej chyba najbardziej z tego, że gotuje Jarosławowi Kaczyńskiemu wyśmienite (wg niego) obiadki, aby po zasięgnięciu opinii pięciu prawników (czytaj Kaczyński razy 5), aby ogłosiła, że polska konstytucja jest ponad prawem unijnym, co już samo w sobie będzie wystąpieniem z tej organizacji, albowiem będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem przez Polskę traktatu akcesyjnego z 1 maja 2004 roku o wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

I tak, krok po kroku, idziemy prosto na wschód, chociaż ostatnio prezes Jarosław i jego kompanioni straszy nas bliską agresją Rosji i Białorusi, przez co na granicy z tą ostania rozciągnął kolczaste zasieki i wprowadził stan wyjątkowy, skierowany przede wszystkim przeciw mediom, aby nie mogły kontrolować tego, co na tej granicy posłuszna Straż Graniczna, policja i polskie wojsko wyprawiać będzie. Uczynił tak uważając zapewne, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal i przy okazji zafundował rodakom ze strefy przygranicznej kolejny „ekonomiczny holokaust”, obiecując jednakże dopłaty z państwowej kasy, w wysokości 65% dochodów z roku poprzedniego. Czyli z czasów, kiedy dochody te wynosiły równe zero złotych, z uwagi na „zamknięcie” działalności gospodarczej z powodu pandemii, której zresztą prezes Jarosław nie dostrzegał wtedy, kiedy wprowadzenie stanu wyjątkowego było niezbędne. Ale wówczas obawiał się nie „ruskich”, tylko przegranej swego protegowanego. Dziś wprowadził (długopisem tegoż protegowanego) stan wyjątkowy, który – jakoś dziwnym trafem – nie dotyczy granicy z Rosją, chociaż to ona dla Polski stanowi ponoć śmiertelne niebezpieczeństwo. Tak śmiertelne, że nawet stan wojenny nie pomoże, więc chyba dlatego go nie wprowadzono uznając, że stan wyjątkowy wystarczy. Śmiechem można by wszystkie argumenty prezesa zabić, bo śmiech i kpina to najgroźniejsza broń, ale nie do śmiechu mi w czasie, kiedy inne niż Rosja siły realnie nam grożą w tym czasie wyjątkowym.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

Click Here