https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Królowa Sanatorium miłości

Królowa Sanatorium miłości

Rozmowa z Jadwigą Schwebs-Kostkiewicz, uczestniczką telewizyjnego programu „Sanatorium miłości”.

Gratuluję Pani tytułu królowej turnusu!

Jadwiga Schwebs-Kostkiewicz: – Dziękuję bardzo! Przyznam, że nie spodziewałam się takiego wyróżnienia ze strony pozostałych uczestników tego programu. Gdy poznałam wszystkie uczestniczki to pomyślałam, że królową naszego turnusu zostanie Tereska, ale nie wiedziałam który z panów może zostać królem. Dziękuję bardzo wszystkim i jestem szczęśliwa, że zostałam tak oceniona.

Wielkim zaskoczeniem był wybór dwóch królowych, a jeszcze większym, że ten zaszczytny tytuł trafił i do Pani, i do Pani Haliny.

Gdy pierwszego dnia byliśmy kwaterowani w sanatorium, to pani reżyser zapytała mnie z kim chcę być w pokoju. Odpowiedziałam, że jest mi to obojętne, bo przecież nikogo nie znam. I w tych okolicznościach zamieszkałam z Halinką. Było nam razem wspaniale, bo śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy się, czasami też płakałyśmy… Już w trakcie programu nabrałam pewności, że to właśnie Halinka zostanie królową turnusu, ale nie spodziewałam się, że mnie także spotka ten zaszczyt.

Po ogłoszeniu werdyktu, które odbyło się podczas balu finałowego, widać było w reakcjach obu pań wielką radość, a nie rozczarowanie z faktu współdzielenia tego tytułu.

– Lepszego zakończenia programu nie mogłyśmy sobie wymarzyć, stąd też nasza wspólna wielka radość.

Ale wkrótce po zakończeniu emisji programu, w środkach masowego przekazu pojawiło się wiele informacji na temat późniejszych Pani relacji z Panią Haliną. Jak było w rzeczywistości?

– Z Halinką wyjaśniłyśmy sobie wszystko telefonicznie. Ta sytuacja to tylko nieporozumieniem i… manipulacja. Ktoś coś powiedział, ktoś coś napisał, a tym samym przekręcił. Bardzo się cieszę, że sobie szczerze porozmawiałyśmy i – co najważniejsze – mamy cały czas kontakt ze sobą.

Wszystkich zaskoczyła i poruszyła wiadomość o śmierci Pana Władysława, z którym – w trakcie programu – spędziła Pani wiele wspólnych chwil…

– Tuż przed Wielkanocą dowiedziałam sie o chorobie Władysława i że trafił do szpitala. Miałam wielką nadzieję, że wyzdrowieje i wszystko dobrze sie skończy… Niestety, tak sie nie stało, a wiadomość o Jego śmierci dotarła do mnie, gdy byłam u syna w Niemczech. Bardzo to przeżyłam i nie potrafię opisać tego, co czułam… Cały czas wracały wspomnienia z naszego pobytu w „Sanatorium miłości”. Władek był inteligentny, kulturalny, zrównoważony i dla nas wszystkich bardzo życzliwy. We wszystkich sytuacjach Władek potrafił pokazać klasę, za co mu bardzo dziękuję. Cóż mogę więcej powiedzieć? Marynarzu ruszający w ostatni długi rejs, oby wiatry były dla Ciebie przychylne! Spoczywaj w spokoju…

Jak, z perspektywy kilku miesięcy od zakończenia realizacji programu oraz kilku tygodni od zakończenia emisji, ocenia Pan i swoją decyzję o udziale w „Sanatorium miłości”?

– Muszę się przyznać, że sama nie zgłosiłabym się do tego programu. Stało się tak za sprawą mojej koleżanki. Gdy powiedziała mi, że są zapisy do „Sanatorium Miłości” to się na nią obraziłam i powiedziałam, że może zgłoszę się, ale… za pięć lat! Ale sprawy w swoje ręce wzięła moja przyjaciółka „Ruda”, która wysłała moje zgłoszenie, a potem pomagała mi wybierać zdjęcia, nagrywać filmiki i pojechała ze mną na casting do Warszawy. Po tym wszystkim i tak nie spodziewałam się, że zostanę wybrana do udziału w tym programie. Wiadomość o zakwalifikowaniu mnie do „Sanatorium miłości” bardzo mnie zaskoczyła i ucieszyła. Podczas pobytu w Polanicy – Zdroju początkowo byłam trochę wycofana i po emisji pierwszych odcinków znajomi pytali mnie co się ze mną działo, bo nie byłam sobą. Ale ja tak mam, że w nowym środowisku początkowo czuję się niepewnie. Potem, gdy już wszyscy poznaliśmy się, było wspaniale. Cieszę się, że mogłam tam być i to wszystko przeżyć.

Jak ocenia Pani ten program z punktu widzenia uczestnika, a jak z punktu widzenia telewidza? Coś Panią zaskoczyło?

– Nie spodziewałam się, że będę siebie tak odbierała… Nie lubiłam na siebie patrzeć, nie lubiłam siebie słuchać. Czułam się bardzo dziwnie oglądając siebie na ekranie telewizora. Ale potem nabrałam dystansu, zaczęłam dostrzegać nie tylko swoje wady i to, co powinnam poprawić, ale także zalety.

Czy po emisji programu zmieniła Pani zdanie na temat pozostałych uczestników? Ktoś w Pani oczach zyskał, a może ktoś stracił?

– Każdy odcinek oglądałam z takim samym zainteresowaniem, jak zwykły widz. Po raz pierwszy widziałam randki z udziałem innych par, ich zachowania i reakcje, po raz pierwszy słyszałam także różne wypowiedzi innych uczestników oraz ich oceny wydarzeń i osób. To było coś nowego. Być może, gdybym wcześniej to obejrzała, moje zachowanie w niektórych byłoby inne. Jestem osobą spontaniczną, stąd w niektórych sytuacjach może źle postąpiłam, może źle się zachowałam, może nie miałam racji… Co do innych osób, to po emisji programu też dowiedziałam się o nich więcej…

Jak dziś, po zakończeniu emisji „Sanatorium miłości”, jest pani odbierana w rodzinnej Głuszycy?

– Wiele osób w Głuszycy mnie znało wcześniej. Niektórzy podchodzą do mojego udziału w programie z dystansem, a inni mi szczerze gratulują. Są tacy, którzy uważają, że osoby w tym wieku nie powinny tak otwarcie mówić o swoich przeżyciach i uczuciach, albo się tak bawić. A innym to się podobało.

Trudno było otworzyć się przed kamerą?

– Poruszaliśmy wiele trudnych tematów, ale ja wtedy nie myślałam o kamerach i mikrofonach, ani o tym, że zobaczą to i usłyszą miliony osób. Po prostu wiedziałam, co chcę na dany temat powiedzieć. Nie ukrywam, że ten program bardzo mi pomógł, bo wyrzuciłam z siebie to, co mnie całe życie bolało. I nie obchodzi mnie co inni myślą na ten temat!

Jest Pani obyta ze sceną, bo była Pani zawodową tancerką w Operetce Wrocławskiej, a teraz pracuje Pani z sukcesami jako choreograf. Czy to doświadczenie jakoś pomagało Pani w trakcie programu?

– Na scenie gram, więc udaję kogoś kim nie jestem. A w „Sanatorium miłości” musiałam być sobą. Na pewno pomogło mi to doświadczenie podczas zajęć tanecznych, prowadzonych przez Kasię Cichopek i jej męża Marcina Hakiela, a także w przygotowaniu naszego tańca.

Idąc do programu wierzyła Pani, że znajdzie miłość, czy traktowała Pani ten program jako przygodę?

– Gdziekolwiek idę to mam nadzieję, że spotkam kogoś wyjątkowego (śmiech)! Oczywiście brałam pod uwagę, że w „Sanatorium miłości” mogę spotkać kogoś, z kim będę dobrze się czuła i być może będzie z tej znajomości coś więcej. Ale brałam też pod uwagę, że może być inaczej… Przeżyłam tam wspaniałą przygodę, poznałam świetnych ludzi i mam co wspominać. Każdemu polecam udział w tym programie, bo dzięki niemu osoby w naszym wieku widzą, że trzeba korzystać z życia, bawić się i nie zwracać uwagi na to, co mówią o tym inni.

Rozmawiał Robert Radczak

REKLAMA