Spacerując leśnym traktem między ulicą Malinową w Kowalowej a ulicą Różaną w Sokołowsku, mijamy po prostu kolejne górki. Wyobraźcie sobie jednak, że patrzycie na ten sam teren z lotu ptaka przez specjalne okulary skanujące rzeźbę terenu. Nagle spod ziemi wyłaniają się ogromne, idealnie równe kwadraty i wieloboki. Natura nie tworzy takich kształtów od linijki. To właśnie ten widok na cyfrowym modelu terenu zaintrygował Tomasza Lewickiego. Jego dociekliwość doprowadziła do odkrycia, które całkowicie zmienia nasze spojrzenie na historię tej spokojnej okolicy.
Tomasz Lewicki postanowił rozwikłać zagadkę. Nie było to proste, ponieważ na wszystkich starych mapach w tym miejscu widniało tylko bezimienne wzniesienie o wysokości 657 metrów. Żadne opisy nie wskazywały na ślady budowli. Rozdział z pracy dyplomowej o sudeckich fortyfikacjach zaprowadził go do profesora Grzegorza Podrucznego z Poznania, który od lat zajmuje się tematyką dawnych umocnień. To był strzał w dziesiątkę i wielka pomoc w dalszych poszukiwaniach. Prawdziwy przełom nastąpił jednak, gdy z berlińskiego archiwum dotarły rewelacyjne, niezwykle szczegółowe plany wojskowe z drugiej połowy osiemnastego wieku. Stało się jasne, że na wzgórzach nad Kowalową był niegdyś polowy obóz wojskowy.
Aby zrozumieć, skąd wzięło się tam wojsko, musimy cofnąć się do 1778 roku. Trwała wtedy wojna o sukcesję bawarską. Konflikt ten przeszedł do historii pod dość zabawnymi nazwami. Prusacy nazywali go wojną kartoflaną, a Austriacy śliwkową awanturą. Żołnierze unikali bowiem wielkich bitew, skupiali się na manewrach i wyjadaniu plonów z okolicznych pól oraz sadów. Wojna nie była jednak lekka. Obie strony straciły dziesiątki tysięcy ludzi, głównie przez czerwonkę i dramatyczne warunki higieniczne w obozach. Właśnie wtedy, jesienią 1778 roku, do Kowalowej wkroczyły oddziały pruskie pod dowództwem księcia von Hohenlohe. Ich zadaniem była ochrona granicy Prus i Austrii – dzisiaj to nasza granica z czeskimi sąsiadami.
Prusacy zbudowali tu system obronny ciągnący się przez niemal kilometr. Główny obóz i kilka dodatkowych posterunków, w tym jeden w Mieroszowie, zajmowało 120 żołnierzy i 50 koni. Największe wrażenie robiła oznaczona na starych planach reduta D. Był to solidny szaniec o ośmiu narożnikach, przemyślnie zbudowany na stromym wzgórzu. Jedyne wejście chroniły gęste zasieki, drewniane zapory i „wilcze doły”, maskowane gałęziami kryjącymi wbite w dno zaostrzone pale. W obrębie ziemnych wałów stało pięć dział skierowanych na południe, skąd spodziewano się ataku Austriaków. Na środku reduty postawiono drewniany schron dla załogi, wyposażony w dwa ceglane piece. W jednym z nich wypiekano chleb.
Obronę zorganizowano z niezwykłym rozmachem i znajomością taktyki. Druga reduta, oznaczona literą A, pilnowała drogi w dolinie rzeki Ścinawki. Na granicy Kowalowej i Mieroszowa ulokowano strażnicę. Lekka jazda huzarska stacjonowała u podnóża góry Jatki od strony Mieroszowa. Żołnierze na koniach stanowili świetny system wczesnego ostrzegania. W razie ataku wroga posłaniec w kilka minut docierał do obozu na wzgórzu i podnosił alarm. Całości obrony dopełniały ciągnące się wzdłuż dzisiejszej ulicy Malinowej drewniane palisady i zasieki ze ściętych drzew, które miały spowolnić marsz przeciwnika.
Dlaczego więc dzisiaj nie ma prawie żadnego śladu po tych niemałych fortyfikacjach? W maju 1779 roku podpisano pokój w Cieszynie. Prusacy zwinęli obóz dosłownie w kilkadziesiąt godzin. Gdy tylko wojsko zniknęło za horyzontem, okoliczni mieszkańcy ruszyli na wzgórze. Szybko zaczęli rozbierać porzucone szańce, zbudowane ,,na chwilę’’ z ziemi i drewna. Darmowe, obrobione drewno z palisad i schronów z pewnością przydało się w gospodarstwach. Cenne metalowe okucia też szybko znalazły nowych właścicieli. W terenie przetrwały jedynie ziemne wały, resztki cegieł i rów fosy, które z czasem całkowicie zarosły lasem.
Obóz zniknął z ludzkiej pamięci tak szybko, że nie naniesiono go nawet na dokładne pruskie mapy z początku dziewiętnastego wieku. Dopiero teraz, dzięki dociekliwości i żmudnym poszukiwaniom Tomasza Lewickiego, ta fascynująca historia wraca do życia. Kto wie, może kiedyś bezimienne wzniesienie z resztkami dawnej reduty zyska dumną nazwę Góry Szańcowej?
Ta nadzieja na upamiętnienie nieznanego kawałka historii regionu bardzo szybko staje się rzeczywistością. Jeszcze w tym roku, dzięki zaangażowaniu i środkom z Gminy Mieroszów oraz Sołectwa Kowalowa, w okolicy wzgórza pozostanie piękny, trwały ślad po dawnym obozie. Pojawią się tam dwie tablice informacyjne zaprojektowane i opracowane przez Tomasza Lewickiego. Trzecia tablica stanie w Mieroszowie na Kościelnej Górze, w okolicach wieży widokowej, gdzie niegdyś również znajdowały się fortyfikacje. Dzięki nim każdy zainteresowany śladami historii będzie mógł łatwo przenieść się w czasie i uzupełnić swoją wiedzę. To również fantastyczna wiadomość dla turystów i piechurów. Mieroszowski Szlak Dzika, który przebiega i przez Kowalową u podnóża dawnego obozu warownego, i przez Kościelną Górę w Mieroszowie, wzbogacił się właśnie o zupełnie nową i unikalną atrakcję.
Tomasz Trecewski
