https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Dramat na granicy

Dramat na granicy

Temat dramatu na polsko-białoruskiej granicy w Usnarzu Górnym, czyli codzienne, męczące już mnie ujadanie polityków wszelkiej maści, można by zakończyć w bardzo prosty sposób. Wpadłem na niego jakiś czas temu, kiedy usłyszałem kolejne już zapewnienia strony rządowej, że cudzoziemscy imigranci (uchodźcy) znajdują się po stronie białoruskiej, a więc wszelka odpowiedzialność za ich zdrowie i życie spoczywa na Białorusi. Innego zdania jest cała demokratyczna opozycja (chociaż w szczegółach jak zwykle się różni), zdaniem której na polskim rządzie spoczywa obowiązek udzielenia tym nieszczęsnym ludziom wszelkiej pomocy humanitarnej. Głosząc takie przekonania, odwołują się nie tylko do powszechnie obowiązujących zasad humanitaryzmu, będących kamieniem węgielnym demokracji, zapisanych w podstawowych dokumentach międzynarodowych (Powszechna deklaracja praw człowieka, Karta praw podstawowych Unii Europejskiej, Europejska konwencja o ochronie praw człowieka), ale także do obowiązującego w Polsce systemu wartości chrześcijańskich (a ściślej, katolickich), o których bezustannie Zjednoczona Prawica, ustami swych posłów, prawi i wprost zanudza. Przynajmniej mnie, bo mam dosyć słuchania tych napuszonych słów i katolickich haseł, które nijak mają się do tego, co przedstawiciele prawicy, łącznie z ich politycznym i moralnym guru, na co dzień prezentują.

Ostatnio słyszałem wypowiedź jednego mądrego księdza (katolickiego), bo i tacy się w tym Kościele znajdują, aby ci wszyscy prawicowi politycy zastosowali się do arystotelesowskiej zasady złotego środka, wedle której odległość do jednej skrajności jest taka sama, jak odległość do drugiej, a więc dobrze by było, aby przynajmniej w myślach zamienili się stronami, by poczuć to, co czują ci znajdujący się za i przed lufami białoruskich i polskich pograniczników. Myślę jednak, że jest to wołanie na puszczy, albowiem ludzie, do których ów ksiądz apelował, nie są w stanie, mentalnie i moralnie, wznieść się na takie wyżyny empatii. Podoba mi się też myśl wyrażona przez jednego z lewicowych dziennikarzy, że szczytem światowego nieszczęścia jest sytuacja, kiedy uciekając przed islamskim fundamentalizmem, trafia się na fundamentalistów katolickich, od których w szeregach Zjednoczonej Prawicy aż się roi. Przypomnę tylko ostatnie pomysły niejakiego Czarnka, który z lubością, ale groźnie bajdurzy o cnotach niewieścich, co po przełożeniu na normalny język oznacza ni mniej ni więcej to samo, co w stosunku do kobiet zakłada islamskie prawo szariatu. Oczywiście tenże Czarnek (w imieniu wspomnianego moralnego i politycznego guru) jeszcze nie opowiada o brutalnych karach, jakie spotkają każdą białogłowę, która się owych cnót zaprzeć będzie chciała. Jeszcze …

Ale wracam „do polsko- białoruskiej granicy” i do pomysłu jaki mi onegdaj przyszedł do głowy, który może wytrąć wszelkie argumenty, zarówno jeden lub drugiej strony. Przypomnę, że ci „rządowi” twierdzą, iż uciekinierzy znajdują się na terenie Białorusi, a ci „demokratyczni” coś wręcz przeciwnego, a przynajmniej było tak jakiś czas temu. Nawet przytaczali przykłady, że na początku polscy pogranicznicy zaopatrywali uciekinierów zatrzymanych po przekroczeniu granicy w pobliżu wioski Usnarz Górny w chleb i wodę, czego czynić by nie mogli, gdyby grupa ta nie znajdowała by się po polskiej stronie granicy. Dopiero po kilku dniach pomocy tej zaniechali, ponieważ „z góry” przyszły stosowne rozkazy, aby przestali się zachowywać jak na ludzi przystało. I tu przychodzą mi na myśl słowa Władysława Bartoszewskiego, że jeżeli nie wiesz jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle. I mimo, że ci przyzwoici funkcjonariusze Straży Granicznej „dokarmiali” koczujących imigrantów, to żaden z nich nie został ukarany za złamanie polskiego prawa, co powinno mieć miejsce, gdyby faktycznie imigranci znajdowali się na terytorium białoruskim, albowiem polskie prawo nawet im zabrania nielegalnego przekroczenia granicy państwa. No i stojący w pobliżu białoruscy strażnicy, w ogóle na nielegalne przekroczenie ich granicy nie reagowali. A powinni, bo byliby świadkami swego rodzaju „małej agresji”, czyli wkroczenia obcych sił z bronią w ręku na ich terytorium. Zapewne dla nich, tak jak i dla premiera Morawieckiego, tak samo święte, jak święte terytorium polskie. Przy okazji tego krzywoustego twierdzenia, wspomniany wyżej ksiądz wypowiedział też „świętą prawdę”, pouczając wspomnianego Morawieckiego, aby świętościami nie szermował, bo świętym jest człowiek i jego przyrodzone prawa, a nie jakieś terytorium. I myślę, że nieważne czyje, bo po każdym jakiś człowiek stąpa i ma prawo tak czynić.

Jeżeli więc występują tak istotne różnice w lokalizacji imigranckiego koczowiska, to można przeprowadzić niesamowicie prosty, ale też i tak samo skuteczny test, który wątpliwość ową usunie. Otóż od pewnego czasu wiadomym jest, że polskie państwo odgradza się od Białorusi wysokimi zasiekami ze zwojów drutu ostrzowego (concertina), które mają być rozciągnięte na prawie ¾ długości granicy wynoszącej 418 km i stosowne konstrukcje rozłożono już na ponad 150-kilometrowym jej odcinku. Z grodzeniem granic, wzorem innych państw (nie tylko europejskich), co ma uniemożliwić, albo przynajmniej znakomicie utrudnić nielegalne ich przekraczanie, muszę się ze smutkiem pogodzić, bo po to istnieją granice, aby je można było tylko legalnie przekraczać. Problem z tym, że stawianie takich zasieków to czyste barbarzyństwo, ponieważ zaplątany w nie człowiek może nawet w męczarniach umrzeć. Tak samo jak zwierzęta, które mimo wszystko takiego rozumu jak ludzie nie mają i w tę metalową pułapkę (zwłaszcza w nocy) niechybnie będą wpadać. Zresztą, już są ślady na to wskazujące. Dlatego, zgodnie z rozporządzeniem ministra infrastruktury, ogrodzenia tego rodzaju nie mogą zagrażać życiu i zdrowiu ludzi oraz zwierząt, w związku z czym wszelkie „druty kolczaste” można umieszczać jedynie na wysokości 180 cm. Wszędzie na świecie – także w bazach wojskowych w Afganistanie – takie zwoje rozmieszczane są jako zwieńczenia postawionych płotów lub murów i nikt nigdzie na gołej ziemi ich nie kładzie. Owszem, robiono takie zasieki, ale na liniach frontu w czasie I i II wojny światowej. Ale czy obecnie taka barbaria przystoi w cywilizowanym państwie? Zastanawiam się też, dlaczego ustawiania tych zasieków nie rozpoczęto na polskiej granicy w okolicach wsi Usnarz Górny, odgradzając koczowisko od polskiej granicy i w ten sposób uniemożliwiając tym imigrantom nielegalne jej przekroczenie? I odpowiadam. Dlatego, że znajduje się po polskiej stronie granicy i postawienie zasieków przed uciekinierami, oznaczałoby bezprawne oddanie części polskiego terytorium, kawałka – stosując retorykę polskiego premiera – „świętej polskiej ziemi”, a tym samym złamanie art. 5 konstytucji, wedle której „Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium”. Ponadto decydentom wydającym takie polecenie groziłaby kara 25 lat pozbawienie wolności albo kara dożywocia, co zostało określone w art.127 § 1 kodeksu karnego. I dlatego płot z kolczastego drutu na granicy w Usnarzu Górnym nie stoi. To więc na czyim terytorium przebywają koczujący w leśnym obozowisku? Według mnie pytanie zdaje się być jak najbardziej retoryczne.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

Click Here