https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

W pogoni za Brzytwą

W pogoni za Brzytwą

Kilka dni temu w mediach dolnośląskich, ale też i w ogólnokrajowych, głośno się zrobiło o niejakim Walterze Ryszardzie R. (lat 81), posługującym się wiele mówiącym pseudonimem „Brzytwa”, który 11 grudnia 2020 roku zadał kilka uderzeń siekierą w głowę 61-letniemu mieszkańcowi Kamiennej Góry, co dla tego mężczyzny skończyło się tragicznie, ponieważ ataku tego nie przeżył. W kręgach policyjnych mówi się, że stały za tym porachunki związane z handlem narkotykami, co uważam za wielce prawdopodobne, bo z uwagi na wiek „Brzytwy”, tylko tak mógł zarobić większe pieniądze, albowiem bandyterka, którą zajmował się przed laty, w rachubę wchodzić już raczej nie mogła. Chociaż z tego co słyszałem, może się pochwalić niezłą krzepą, którą zresztą przez 25 lat w zakładach karnych utrzymywał dzięki stałym treningom ze sztangą. 20 stycznia 2021 r. został zatrzymany w Wałbrzychu, gdzie przebywał od czasu opuszczenia zakładu karnego przed 5 laty. Prawdopodobnie nie bardzo miał gdzie zamieszkać, ponieważ jego świdniccy kumple i wspólnicy przenieśli się już na łono Abrahama (znałem ich wszystkich), a mieszkania nie miał. Miał za to kilku „herbatników” w Wałbrzychu, z których jeden przed laty, chyba ze dwa razy, przekazywał mi pozdrowienia od „Brzytwy” ze Świdnicy, „Pstrąga” z Wrocławia i „Janosika” z Jeleniej Góry, którzy swego czasu razem przebywali w Zakładzie Karnym we Wronkach. Było tak, ponieważ ścieżki ich życia w pewnym momencie splotły się z moją (policyjną), co dla nich się skończyło wiadomym skutkiem. Ale pretensji do mnie żadnych nie mieli, a ich słowa pozdrowień nie niosły w sobie żadnych negatywnych treści.

Z „Brzytwą” spotkałem się osobiście w lutym 1990 roku, kiedy został zatrzymany w policyjnym pościgu w rejonie Lubawki w powiecie kamiennogórskim. A doszło do tego w wyniku podjętych przeze mnie działań, związanych z zaginięciem mieszkanki Świdnicy Kazimiery G. – właścicielki myjni samochodowej w tym mieście. O jej zaginięciu 6 października 1989 r. poinformowany został jeden z funkcjonariuszy ówczesnego Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Świdnicy, a podjęte przez świdnicką sekcję kryminalną szeroko zakrojone działania, w tym też i operacyjne, pozwoliły na przyjęcie, że Kazimiera G. zaginęła i nie jest wykluczone, że padła ofiarą przestępstwa popełnionego przez Waltera Ryszarda R., z którym była widywana od wiosny tego roku. Jej nieobecność została zaobserwowana przez sąsiadów od 4 lipca, a indagowany na jej temat „Brzytwa”, opowiadał, że udała się na kurację odchudzającą. O wszystkich tych ustaleniach poinformował mnie telefonicznie naczelnik sekcji kryminalnej Janek S., wyrażając jednocześnie podejrzenie, że kobieta ta została przez „Brzytwę” pozbawiona życia. Kiedy poszukiwania nie przynosiły rezultatu, postanowiliśmy wejść do jej mieszkania, w czym 2 listopada pomogła nam miejscowa straż pożarna. W czynnościach tych brali, oprócz mnie i Janka, policjanci z sekcji i wydziału kryminalnego, prokurator oraz brat Kazimiery G., który przyjechał z Łodzi. Okazało się, że mieszkanie zostało splądrowane z cenniejszych przedmiotów, ale znaleźliśmy jej paszport, prawo jazdy i inne dokumenty osobiste. Nie było jedynie dowodu osobistego. Szybko i bez problemów udało się ustalić, że „Brzytwa”, na podstawie sfałszowanych dokumentów, sprzedał w Toruniu samochód marki Volvo, będący własnością Kazimiery G., ale dla nas zniknął z pola widzenia. Ponieważ – tak jak Janek S. – sądziłem, że mamy do czynienia z zabójstwem, przekonałem mojego ówczesnego szefa – śp. płk Eugeniusza Karłowskiego, że nie można mieć wątpliwości, iż kobieta została pozbawiona życia. Pamiętam, że moi koledzy w komendzie jawnie podkpiwali, że Bartkiewicz się nudzi, więc sobie zabójstwo wymyślił, ale naczelnik dał mi wolną rękę, wobec czego wszcząłem rozpracowanie operacyjne pod kryptonimem „Daisy”, którego głównym celem było odnalezienie zwłok Kazimiery G. i udowodnienia „Brzytwie” dokonania jej zabójstwa.

Wspomniany kryptonim wziął się stąd, że uzyskałem informację, iż zwłoki kobiety zostały zatopione w leśnym jeziorku o takiej nazwie w Książańskim Parku Krajobrazowym. Informacja była na tyle ciekawa, że postanowiliśmy dokonać przeszukania dna tego zbiornika wodnego, w efekcie czego wyciągnęliśmy na brzeg motocykl marki MZ z nr rejestracyjnym zaczynającym się od wyróżnika literowego XM, czyli starej wałbrzyskiej rejestracji pojazdów. Schowaliśmy go w starym wapienniku z zamiarem, że rano przejdziemy i zabierzemy go do komendy, ale okazało się, że ktoś nam ten motocykl „zajumał”. I może jeszcze po Wałbrzychu, albo po gdzieś Polsce jeździ… Doszedłem do wniosku, że skuteczniej będę szukał zwłok, kiedy „Brzytwę” dopadnę i uzyskałem zgodę kierownictwa na wykorzystanie programu red. Michała Fajbusiewicza z cyklu „997”. Szybko przystąpiliśmy do realizacji tego planu. Zdjęcia kręciliśmy w Świdnicy i Michał zażyczył sobie oryginalnego samochodu Volvo, wobec czego padło na mnie, że ma taki wózek znaleźć. Udało mi się ustalić, że taki samochód jest w posiadaniu księdza z plebanii – o ile dobrze pamiętam z Podgórza. Udałem się tam późnym popołudniem i przedstawiłem proboszczowi moją prośbę, wcześniej okazując mu legitymację MO, tłumacząc, że wymaga tego dobro sprawy, czyli ujęcie groźnego bandyty. Ksiądz uznał moją argumentację i zaznaczając, że nie lubi współpracować z milicją, to jednak dla dobra sprawy samochód nam wypożyczy. Postawił jeden warunek, że samochodem tym na planie kierować będzie tylko i wyłącznie kleryk, który nim do Świdnicy rano przyjedzie. Zapewniłem go, że tak właśnie będzie i rano z ekipą z mojej sekcji, pojechaliśmy do Świdnicy. Po zakończeniu zdjęć, szef miejscowej WSW, zaprosił na skromny poczęstunek całą ekipę do wojskowej kantyny mieszczącej się w koszarach przy ul. Saperów. Poczęstunek ten składał się z prawdziwej wojskowej grochówki (zapach i smak takiej grochówki czuję jeszcze do dziś), drugiego dania (olbrzymi kotlet schabowy, duża miska surówek) i rożnych wód oraz soków do popicia. Będący z nami w charakterze gościa specjalnego kleryk, był dosyć zakłopotany, ponieważ był to akurat piątek, czyli post i nie bardzo wypadało mu przyglądać się, jak kilkunastoosobowa grupa facetów pałaszuje kotlety, aż im się uszy trzęsą. Poradził sobie w ten sposób, że z uwagi na charakter spotkania – co wyraźnie podkreślił – udzielił nam na to świńskie mięso specjalnej dyspensy, co nas w zasadzie ani grzało, ani ziębiło, bo wydaje mi się, że nikt z tej ekipy takimi sprawami głowy sobie nie zawracał od lat. Po spożyciu naprawdę wyśmienitego obiadu, ku mojemu zdumieniu – bo wcześniej nie było o tym w ogóle mowy – na salę weszły kelnerki z tacami, na których stały dosyć liczne butelki wódki. No cóż, nie wypadało tak hojnemu gospodarzowi (po pracy) odmawiać i tylko kleryk był wyraźnie zmartwiony, ponieważ musiał do Wałbrzycha pojechać tym kościelnym samochodem, a proboszcz zakazał mu, aby ktokolwiek inny mógł nim kierować. Oświadczyłem mu wówczas, że – co wzbudziło powszechny aplauz – ponieważ udzielił nam dyspensy na kotlety, to ja mu udzielam dyspensy na alkohol i po biesiadzie będzie pilotowany do Wałbrzycha przez jeden z naszych radiowozów, tak aby się mu żadna krzywda nie stała. Dzięki tej dyspensie, kleryk spokojnie spożył chyba ze 4 malutkie kieliszki, bo jednak po pijaku do plebani jechać nie chciał… No i na koniec, faktycznie na wszelki wypadek, pilotował go jedyny w ekipie oznakowany radiowóz.

O tym, jak się nam w zaskakujący sposób program „997” przysłużył i jakie były dalsze losy „pościgu za Brzytwą”, opowiem w następnym numerze Tygodnika DB 2010.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA