https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Czas na kolędę

Czas na kolędę

Przypominamy dziś naszym Czytelnikom świąteczny i ponadczasowy felieton śp. Stanisława Michalika, opublikowany na łamach Tygodnika DB 2010 15 grudnia 2016 roku:

Grudzień to dla nas czas świętowania. Niestety, nie myślimy o tym, skąd to się wszystko wzięło, gdzie tkwią korzenie tak pięknych ceremonii Bożego Narodzenia i Nowego Roku. I dlaczego największe w roku święto religijne wzbogacone zostało rozmaitością obrzędowości świeckiej, takiej jak wieczerza wigilijna, choinka lub kolędowanie. A – jak sądzę – warto o tym pomyśleć, bo jest to kawałek niezwykle barwnej i ciekawej historii. Spróbuję więc odsłonić parę ciekawostek z przeszłości.

Jak to najczęściej bywa w naszej historii, grudniowa tradycja świętowania zrodziła się w starożytnym Rzymie i nie miała nic wspólnego z jakąkolwiek religią. Po prostu obchodzono hucznie i wesoło festum Calendarum, czyli Nowy Rok. W wiekach średnich zaczynał się on 24 grudnia. Wiele ludów europejskich przyjęło łacińską nazwą calendae i obyczaj wręczania sobie z tej okazji noworocznych darów. W Polsce i na Rusi początkową nazwę święta Kolady zastąpiono wywodzącymi się ze słowiańszczyzny godami.

Po przyjęciu chrześcijaństwa przez Mieszka I noworoczne święto godów zostało wzbogacone obchodami Bożego Narodzenia, a dla uczczenia rocznicy urodzin Dzieciątka Jezus duchowni układali melodyjne i pobożne pieśni, zwane pastorałkami, a później kolędami. Każda uroczysta biesiada nazywała się godami, a każdy jej uczestnik gościem. W Polsce, gdy przyszły gody, nie było końca najrozmaitszym zabawom, powinszowaniom, podarkom i odwiedzaniu sąsiadów w przebraniu z życzeniami i śpiewem kolęd. Od Bożego Narodzenia do Trzech Króli świętowano każdego wieczoru, chodzono z szopką, z gwiazdą, z turoniem, odstawiano jasełka przypominające sceny z podań Pisma Świętego z Herodem, diabłem, śmiercią i stajenką betlejemską.

Najpopularniejsza z kolęd „W żłobie leży, któż pobieży” – grana i śpiewana na nutę poloneza – uświetniała uroczystości świąteczne na dworze królów polskich w XVII wieku. O kolędzie polskiej pisał Stanisław Tarnowski, że nie jest typową pieśnią religijną, ale ma często charakter świecki, humorystyczny i tylko przez nadgorliwość organisty bywa grywana w kościołach. Kolędy w najprostszych słowach opowiadają, co „Anioł pasterzom mówił” lub pytają, „Któż pobieży kolędować małemu?”. Największym ich atutem jest prostota i poufałość, z jaką mówi się o narodzeniu Pana Jezusa i jego Matce. Ten lokalny koloryt, polski, nadany scenom betlejemskim, a także łatwa i wpadająca w ucho melodia, to jest cały urok i wdzięk świątecznego kolędowania. A pasterze zbudzeni przez aniołów i śpieszący do stajenki, to są polskie parobki, szopa zaś jest taka sama jak każda stajnia przy wiejskiej zagrodzie. W głębi stoi wprawdzie żłobek z Dzieciątkiem i Najświętszą Panną, a obok niej święty Józef, ale przed stajenką gromadzą się wierni i rozmawiają w najprostszy sposób o tym cudzie, którego są świadkami. Betlejemski koloryt jest tylko tłem, a obraz wypełnia polska wieś ze wszystkim co do niej należy, jest więc i śnieg, i kożuchy, i buty filcowe, i czapy, i pobożne uniesienie. Człowiek ubogi i prosty, znający okoliczności narodzenia Pana Jezusa z kościelnej ambony, czuje instynktem, że to jego święto poprzez bliskość ubóstwa nowo narodzonego Syna Bożego z jego dolą.

Trudno oznaczyć czas, w którym pieśni bożonarodzeniowe uznano kolędami, stało się to jednak późno, chyba w XIX wieku. Wcześniej zwano je rotułami, kantykami, pastorałkami. Największa ich ekspansja przypada na okres baroku, tj. w XVII i XVIII wieku. W następnych stuleciach powstały nowe kolędy, ale te starsze cieszą się największą popularnością. Prymat nad wszystkimi dzierży kolęda „Bóg się rodzi, moc truchleje”, będąca czymś w rodzaju hymnu, śpiewana pod koniec pasterki, a także na wszystkich uroczystościach bożonarodzeniowych w kościołach całej Polski.

Z kolędą – jako pieśnią – wiąże się ściśle zwyczaj kolędowania. I jedno i drugie zjawisko wywodzi się z prowincjonalnej Polski i w niej tkwi do dziś głębokimi korzeniami. Niestety, obyczaj chodzenia z kolędą po domach w okresie świątecznym wyraźnie ubożeje. Dajemy się bezwiednie ogarniać obcymi naleciałościami z Zachodu, a media w sposób bezkrytyczny lansują wśród dzieci np. „hallowen”, podczas gdy nasze, o niebo piękniejsze i bogatsze kolędowanie z gwiazdą lub szopką betlejemską staje się zwyczajem anachronicznym. Trudno się uchronić przed ekspansją sztuczności i masowej chałtury świątecznej supermarketów. Piękne staropolskie tradycje zdobienia choinek własnoręcznie wykonanymi stroikami i świecidełkami należą do przeszłości.

Święta bez drzewka są smutne, ale ubrać choinkę nie znaczy wcale zrobić z niej ekspozycję do ekskluzywnego sklepu. Bombki, światełka, wszelakie ozdoby są drogie. Tymczasem, spontanicznie wykonane, prymitywne wręcz ozdoby to często najpiękniejszy wystrój i wielka frajda dla dzieciaków.

Mamy szerokie pole do popisu w urządzaniu wieczerzy wigilijnej i do pomysłu na całe święta. Byłoby dość oryginalnie, gdyby zaplanować rodzinne spacery na „łono natury”, odwiedziny znajomych lub wycieczki do lasu, w góry. Nie możemy zapomnieć o istocie świąt, o ich religijnym przesłaniu, o potrzebie modlitwy lub skupienia, docenieniu wartości staropolskich obrzędów, kolęd i kolędowania.

„I gdy wciąż wszyscy mówią, mało kto się spyta, jaki też jest cel słowa, jak słowo się czyta w sobie samym. I dziejów jego promień cały rozejrzeć mało kto ciekawy, zuchwały” – oto słowa wielkiego poety polskiego romantyzmu – Cypriana Kamila Norwida – pasujące jak ulał do naszej współczesnej rzeczywistości.

Istota kolędy i kolędowania, ich ukryty sens i wartości ulegają zbyt łatwo lekceważeniu. Gdy w czas Bożego Narodzenia rozbrzmiewać będą „wśród nocnej ciszy” w kościołach i domach piękne polskie kolędy, niech przynajmniej przez chwilę otoczy nas blask ich urody, prostota i mądrość słów, dźwięczność melodii, to wszystko co świadczy o nieprzemijającej wartości naszych staropolskich tradycji, dzięki którym istniejemy jako naród i jako niezawisły kraj w środku Europy.

Zaś my, mieszkańcy Aglomeracji Wałbrzyskiej, zadbajmy o to, by świętom Bożego Narodzenia i Nowego Roku nadać rodzime, polskie akcenty. Jest to szczególnie ważne na tej ziemi, która po kilku wiekach powróciła do Polski i stała się naszym domem rodzinnym, naszą ziemią ojczystą.

Miłych, rozbrzmiewających staropolskimi kolędami i bogatych w rodzime obrzędy świąt, życzę jak najcieplej i jak najserdeczniej wszystkim Czytelnikom.

Stanisław Michalik

***

Wigilia, to rzecz święta…

Wydawałoby się nic wielkiego,

ludowy zwyczaj, tradycja,

ludzie lubią świętować,

uciekać od szarego dnia.

Ale tego wieczoru

nic nie zastąpi,

nawet gdybyśmy mieli nadzwyczajne powody,

by świętować kiedy indziej.

Wydawałoby się – zwykła choinka,

pachnąca żywicą, strojna gąszczem tysięcy zielonych igieł,

a to, co na niej zawisło,

to czysta poezja

w formie wizualnej,

tylko nad nią trzeba umieć się pochylić,

Choinka jest poezją samą w sobie, nawet ta nie ustrojona.

Proszę to zdanie podkreślić wężykiem.

A przecież choinka, to nie wszystko,

to dopiero preludium,

pomijam to, co umieszczą Aniołki pod choinką.

Takiego unisono, które nastąpi,

gdy na niebie zaświeci gwiazdka betlejemska,

gdy na świeżutkiej bieli obrusa

pachnącej wciąż bukietem Vanish

zapłonie świeczka, a wokół niej pojawi się to,

co elokwentni mieszczanie nazywają zastawą stołową,

srebrne sztućce, porcelanowe filiżanki,

a na koniec pachnąca barszczykiem waza.

To od razu zrobi się gorąco na sercu…

Na Wigilijnym stole,

na bieluchnym obrusie

pięknie ułożone w strojną harmonijkę

uśmiechają się do nas święcone opłatki,

takie sobie śmieszne kartoniki,

okazuje się, że jadalne…

Gdyby wieczór Wigilijny

na tym się zaczynał i kończył –

dzielimy się opłatkiem i idziemy do domu,

wiadomo, poszlibyśmy z butami do nieba.

Ale my jesteśmy próżni,

więc zwyczajnie zaczyna się uczta,

ma swoją wdzięczną nazwę – Wigilijna!

To przecież normalne.

człowiek jak sobie dobrze podje,

staje się religijnym,

a nasza tradycja nie pozwala

zamknąć się na jednym daniu,

jeśli jest ich dwanaście

znajdujemy się blisko nieba,

tam gdzie biesiaduje dwunastu Apostołów…

Jesteśmy całkiem w porządku,

spożywamy postne dania,

tylko na masełku, oleju,

broń Boże wieprzowiny,

jak najwięcej kapusty, grochu,

oczywiście, koniecznie karpia,

a do tego

kompot z suszonych śliwek,

no i na deser – domowe wypieki,

a kto by coś takiego zaserwował normalnie

w powszedni dzień do obiadu?

To się zdarza tylko raz w roku

w Wigilię

Pytam się dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:

Wigilia, to rzecz święta !

Stanisław Michalik

REKLAMA