https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Stajnia Augiasza

Stajnia Augiasza

Od kilkunastu tygodni na łamach Tygodnika DB 2010 opisuję tragicznie dla Wojciecha Pyłki zakończoną ”przygodę z prawem”, który zapewne ma podstawy, aby twierdzić, że o sprawiedliwości można tylko w książkach poczytać lub w filmie zobaczyć jak sprawiedliwość zawsze wygrywa, ponieważ sprawa trafia w ręce jakiegoś sprawiedliwego człowieka w sędziowskiej todze. O naiwności, mógłby Wojciech Pyłka zakrzyknąć, gdyby nie to, że obecnie czeka, czy taki sprawiedliwy człowiek znajdzie się w Sądzie Najwyższym, do którego 21 listopada trafiły akta jego sprawy, co było efektem złożonego wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. O naiwności, może także zakrzyknąć Andrzej Dackiewicz (o jego sprawie pisałem w Tygodniku DB 2010 już trzy razy), który 30 listopada 2020 r. otrzymał od wymiaru sprawiedliwości imieninowy prezent, w postaci wyroku opiewającego na dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności, co prawomocnie orzekł Sąd Okręgowy w Świdnicy, rozpoznający apelację od wyroku Sadu Rejonowego w Wałbrzychu.

Wojciecha Pyłkę i Andrzeja Dackiewicza (obaj wyrazili zgodę na ujawnienie danych personalnych), chociaż się nie znają, łączy jedno. Obaj zostali skazani, chociaż dowodów na ich winę żadnych nie było, bo Wojciecha Pyłkę skazano na podstawie pomówienia (zresztą następnie odwołanego), a Andrzeja Dackiewicza za rozbój, chociaż rzekoma jego ofiara robiła wszystko, co w jej mocy, aby przekonać sąd, że Andrzej Dackiewicz żadnego przestępstwa nie popełnił i żadnej krzywdy jej nie uczynił. O tym, że tak było sądy przekonywała pani Janka (lat 84) oraz jej koleżanka, pani Marianna (lat 92) – właścicielka mieszkania, w którym rzekome zdarzenie miało mieć miejsce i jednocześnie jedyny tego świadek. Obie, przesłuchiwane w Sądzie Rejonowym w Wałbrzychu, konsekwentnie twierdziły, że Andrzej Dackiewicz żadnego rozboju się nie dopuścił, a pieniądze, które rzekomo zrabował (15 zł!) pani Janka dała mu dobrowolnie. Dała mu je za trzy puszki konserw, jakie jej przywiózł, zresztą na jej prośbę. Ale kto by tam starszym paniom wierzył, kiedy one mają tyle lat, że zapewne – w ocenie sądu – intelektualnie egzystują na poziomie kilkuletniego dziecka. Zapewne sąd tak uważał, bo chociaż obie panie wykazują się nie tylko nadzwyczajną żywotnością i na dodatek mogą się pochwalić wyjątkową sprawnością umysłu, to jednak powołał biegłego psychologa, aby sprawdzić intelektualny poziom pani Janki. Tak jakby sam nie był w stanie go ocenić, przesłuchując ją przecież osobiście… Widać w głowie się sądowi nie mogło pomieścić, że ktoś może twierdzić, iż żadnego rozboju nie było, kiedy prokurator na podstawie policyjnych „ustaleń” twierdzi coś innego. Zgodnie z art. 49 §1 k.k. pokrzywdzonym jest osoba, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo, a więc nie ma przestępstwa, kiedy nie ma osoby pokrzywdzonej. A kto się czuje pokrzywdzonym ma prawo zgłosić policji lub prokuraturze. Pani Janka żadnego zawiadomienia nie zgłosiła, a naprawdę trudno przyjąć za zgłoszenie kilka wykrzyczanych w emocji słów, podczas rozmowy telefonicznej z operatorem telefonu nr 997. Powtórzę, że pani Janka żadnego zawiadomienia nie złożyła, a jest osobą naprawdę od dawno już pełnoletnią, więc żadnego pośrednictwa nie potrzebowała. Chyba na całym świecie obowiązuje zasada, że nie ma przestępstwa, kiedy nie ma pokrzywdzonego, ale zasada ta widać nie ma żadnego zastosowania w wałbrzyskim wymiarze sprawiedliwości, co jest niesamowicie niebezpieczne.

Niebezpieczne ponieważ zdarzyć się może, że nawet w jakimś dobrym stadle dojdzie do gwałtownej sprzeczki, podczas której żona zawiadomi w emocjach policję, że małżonek pod presją psychiczną zmusił ją do wydania mu 15 zł, bo chciał iść na piwo, a ona się na to nie zgodziła. W Wałbrzychu ma za to zaklepane co najmniej dwa lata odsiadki, chociażby żona zaraz na drugi dzień zgłaszała sądowi na piśmie i osobiście, że żadnego rozboju nie było, a w sądzie nawet jako świadek stawała osoba, która tę krótką sprzeczkę widziała. Nie ma litości. W polskim systemie karnym obowiązuje zasada, że przestępstwo rozboju jest ścigane z urzędu, a więc kiedy prokurator weźmie sprawę w swe ręce, to ma już prawo jej z tych rąk nie wypuścić, chociażby osoba rzekomo pokrzywdzona zaklinała się na wszystkie świętości i przedstawiała świadków (którym nikt nie zarzucił składania fałszywych zeznań), że nie może być pokrzywdzoną, bo rozboju nie było. I kiedy sprawa trafi do sądu, to taki oskarżony ma jedną jedyną szansę w postaci tego, że trafi ona w ręce sędziego, który naprawdę wziął sobie do serca i sumienia zasady wskazane w art. 7 Kodeksu postępowania karnego i badając sprawę nie zapomni o tym, że ma się kierować również zasadami prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. A te zasady, połączone ze zdolnością do empatii, powinny takiemu sędziemu podpowiadać, że w życiu różnie bywa, że bliscy sobie ludzie czasem się kłócą i robią sobie nieraz brzydkie rzeczy, a kiedy emocje opadną, to należy dać im wiarę w to co mówią, nie zważając na ich wiek. Bo to, że ktoś ma za sobą bardzo znaczny okres swego życia, nie oznacza, że jest niesprawny umysłowo i zachowuje się jak przysłowiowe dziecko we mgle, nie wiedzące co i dlaczego czyni.

Nie mogę zrozumieć, czym się kierował sędzia, który do pani Janki na rozprawie apelacyjnej powiedział, że dziwi się, iż Andrzejowi Dackiewiczowi daje się traktować jak „dojna krowa”. Jest to dla mnie rzecz niepojęta, bo sądowi guzik do tego, co ze swoimi pieniędzmi pani Janka czyni. Jest to jej i tylko jej prywatna sprawa i sąd słowami tymi przekroczył pewne granice, które nie powinny być przekroczone. Czy to takim przekonaniem należy tłumaczyć ogłoszony wyrok, bo sąd uznał, że Andrzej Dackiewicz panią Jankę wykorzystuje? Słowa te były nie tylko mało kulturalne, ale też odbierały jej poczucie własnej wartości i godności, sensu jej życia. Bo chociaż Andrzej Dackiewicz nie zawsze w stosunku do niej zachowywał się jak szlachetny rycerz i na pewno niekiedy ją obraził zbyt grubym słowem, to jednak przez wiele lat tworzyli i tworzą nadal nieformalny związek. Stanowią parę prowadzącą wspólne gospodarstwo domowe i w razie potrzeby nawzajem się wspierającą. I pójdzie jej Andrzej za kraty na dwa lata, chociaż do tej pory karany nigdy nie był, a ona przez dwa lata będzie do wiezienia na widzenia jeździła i zamartwiała się, czy nie dzieje się mu tam krzywda. Rok nie wyrok, dwa lata jak za brata, mawiają starzy grypserzy, ale łatwo się mówi tym, dla których wiezienie to prawie drugi dom. Na pewno nie dla Andrzeja Dackiewicza i pani Janki.

Nie tak dawno wałbrzyski sąd skazał prawomocnie na karę kilkunastu miesięcy więzienia, jednego mojego znajomego, który dopuścił się przestępstwa zagrożonego karą do 25 lat pozbawienia wolności. Znajomy ten nawet nie był tymczasowo aresztowany, chociaż istniały ku temu mocne procesowe wskazania, a Andrzej Dacewicz był. Dlaczego? Czy dlatego, że w oczach sądu był nikim, nie miał w rodzinie prokuratora, nie był ważnym działaczem politycznym i nie pełnił różnych wysokich funkcji? Był za to tylko zwykłą szarą myszką, a dla takich litości nie ma. W polskich więzieniach siedzi kilkaset jeżeli nie kilka tysięcy niewinnych. Skazanych, bo śledztwa z jakichś powodów były marne, a sądom zależało na statystyce, a nie sprawiedliwości lub miały na uwadze jakiś inny, nie zawsze uczciwy interes. Zacznę chyba oglądać na TVP 1 paradokumentalny serial „Kasta”, bo zaczynam nabierać przekonania, iż o moralnym i mentalnym poziomie naszego sądownictwa pokazuje – niestety – smutną prawdę. Czyżby minister Ziobro miał rację, że jest to jednak stajnia Augiasza, którą należy oczyścić?

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

O sprawie pisaliśmy także tu:

REKLAMA