https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Okiem psychologa: z dala od ludzi

Okiem psychologa: z dala od ludzi

W stosunkach międzyludzkich nie ma nic, co czyniłoby je stabilniejszymi niż rynek giełdowy, pogoda, bezpieczeństwo narodowe itp. – J. Rainwater, „Self- therapy”.

Związki się rozpoczyna, utrzymuje, psuje i w końcu zrywa – przede wszystkim jednak się je dyskutuje – U. i. E. Beck.

Dialog wewnętrzny

Ja: – Dlaczego bycie samotną, jest takie przerażające?

Ja: – Gdy nie kocha mnie żaden mężczyzna, nie mam tożsamości.

Ja: -Wiesz, że znienawidziłabyś mężczyznę, który by cię posiadł absolutnie i zabierał ci powietrze do oddychania?

Ja: – Wiem, ale rozpaczliwie tego pragnę.

Ja: – Ale gdybyś to miała, czułabyś się jak w pułapce.

Ja: – Wiem

Ja: – Pragniesz rzeczy sprzecznych.

Ja: – Wiem.

Ja: – Chcesz jednocześnie wolności i bliskości.

Ja: – Wiem.

E. Jong, „Strach przed lataniem”

W oku 1995 nakładem „Warner Books” światło dzienne ujrzał jeden z najbardziej kontrowersyjnych podręczników rozwojowych jakie wydano na świecie z końcem XX wieku, zatytułowany „Rules” (Zasady), będący zbiorem porad, strategii i technik, które mogłoby pomóc kobietom wyznaczać i ustanawiać granice własnej integralności wobec mężczyzn. „Nie zagajaj rozmowy z mężczyzną nie dzwoń do niego i rzadko odpowiadaj na jego telefony, przestań się z nim umawiać jeśli ci nie kupi romantycznego prezentu” – to tylko niektóre z takich porad zamieszczonych w tym dziele. Zaskakujące jest jednak nie to, że ktoś wpadł na pomysł i napisał taką książkę, lecz to, że podręcznik ten odniósł spektakularny sukces wydawniczy i sprzedał się w ponad dwóch milionach egzemplarzy. Słowem: trafił w społeczne oczekiwania (głównie kobiet) dotyczące budowania relacji romantycznych, ukazując tym samym pewien charakterystyczny dla współczesności rys kulturowych mechanizmów kształtujących związki międzyludzkie. Jednym z takich mechanizmów jest stwarzanie i utrzymywanie odpowiedniego dystansu wobec płci przeciwnej i wstrzymywanie się z zaangażowaniem w trwały związek. Inny wniosek, który nasuwa się po lekturze podręcznika jest taki, że budowanie relacji to swoistą grą pozorów, uników, zastawania pułapek i kontroli, by nie dać się za szybko wciągnąć w związek, który ograniczałby zbyt mocno jednostkową autonomię. Jak zauważają w swoim znakomitym studium o miłości U. Beck i E. Beck-Gernsheim: „nie nawołuje się już do tego, aby się dopasować. Teraz nawołuje się do świadomego odgrodzenia” (str. 65), gdyż oparte na braku zaufania do wszelkich form wiązania unikanie bliskości, minimalizuje doświadczenie rozczarowania. Wprawdzie książka ma już przeszło 25 lat, to jej przekaz ciągle wpływa na współczesne rozumienie budowania relacji, a wymienione mechanizmy nadal – a może jeszcze bardziej – nadają kształt i charakter kontaktom międzyludzkim.

Relacje, zamiast dawać wsparcie, gotowy obraz świata, stanowić bezpieczny kontekst życia tworzący jego sens, stają się współcześnie polem walki o uznanie, uwagę, potwierdzenie własnej wartości, okazją do przyglądania się sobie i wzmacniania własnego ego, zakreślania granic ja, swojej indywidualności i autonomii. Nic dziwnego, że tak często bywają niszczące. Staliśmy się bardzo ostrożni w nawiązywaniu bliskich związków, przesadnie wrażliwi na wszelkie przejawy zbyt dużego i – jak sądzimy – uciążliwego oraz niebezpiecznego zaangażowania. Badamy się dokładnie, analizujemy, (także własne uczucia – kulturowa presja nieustannej introspekcji), omawiamy, negocjujemy, obwąchujemy się nawzajem zanim w ogóle zdecydujemy na kontynuowanie znajomości. Najmniejszy sygnał, będący zapowiedzią ewentualnego konfliktu, jest traktowany jak poważne ostrzeżenie i uruchamia mechanizmy wycofywania się. Znacznie częściej (niż jeszcze półwieku temu) wybieramy samotność (choć dla wielu, lecz nie wszystkich, równie bolesną), niż niepewne relacje (ponad połowa Amerykanów, Szwedów żyje samotnie, a mieszkańcy Szwecji – jak pokazuje film „Szwedzka teoria miłości” – coraz częściej umierają w zupełnej samotności), które mogą nas narazić na ból i i cierpienie. Decydujemy się na życie dla samego siebie (lub coraz bardziej powszechne w świecie zachodnim, samotne rodzicielstwo), „podążanie za marzeniami o niezależności, zmianie, wszechstronności, aby móc otwierać coraz to nowe strony JA, również wtedy, gdy to marzenie dawno już nabrało cech koszmaru” (U i E. Beck). Niekiedy potrzeba wymknięcia się innym i życia na własny rachunek poza wspólnotą, przybiera postać radykalną. Historie Christophera Mc Candlessa vel Alexa Supertrampa (historia opowiedziana w świetnym filmie „Wszystko za życie”), czy Christophera Knighta (swoistego rekordzisty „uchodźstwa od rasy ludzkiej”, jak pisał o nim dziennikarz M. Finkel- Knigt, który przeżył sam w dziczy 27 lat) stanowią egzemplifikację tej skrajnej postawy wyrażającej się – jak zauważa Ł. Najder – w przekonaniu, że „człowiek może być człowiekiem już tylko z dala od ludzi i poza układem wzajemnych niszczących relacji”.

Niewątpliwy kryzys relacji, o którym mówią i piszą psychologowie, socjologowie i wszelkiej maści analitycy współczesności, ukazuje jakieś pękniecie wewnątrz, wydawałoby się naturalnego procesu tworzenia więzi międzyludzkich, które dokonało się w epoce ponowoczesnej (określenie Z. Baumana) i które sprawiło, że coś, co wydawało się oczywiste, proste i pozbawione zbędnej narracji, stało się wątpliwe, niepewne wymagające ponownego zdefiniowania, omówienia i przedyskutowania. Relacje nie są już naturalną konsekwencją niekwestionowanych reguł, zasad i schematów życia we wspólnocie, stały się natomiast projektem, który trzeba dopiero wypracować, stworzyć w oparciu o introspekcję, asertywne negocjacje, bez najmniejszej gwarancji na ich stałość. Przywykliśmy uważać, że bliska relacja musi opierać się na autentycznym uczuciu (cokolwiek to znaczy) i jeśli tego nie „czujemy” mamy prawo (ba! nawet obowiązek) w imię naszego dobrostanu zrezygnować z niego. Ten reżim autentyczności każe ludziom wnikać w emocje własne i innych, aby można było rozstrzygnąć o doniosłości, intensywności i przyszłości danej relacji (czy to co czuję jest prawdziwe, czy on darzy mnie sympatią, czy tylko udaje, czy przyjaźń z nim jest mi potrzebna do czegoś, czy może jest toksyczna). Kiedyś, twierdzi E. Illouz – inna badaczka współczesnych relacji, ludzie byli ze sobą bez refleksji nad swoimi uczuciami, dziś od owej refleksji zaczyna się budowanie relacji – relacje nie są po prostu, lecz – podobnie jak własne ja – zaczynają być zarządzane.

Zrywanie więzi nie ma już, jak dawniej, charakteru moralnego (rozwody wśród klasy średniej były potępiane moralnie, a ktoś, kto nie dotrzymał małżeńskiej obietnicy, bywał karany społecznym ostracyzmem) i sami – jak zauważa Z. Bauman – „a priori zwalniamy siebie i innych z odpowiedzialności za skutki owych aktów”. Nie zaskakuje nas już i nie bulwersuje popularny dziś, nowy sposób porzucania partnera, nazywany „metodą na ducha” i polegający na tym, że po kilku randkach porzuca się drugą osobę, urywa kontakt i całkowicie znika z jej życia. Rozwój sieci społecznościowych umocnił tylko te postawy. Sieć – powiada Z. Bauman – „jest elastyczna, mobilna, można ją zabrać ze sobą w dowolne miejsce. Daje poczucie kontroli – zawsze można w dowolnej chwili wejść w sieć i równie szybko i bezboleśnie z niej wyjść”. Kontynuując myśl filozofa: w jednej chwili zaprosić dowolną osobę do grupy swoich „znajomych”, by kilka minut później zablokować ją lub ostatecznie usunąć, kiedy jej poglądy, przekonania stoją w wyraźnej sprzeczności z naszymi, co może stanowić dla nas zagrożenie własnej tożsamości (klik – i witamy w gronie znajomych, klik – żegnamy się bez żalu). Negocjowanie wspólnych znaczeń, jakiekolwiek próby porozumienia w sieci wydają się tylko stratą czasu, niepotrzebnym wysiłkiem – w końcu czeka na nas potencjalnie nieskończona liczba nowych, zgodnych z naszymi oczekiwaniami, znajomości. Spotkania w realu takich sieciowych znajomych należą do rzadkości. Codziennie kilkanaście razy na dobę scrolujemy posty znajomych, ślemy laiki, serduszka, zachwyty, komentujemy zdjęcia z wakacji itd., ale wolne chwile spędzamy w bardzo wąskim gronie rodzinnym lub samotnie z kieliszkiem wina i filmem na Netflixie.

Równocześnie, jak przekonują przywołani już wcześniej U.Beck i E.Beck- Gernsheim, miłość jest potrzebna jak nigdy dotąd, a my ciągle szukamy bliskości, głębokich, prawdziwych uczuć, może nawet bardziej niż jeszcze sto, czy dwieście lat temu, bowiem po upadku wszystkich pięknych opowieści wypełniających nasze życie sensem, magią i tajemnicą, pozostało nam tylko czyste uczucie miłości, ta nowa – jak uważają niektórzy socjologowie – religia (czy religia po upadku religii), w której szukamy własnego zbawienia. Tyle, że ostatecznie miłość okazuje się niemożliwa. „Wspaniały smak miłości, jej symboliczna siła, jej uwodzicielska moc zbawcza wzmagają się waz z jej niemożliwością. To dziwne prawo kryje się za liczbą rozwodów i ponownie zawieranych małżeństw, za szaleństwem, z jakim ludzie poszukują swego Ja w innym TY, czy wręcz chcą się z niego uwolnić” – U. i E. Beck.

W podobnym tonie od lat przemawia do nas w swojej twórczości M. Houellebecq. Ten – jak twierdzi wielu krytyków literatury – jeden z najbardziej wnikliwych demaskatorów i krytyków nowoczesności. Pisarz dostrzega dojmującą u ludzi zachodu potrzebę bliskich relacji i jednocześnie ukazuje paraliżującą niemoc jej zaspokojenia, wynikającą z charakteru współczesnej kultury indywidualistycznej. Potrzebę miłości, twierdzi Agata Bielik-Robson, analizując pierwszą powieść pisarza „Poszerzenie pola walki”, rujnuje system seksualnej konkurencji. „ Tam bowiem, gdzie pojawia się walka o miłość, miłość staje się niemożliwa: warunkiem sine qua non miłości jest stan zaprzestania wszelkiej walki”. Problem polega na tym, że nowoczesny kapitalizm zbudowany jest na fundamentach wolnej konkurencji i nieograniczonej konsumpcji, które to wartości przenikają także sferę stosunków międzyludzkich, przeobrażając je w charakteryzujący się pragmatycznym racjonalizmem proces ciągłych wyborów, możliwie jak najlepszych „opcji”, które z kolei podlegają silnej konkurencji. Walka o partnera przeistacza się w walkę wewnątrz związku, kiedy w końcu partner zostaje zdobyty. Teraz chodzi o wywalczenie sobie przestrzeni wolności. „ A im większy opór stawia druga osoba, która przecież też walczy o własną tożsamość, tym bardziej rośnie wola walki – partner staje się przeciwnikiem, a małżeństwo areną walk o własną pozycję i przetrwanie”- U. i E. Beck. W tej przestrzenni, pełnej napięć i zgrzytów, poświęcenie się dla drugiej osoby, rezygnacja z własnych ideałów, czy planów rozwojowych, jawi się jako zagrożenie dla autonomii i niezależności. Rozmaici teoretycy – twierdzi Agata Bielik- Robson – nazywają „nasz świat” nowoczesnością późną, płynną albo amorficzną. Houellebecq nazywa go po prostu nowoczesnością samotną. To świat trwale oderwanych od siebie ludzkich jednostek, które – niczym tytułowe „cząstki elementarne” z jego drugiej powieści – dryfują całkiem zdezorientowane, wpadając na siebie na zasadzie przypadkowych kolizji, niezdolne do stworzenia stałego związku.

Profesor Małgorzata Jacyno w wywiadzie udzielonym Marcinowi Darmasowi z Teologii Politycznej uważa, że cywilizacja zachodnia „promuje wizję jednostki wielkiej, wspaniałej i wszechmogącej, a jednocześnie elementem i warunkiem tej wielkości czyni wyrzeczenie się holistycznych odniesień, czyli odruchów wspólnotowych”. Model samodoskonalenia wzmacnia tym samym zachowania narcystyczne. Osoby narcystyczne, charakteryzujące się między innymi przesadnie wysoką samooceną, budują relację w oparciu o sprawczość – tzn., że związki z innymi służą raczej realizacji ich własnych celów i interesów niż stanowią naturalną potrzebę bliskich więzi. Jak pokazują badania, przeprowadzone niedawno przez grupę psychologów T.Burrisa i innych (i opublikowane w artykule pod znamiennym tytułem – More, More, More: The Dark Side of Self-Expansion Motivation – Ciemna strona motywacji samorozwoju), nadinwestycja w dbanie o własne ciało, będąca jednym z przejawów współczesnych zachowań narcystycznych, wiąże się z odczuciami depresyjnymi i skłonnością do ruminacji, niezadowoleniem ze swojego życia, oraz mniejszą dbałością o jakość relacji z innymi, zaś nadinwestycja w samorozwój – czyli tzw. rozszerzanie własnego ja – koreluje z machiawelizmem, psychopatią i narcyzmem. Asekuracyjne podejście do związków: tzw. cushioning (amortyzacja) polegający na utrzymywaniu wielu relacji romantycznych w tym samym czasie, czy breadcrubing (sypanie okruchów), czyli pozostawanie w kontakcie z osobą, z którą nie zamierzamy stworzyć relacji poprzez wysyłanie jej od czasu do czasu sygnałów, że jesteśmy zainteresowani relacją, to zjawiska zupełnie nowe, w których kładzie się nacisk wyłącznie na własne, egoistyczne pragnienia. Inny jest po to, by można go było wykorzystać do własnych celów, kiedy pojawi się taka potrzeba.

 Zobowiązania wobec innych zostały współcześnie zastąpione zobowiązaniem wobec samego siebie, swoich celów i samorealizacji. Nie musimy już – twierdzi M. Jacyno w przywołanym wcześniej wywiadzie – „podążać za ideałami oświecenia, których zwieńczeniem miało być wyzwolenie jednostki. Człowiek współczesny został już wyzwolony (z tradycyjnych więzów rodziny, wspólnot, ról płciowych, religii), przynajmniej tak sam siebie spostrzega. Ta świadomość staje początkiem jego drogi – samotnej, wolnej, skazanej na ciągłe wybory i kreowanie własnego losu”. W tradycyjnych społecznościach ustanowione i niepodlegające dyskusji więzi, rygorystycznie ograniczające możliwości wyboru, były równocześnie podstawą stabilności, tożsamości i bezpieczeństwa. Tam bowiem gdzie istnieją takie więzi, człowiek nigdy nie jest sam, lecz jest ulokowany bezpiecznie w większej całości – U. i E. Beck. Zakwestionowanie owych więzi staje się potencjalnym źródłem samotności. Młody człowiek – kontynuuje Jacyno – jest dziś pozbawiony jasnych kierunków i czytelnych, sensownych opowieści jak żyć, co wybrać, musi sam sobie je dopiero wypracować, często w opozycji do rodziny, nie mając przy tym żadnych czytelnych wskazówek poza jedną, enigmatyczną – „ bądź sobą”.

The Harvard Study of Adult Development to prawdopodobnie najdłuższe badanie życia dorosłych ludzi, jakie zostało kiedykolwiek wykonane. Przez 75 lat badacze kilku pokoleń Uniwersytetu Harvarda, rok po roku śledzili losy 724 mężczyzn, pytając ich o pracę i rodzinę, dokonując pomiaru ich stanu zdrowia, analizując ich osobiste losy. Wyniki tych imponujących badań są dość jednoznaczne: ludzie, którzy są mocniej przywiązani do rodziny, znajomych czy wspólnot, są szczęśliwsi, zdrowsi i żyją dłużej od tych, którzy nie są tak przywiązani. Samotność bywa toksyczna. Ludzie odizolowani od innych bardziej niż by tego chcieli, są mniej szczęśliwi, podupadają szybciej na zdrowiu, gorzej funkcjonują poznawczo i żyją krócej od tych, którzy nie są samotni. Inny wniosek jest taki, że nie liczy się liczba znajomych czy wierność w związku, ale przede wszystkim jakość bliskich relacji z innymi. Ostatnie badania z 2019 roku, zamieszczone w Social Psychiatry 54 (9) potwierdzają silną zależność pomiędzy jakością związków, a stanem zdrowia (większa jakość – lepsze zdrowie), uświadamiając nas, że w życiu warto stawiać na wysokiej jakości związki, a nie na ich ilość (wniosek ważny w kontekście znajomości na Fb). Przy okazji ujawniły one, iż 17%  dorosłych amerykanów w wieku od 18 do 80 r.ż odczuwa głęboką samotność.

Skoro bliskie i głębokie relacje są tak ważne dla naszego dobrostanu, może właśnie dlatego bywamy dziś częściej nieszczęśliwi. W imię iluzorycznych ideałów samorozwoju i samorealizacji, skazujemy się na samotność, kładziemy na szali własne szczęście, podążając za marzeniami o autonomii i niezależności, pozamykani w swoich ciasnych prywatnych światach, które bierzemy mylnie za rzeczywistość. Daliśmy się omamić złotoustym prorokom rozwoju osobistego, tak prawdziwie brzmiącym, językiem psychologii pozytywnej, którzy obiecują nam szczęście, pod warunkiem, że przestaniemy oglądać się na innych (zrywając każdy związek, który nam ciąży), zaczniemy żyć własnym życiem opartym na osobistych pragnieniach, wykorzystamy ukryte w nas głęboko skarby „wewnętrznego potencjału i mocy”. Doświadczeni wieloma relacyjnymi porażkami, w pogoni za wciąż uciekającym szczęściem i sukcesem udajemy, że jest nam dobrze samemu, że lepiej żyć w pojedynkę niż narażać się na nieznośną niepewność, ból i cierpienie, które wpisane są często w bliskie relacje.

Tymczasem – twierdzi Jacyno – bez zewnętrznego wsparcia, jednostka pozostawiona samej sobie pozbawiona jest również obron. „Bez wspólnoty wszystko boli i każde wydarzenie niesie niepokój”. Znoszenie bólu i cierpienia jest możliwe dzięki solidarności. Psycholożka i badaczka emocji L.Feldman Barrett zwraca uwagę, że samo przebywanie wśród bliskich znajomych synchronizuje nasze oddechy, tętno i inne sygnały, a trzymanie za rękę ukochanej osoby redukuje stres i sprawia, że w mniejszym stopniu odczuwamy ból. Budowanie relacji oznacza konieczność kompromisu, zgody na to, że podobieństwo i wspólnota naszych losów ma pierwszeństwo i przewagę nad poczuciem własnej wyjątkowości i niepowtarzalności. Bliskie, oparte na wzajemnym zaufaniu i zobowiązaniu związki z innymi, stanowią przy tym bufor chroniący nas przed nieprzewidywalną rzeczywistością, chaosem który niesie i są – jak dotychczas najbardziej pewną i bezpieczną – przystanią na wzburzonym morzu niepewnego jutra.

Nic bowiem – jak zauważa Agata Bielik- Robson, omawiając twórczość Houellebecqa – „nie jest w stanie zrekompensować niezaspokojonej potrzeby miłości. Każdy inny rodzaj pragnienia znajduje swe mniej lub bardziej funkcjonalne zastępniki – ten jeden jednak opiera się wszelkiej substytucji. Miłości niczym nie da się zastąpić”. Miejmy to na uwadze.

Marek Gawroń

Od redakcji: autor jest psychologiem – terapeutą, coachem, ekspertem w wielu krajowych i międzynarodowych projektach badawczych oraz rozwojowych. Publikował w czasopismach naukowych z zakresu psychologii emocji, empatii i relacji terapeutycznych. Prowadzi prywatny gabinet. Kontakt: margaw@op.pl.

REKLAMA