https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

W sidłach prawa (7)

Ciąg dalszy historii wałbrzyszanina Wojciecha Pyłki, który siedzi w więzieniu za morderstwo, którego… nie mógł popełnić.

W poprzednim odcinku wyraziłem przekonanie, że 31 stycznia 2008 roku w mieszkaniu zmarłego Janusza Laskowskiego nie przeprowadzono żadnych oględzin, ponieważ czynności tej dokonano dopiero 24 kwietnia 2008 roku, w wyniku postanowienia wydanego przez nadzorującego śledztwo prokuratora. Przypomnę, że przeszukanie to nie miało najmniejszego sensu, ponieważ 27 lutego 2008 r. mieszkanie Laskowskiego zostało dokładnie opróżnione z wszystkiego tego, co się w nim w chwili ujawnienia zwłok znajdowało. A jednak w aktach sprawy znajduje się protokół przeszukania tego mieszkania, który – jak wspominałem – nie zawiera niczego, a jedynymi konkretami są ujawnione w nim dwa „fakty”, z których jeden dotyczy ułożenia dłoni denata, co zostało opisane w sposób następujący: „Palce obu dłoni ma włożone między pętlę a szyję”. To wszystko. Fotografii oczywiście nie ma.

Śmiem twierdzić, że właśnie to króciutkie zdanie było jedynym powodem, dla którego zdecydowano się na tak zadziwiające posunięcie. Ale zanim przedstawię mocne poszlaki, wskazujące na nieprawdopodobny procesowy przekręt, powołam się na fragmenty zeznań Jerzego Ch., który jako jedyny spośród tych, którzy widzieli wiszące zwłoki, został przesłuchany. Policjant, który wszedł z Jerzym Ch. do mieszkania zmarłego przesłuchany oczywiście nie został – ani w toku śledztwa, ani też w czasie postępowania przed sądem. Drobiazg? Według mnie raczej skandal. A przesłuchiwany Jerzy Ch. zeznał podczas śledztwa, że nie pamięta ułożenia rąk wiszącego kolegi, ale kiedy w sądzie odczytano mu fragment protokołu oględzin miejsca znalezienia zwłok, w którym zapisano, że dłonie denata trzymają oburącz pętlę, to wówczas zeznał:

„(…) Nie przypominam sobie takiej sytuacji z ułożeniem w ten sposób rąk Janusza. (…) być może, że wydawało mi się, że ręce miał wzdłuż ciała. Jednak wydaje mi się, że bliższe temu, co pamiętam jest to, że właśnie w ten sposób ręce miał ułożone (…)”.

Jest to zapis zeznań świadka, który w sądzie znajduje się pod naciskiem pytań prokuratora i oskarżyciela posiłkowego, którzy z całą mocą prą do uzyskania potwierdzenia tego, że denat wisiał z rękami chwytającymi pętlę. Tych, którzy na salach sądowych nie bywają i nie wiedzą, jak powstaje protokół z rozprawy, informuję, że protokolantka (bo zazwyczaj to kobieta) nie zapisuje tego, co mówią zeznający (tak jak to jest praktykowane w sądach amerykańskich), tylko to, co jej do protokołu dyktuje sędzia przewodniczący. A sam wielokrotnie słyszałem, że to co dyktuje, nie całkowicie oddaje to, co zeznający mówił, zwłaszcza kiedy nie posługuje się zdaniami zbudowanymi zgodnie z zasadami języka polskiego. Mówiąc więc językiem zrozumiałym dla wszystkich, Jerzy Ch. nie potwierdził tego, co w protokole zapisał policjant, a policjanta nie wezwano na świadka, zapewne z obawy, że np. obrońca mógłby go „przemielić” pytaniami, dotyczącymi faktu sporządzenia przez niego tak kuriozalnego protokołu. Mógłby go też zapytać: dlaczego protokół ten nie zawiera żadnego oznaczenia, że z jego treścią zapoznał się jakikolwiek jego przełożony, a zwłaszcza funkcjonariusz z pionu dochodzeniowego? Zresztą, nie wyobrażam sobie, aby w normalnych warunkach taki protokół mógłby być włączony do akt, bez adnotacji nakazującej natychmiastowe powtórzenie czynności oględzinowych, zgodnych z procesową procedurą, która w żadnym przypadku nie może być przecież zlekceważona. Według mnie –wieloletniego naczelnika wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Wałbrzychu – taki brak nadzoru nad czynnościami procesowymi w śledztwie to nic innego, jak czyny zahaczający o artykuł 231 Kodeksu karnego, stanowiący o niedopełnieniu obowiązku służbowego na szkodę interesu publicznego, czyli na szkodę wymiaru sprawiedliwości. Aby już nie przedłużać, wyjaśnię, o co – według mnie – chodziło.

Otóż wszystkie te „procesowe cuda” miały na celu wykazanie, że Janusz Laskowski został powieszony przez Wojciecha Pyłkę, a broniąc się przed tym, chwytał się rozpaczliwie za pętlę, próbując rozluźnić jej śmiertelny ucisk. Przypomnę, że miał się tak bronić, znajdując się w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, co zostało potwierdzone specjalistycznym badaniem, wykazującym stężenie alkoholu w wysokości 3,1 promila we krwi i 3,6 promila w moczu. Tymczasem, jak czytam na stronie Kliniki Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, stężenie alkoholu w granicach 3 – 4 promili powoduje pogłębiające się zaburzenie świadomości, prowadzące do śpiączki oraz upośledzenie odruchów i czucia. Warto też wiedzieć, że w pierwszych dwóch dniach po śmierci zawartość alkoholu we krwi zwłok zwykle spada przeciętnie o 5 do 6%, a po 24 godzinach może się obniżyć nawet o 10%. Natomiast w ciągu dalszych dni spadek ten bywa jeszcze znaczniejszy i czwartego dnia może osiągać 20 do 25%. Krew ze zwłok Janusza Laskowskiego do badań pobrano 6 lutego, a więc 19 dni od zgonu. Warto więc zwrócić uwagę, że moment powieszenia Laskowskiego przez Pyłkę, przesłuchiwany w prokuraturze 25 kwietnia 2008 r., Bogumił K. opisuje następująco:

”(…) W tym czasie Janusz odzyskał przytomność i zaczął się bronić. Jak „Jajo” (Pyłka – JB) zakładał mu pętlę to Janusz dalej leżał na ziemi. On odrywał tę pętlę od szyi  i wołał „pomocy” i „ratunku” (…) On miał ręce włożone w tą pętlę, tak jakby chciał ją rozerwać. Włożył je wtedy jak się bronił kiedy leżał na ziemi (…)”.

Zatem człowiek spity do nieprzytomności – według prokuratury i sądu – miał świadomość tego, co się wokół niego dzieje i walczył ze swoim zabójcą, wołając głośno i rozpaczliwe o pomoc. Dla mnie to wystarczające, aby zapytać: czy nie był to moment, by ktoś stuknął się w głowę? Ale w głowę nikt się nie stuknął (nawet obrońca z urzędu), a sąd w uzasadnieniu wyroku stwierdził z wielkim przekonaniem, że Bogumił K. wyjaśnienia swe składał dobrowolnie i w warunkach pełnej swobody wypowiedzi. Oczywiście chodzi o te wyjaśnienia, w których się do obecności przy zabójstwie przyznawał. Jednakże bardzo szybko się z tego wycofał twierdząc, że znajdował się pod wielką presją policjantów, w co sąd oczywiście mu już nie uwierzył, chociaż utrzymywał to aż do ostatniego dnia procesu. Wiara sądu opierała się przede wszystkim na tym, że Bogumił opowiadał o tych dłoniach trzymających pętlę, co policjant opisał w swym protokole oględzin mieszkania i zwłok. Warto więc przy tym podkreślić, że zanim Bogumił zaczął składać wyjaśnienia, był poddany wielogodzinnej „obróbce” w postaci tzw. policyjnego rozpytania, czyli nieprotokołowanej, ani nie utrwalanej w inny sposób pozaprocesowej czynności, czego w ogóle nie kryli przesłuchani w tej sprawie policjanci. I tak funkcjonariusz biorący udział w tymże rozpytaniu, zeznał przed sądem w rozbrajający sposób, że podczas tej „luźnej rozmowy” podał Bogumiłowi K. pewne fakty, a w tym i taki, że Janusz miał ręce gdzieś w okolicach pętli. Mówił mu, że:”pewnie tam byłeś, pociągnęliście za linę, a on włożył ręce. W pewnym momencie K.  potwierdził to, co powiedziałem, mówiąc: no, tak było”. Policjant zeznał to przed sądem, a sąd na to nie zwrócił najmniejszej uwagi. Ale ja zwróciłem i dzięki temu wiem do czego potrzebny był ten kuriozalny protokół oględzin, w którym policjant napisał, że dłonie denata trzymały pętlę.

W następnym odcinku napiszę dokładniej, czym są w istocie te rozpytania, dlaczego Bogumił K. tak łatwo potwierdzał to, co mówili mu policjanci i dlaczego się z wcześniej złożonych wyjaśnień wycofał.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

Kliknij tutaj