https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

W sidłach prawa (6)

Ciąg dalszy historii wałbrzyszanina Wojciecha Pyłki, który siedzi w więzieniu za morderstwo, którego… nie mógł popełnić.

Zanim rozwinę moje kolejne wątpliwości, rodzące się w trakcie lektury akt procesowych jak króliki w australijskim buszu, przypomnę, że rzecz będzie dotyczyć oględzin mieszkania Janusza Laskowskiego (nazwisko ofiary zostało zmienione – red.), przeprowadzonych 31 stycznia 2008 roku o godzinie 16.00 przez policjanta z Komisariatu V Policji w Wałbrzychu. A także tego, dlaczego mam uzasadnione podejrzenie, graniczące z pewnością, że faktycznie żadnych oględzin w tym dniu nie przeprowadzono, a te które miały miejsce, zostały przeprowadzone w innym terminie.

Wątpliwość pierwsza, co do tego faktu, wynika z tego, że w aktach procesowych nie znajduje się ani jedna fotografia przedstawiająca wygląd pomieszczeń oraz znajdujących się tam przedmiotów, ani też wiszących zwłok, nie wspominając już o tym, że z protokołu tego wynika, a nie ma żadnego innego dokumentu procesowego w tej materii, że nie zabezpieczono nawet linki, na której wisiały zwłoki, co w procesie karnym jest warunkiem sine qua non, czyli warunkiem niezbędny dla celów dowodowych. Każdy kumaty obrońca taki protokół oględzin powinien już w pierwszym dniu procesu zakwestionować. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Niech Czytelnicy sami sobie odpowiedzą. Ale nie tylko obrońcy można o to pytać, ale także i przede wszystkim nadzorującej śledztwo pani prokurator (nie wspomnę nazwiska, aby wstydu oszczędzić), która widać takimi pierdołami głowy sobie nie zawracała, co również udzieliło się wszystkim sędziom, jacy się sprawą Wojciecha Pyłki ponoć zajmowali z poszanowaniem zasad wynikających z art. 7 Kodeksu Postępowania Karnego, mówiącego między innymi o tym, że wszystkie dowody winne być oceniane z uwzględnieniem zasad prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. Łapię się za głowę, kiedy staram się wyobrazić sobie poziom tej wiedzy i doświadczenia życiowego, o zasadach prawidłowego rozumowania nie wspominając.

Ale wracam do linki, na której ponoć wisiały zwłoki Janusza Laskowskiego. Piszę „ponoć”, bo tak naprawdę to nie jest wiadomo w jaki sposób znalazła się w materiałach dowodowych, skoro nie została procesowo zabezpieczona na miejscu zdarzenia, ani też podczas sekcji zwłok. Nota bene, w protokole z sekcji na jej temat nie ma ani jednego zdania. A przecież w każdym śledztwie dotyczącym zabójstwa przez powieszenie, taką linkę bada się nadzwyczaj skrupulatnie i to nie tylko jej końcówki, aby ustalić, czy i czym były przecinane, ale także sposób sporządzenia pętli (związania supła na szyi i belce), porównania bruzdy wisielczej do jej parametrów, jak i samą linkę pod kątem ujawnienia znajdujących się na niej śladów biologicznych. Bo jeżeli Wojciech Pyłka miał powiesić Janusza Laskowskiego w ten sposób (jak przyjęto w akcie oskarżenia i w wyroku), że najpierw założył pętlę na szyję, a następnie całkowicie bezwładne ciało pijanego w sztok (stężenie alkoholu etylowego we krwi wynosiło 3,1‰ i 3,6‰ w moczu) Janusza podciągał linką do góry, to bez żadnych wątpliwości należy przyjąć, że na tej lince ślady takie winny znajdować się w każdym miejscu, w którym Pyłka musiał kolejno ją chwytać, aby to ciało w górę wywindować.

Wydawać by się mogło, że w takim razie linka ta winna być jednym z podstawowych dowodów wskazujących na sprawstwo Wojciecha Pyłki. Nic z tych rzeczy. Żaden taki dowód nie został wymieniony w uzasadnieniu wyroku, ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ biegli z Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu jednoznacznie stwierdzili, że „zabezpieczone na lince ślady biologiczne mogły pochodzić od Laskowskiego lub innych osób, z wykluczeniem Wojciecha Pyłki i Bogumiła K.” Proszę Czytelników, aby o tej konkluzji nie zapomnieli.

Tak więc linka ta jest, a jakby jej nie było. Dlaczego? Ano dlatego, że jedynym zapisanym w procesie dowodem jej istnienia, jest pkt. 2 w wykazie dowodów do ujawnienia na rozprawie, znajdujący się w pkt. III aktu oskarżenia. Ale skąd się dowód ten tam wziął, zgadnąć nie trudno, jeżeli się zna dalsze rewelacje wynikające z zebranego w śledztwie materiału procesowego. Otóż, opierając się na własnej analizie materiałów procesowych, opartej na zasadach prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i własnego doświadczenia zawodowego oraz życiowego, stawiam tezę, że 31 stycznia 2008 roku, przebywający w mieszkaniu Laskowskiego policjant z Komisariatu V, żadnych oględzin nie przeprowadził, a protokół datowany na ten dzień i znajdujący się w aktach, został sporządzony dopiero po 24 kwietnia. Tę zdawałoby się karkołomną tezę uwiarygodniają jednak zdarzenia, które rozegrały się w dniu, w którym Bogumiła K. dowieziono przed oblicze nadzorującej śledztwo prokurator, która 18 lutego 2008 roku wydała postanowienie o jego wszczęciu z art. 151 k.k., uznając, iż zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż Janusz Laskowski targnął się na własne życie w efekcie czyjeś namowy lub udzielenia mu w tym pomocy. Mimo tego, że zostało wszczęte, 27 lutego 2008 r. prowadzący je policjanci wydali wałbrzyskiemu Miejskiego Zarządu Budynków klucze do mieszkania Janusza, w rezultacie czego pracownicy tej instytucji (po powiadomieniu prokuratury, policji i straży miejskiej), dokładnie je wysprzątali, a wszystkie znajdujące się tam rzeczy wywieźli do magazynów MZB. Na szczęście, co będzie miało później naprawdę spore znaczenie, z czynności tych sporządzili stosowny protokół i wykonali kilka kolorowych fotografii. Przez kilka miesięcy w sprawie tej nic się prawie nie działo, aż 24 kwietnia zatrzymano Bogumiła K. i jego konkubinę Monikę S., co zresztą było efektem kuriozalnych wręcz wydarzeń, których głównymi aktorami byli wałbrzyscy policjanci z Komisariatu V i ich koledzy z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu. Następnego dnia Bogumił K. został dowieziony do Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu celem przesłuchania go w charakterze podejrzanego, a więc przedstawiono też prokurator akta sprawy, sporządzone przez prowadzącą śledztwo policjantkę z tego komisariatu. I tu zaczynają się moje domysły, oparte na wartościach wskazanych w przywołanym wyżej art. 7 k.p.k., które pozwalają postawić mi tezę, opartą na analizie dokumentacji i chronologii zdarzeń, że niewątpliwie prokurator zauważyła, iż w aktach sprawy nie ma protokołu oględzin miejsca zdarzenia i dlatego wydała poplecenie uzupełnienia tej podstawowej czynności procesowej. Na miejsce domniemanego przestępstwa udała się dwójka funkcjonariuszy z KMP (dochodzeniowiec i technik kryminalistyki), którzy o godz. 11.40 rozpoczęli oględziny pustego i wysprzątanego mieszkania, w efekcie czego zabezpieczyli kawałek walającej się po podłodze linki, dzięki czemu mogła się ona znaleźć na wykazie dowodów rzeczowych. Oględziny te zakończono o godz. 12.10 i dopiero po tym, o godzinie 12.21 prokurator przystąpiła do przesłuchania Bogumiła K. i postawienia mu zarzutów. I tylko w taki sposób można wytłumaczyć przeprowadzenie oględzin mieszkania po tym, jak zostało ono wysprzątane i opróżnione z wszystkiego, co się w nim 31 stycznia znajdowało. Dlatego też, aby nie kompromitować tego całego, pożal się boże śledztwa, zdecydowano się na wprowadzenie tego fikcyjnego dokumentu, datowego na 31 stycznia 2008 roku. I jestem całkowicie przekonany, że o tym „myku” nadzorująca śledztwo prokurator nie wiedziała, bo nie chce mi się wierzyć, aby wiedzieć o tym mogła.

W kolejnym odcinku przedstawię dalsze poszlaki uzasadniające tę moją tezę. I nie tylko tę.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

Kliknij tutaj