W górę serca!

Polecamy23 marca, 2017

 

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Udało mi się uchronić przed unicestwieniem numer 15 „Polityki” z kwietnia 2006 roku. Intensywnie barwna okładka z rudowłosą Marią Magdaleną, jak wiadomo jawnogrzesznicą, oblubienicą Jezusa, ikoną feministek, była wystarczającym powodem, by ten egzemplarz znanego periodyku odłożyć na zaś. Ale to nie ona wzbudziła moje największe zainteresowanie, choć epitet – jawnogrzesznica – wydaje się bardzo frapujący.

W tym świątecznym numerze, z okazji Wielkanocy, już na samym początku jest obszerny artykuł Adama Szostakiewicza pod tytułem – „Życie po życiu”. Otóż to, czy możemy sądzić jak nakazuje nam religia chrześcijańska, że po śmierci nasza dusza ulatuje gdzieś daleko i albo czekają na nią Aniołowie, by otworzyć jej wrota do rajskiej krainy ułudy, albo musi odcierpieć w czyśćcu za swoje grzechy i czekać cierpliwie na łaskę boską, albo też jest skazana na wieczne potępienie w czeluściach piekielnych? Czy są na to racjonalne przesłanki? Co o tym mówią naukowcy? Czy odrzucają kategorycznie przypowieści biblijne uznając, że nie ma na nie empirycznych dowodów, czy też próbują odnaleźć przynajmniej logiczne uzasadnienie, wskazujące na istnienie życia po śmierci?

Faktem jest, że obecnie nauka przestaje traktować to pytanie jako tabu, którym po prostu nie warto się zajmować. Jest więc wielu ludzi nauki, którzy dokonują różnych badań i dociekań filozoficznych i na tej podstawie formułują swoje opinie i wnioski. Łatwo się domyślić, że ta egzystencjalna zagadka znajduje zdeklarowanych scjentystów, odrzucających jakąkolwiek możliwość życia po śmierci, jak i uczonych konformistów, skłonnych do kompromisu z prawdami głoszonymi przez kościół.

Wybitny filozof, publicysta, ojciec prof. Józef Maria Bocheński przyznaje, że pragnienie nieśmiertelności i wynikająca stąd wiara w życie po śmierci, nie jest zabobonem, tylko wytworem ludzkiej psychiki. Ale z tego, że coś pragniemy, nie wynika, iż coś jest. Mimo wszystko ten zdroworozsądkowy sceptycyzm wcale nie musi wykluczać chrześcijańskiej wiary w zmartwychwstanie.

Nie będę relacjonował szczegółowej treści artykułu, bo nie da się streścić tego, co już w swej istocie jest streszczeniem badań i opinii różnych uczonych, zresztą na ogół kontrowersyjnych. Najważniejszą jest końcowa konkluzja zatytułowana: jak się nie dać zwariować? Przytoczę tutaj zasłyszaną przeze mnie anegdotę, oddającą dowcipnie brak jednoznacznej naukowej wykładni na temat istnienia życia po śmierci.

Pewnego starszego wiekiem uczonego prezentującego aktualny stan badań naukowych w tej dziedzinie, studenci na koniec wykładu zapytali wprost: No dobrze, ale co pan, profesorze o tym sądzi: jest życie po śmierci, czy też nie? – Oczywiście, że tak – odpowiedział bez wahania profesor. I dodał: – Przecież ja wkrótce umrę, ale wy wszyscy będziecie żyli nadal na tej planecie.

Wracam jeszcze na moment do końcowych wniosków artykułu. Otóż zdaniem autora, wiara w życie po życiu jest ludzka, bo tak samo ludzki jest ruch obronny człowieka przed śmiercią. Życie ma sens, dlatego nie godzimy się z myślą, że kończy się ono z chwilą śmierci. Inaczej mówiąc, gdyby nie było śmierci, a życie trwało bez końca, już dlatego byłoby pozbawione sensu. Nie jestem pewien, czy ta filozoficzna hipoteza potrafi nas w pełni usatysfakcjonować. Na co dzień szukamy sensu życia w tym jak żyjemy, co robimy, jak sobie radzimy z kłopotami i nieszczęściami. Każdy człowiek tworzy sobie swój własny sens życia, często bardzo przyziemny, materialny, wynikający z wychowania w rodzinie i środowisku. Na ogół widzimy sens życia u ludzi, którzy coś tworzą, budują, przekształcają, a z chwilą śmierci coś po sobie zostawiają, jeśli już nie trwałego, to przynajmniej duchowego, czyli w pamięci i sercach swoich bliskich. A może właśnie to jest tym objawionym przez Boga życiem po śmierci?

Moje dzisiejsze rozważania mają swoje uzasadnienie nie tylko zbliżającymi się świętami Wielkanocy i nadchodzącą niedzielą, która zgodnie z tradycją religijną winna być dniem kontemplacji dla wiernych. Po tym, co miało miejsce w Brukseli, dobrze by było, by ta niedziela była odskocznią od gorzkiej mizerii naszego życia politycznego. Rząd pięknego, dobrze rozwijającego się 38-milionowego kraju w środku Europy stał się pośmiewiskiem dla całego świata, a twórca tego blamażu bez wstydu i skruchy oświadcza, że on to zrobił dla Polski, by Polska pokazała światu, że jest suwerenna. Powinna więc zerwać wszystkie więzi z 27-oma krajami Unii Europejskiej, zamknąć granice i dusić się we własnym sosie. Unia potrzebuje Polski jako przyjaźnie nastawionego partnera i wspólnika. Uosobieniem takiej Polski jest Donald Tusk i dlatego zyskał poparcie wszystkich krajów unijnych z wyjątkiem pisowskich mścicieli z Polski. Niebo zasnute mgłą, ciemno, chłodno, ponuro. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Czy są jakieś granice szaleństwa człowieczka, który stracił poczucie realizmu tak ważne i niezbędne w rządzeniu państwem?

To najlepszy czas na medytacje. Myślę, że są one potrzebne, bo życie tylko wtedy ma sens, gdy potrafimy zdać sobie sprawę z tego, po co żyjemy i potrafimy pamiętać o tym, że żyjemy nie tylko dla siebie. Ale nie martwmy się. Przeżyliśmy komunę, w której rządzący też wszystko robili w imię dobra narodu polskiego, przeżyjemy czas „pisowskiej burzy i naporu”. Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Sursum corda!

Stanisław Michalik

Tagi: ,