Relatywizm

Polecamy27 lipca, 2016

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Od kilku dni świat zachodni żyje dwoma wydarzeniami, które – nie ma co ukrywać – mocno wstrząsnęły opinią publiczną i licznymi politykami. Z tymi ostatnimi mam jednak mocny problem, bo – jak zwykle – ich reakcje (chodzi mi o najważniejszych polityków z Unii Europejskiej i USA) nacechowane są okropnym relatywizmem, co – według mnie – jest wizytówką współczesnej tzw. demokracji. Zgodnie z obowiązującym obecnie moralnym kanonem politycznym, oceniając jakieś zdarzenie, w polityce należy kierować się jedynie tym, co jest aktualnie dla polityków korzystne. Nie ma więc żadnego, wspólnego dla wszystkich, wzorca postępowania, którego ocena byłaby identyczna i niezależna od kontekstu ocenianych wydarzeń. Dlatego też użycie (bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ) przez państwa NATO militarnej agresji wobec suwerennego państwa serbskiego, w celu wymuszenia na nim oderwania z jego terytorium dzielnicy Kosowo i utworzenia samodzielnego państwa, zostało przez polityczny establishment UE i USA uznany za godne uznania i wsparcia. Nawet Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze uznał, że ogłoszona przez albańskich rebeliantów z UCK (Armia Wyzwolenia Kosowa) Deklaracja Niepodległości jest zgodna z prawem międzynarodowym. Jednakże już ogłoszone i przeprowadzone na Krymie referendum, decydujące o oderwaniu się Krymu od Ukrainy, a następnie włączenie Krymu – na prośbę jego demokratycznie wybranych władz – w skład Federacji Rosyjskiej, zostało uznane za akt rosyjskiej agresji, co się dla Rosji skończyło obłożeniem restrykcjami gospodarczymi.

Wspominam te wydarzenia celowo, aby przez ich pryzmat spojrzeć na nieudaną próbę wojskowego puczu w Turcji, mającego miejsce w nocy z 15 na 16 lipca. Dziwny to był zamach stanu, ponieważ w powszechnym odczuciu (również wielu polityków i komentatorów z całego świata), wyglądał tak, jakby puczyści chcieli jak najszybciej być pokonanymi. Co zresztą też się stało. Gdyby nie to, że zginęło sporo ludzi, można by go uznać za jakąś tragifarsę. Nie da się ukryć, że wszystko wskazuje na to, że była to akcja zorganizowana, lecz raczej nie przez przeciwników obecnej władzy w Ankarze, lecz wręcz zgoła odwrotnie. W kryminalistyce uznaje się, że aby ustalić sprawcę, należy odszukać tego, komu dane działanie przyniosło największe korzyści, co w przypadku prezydenta Turcji zdaje się być oczywiste. Uważny obserwator już od dawna wie, że Turcja powoli, ale zdecydowanie, skręca z pozycji demokratycznego państwa świeckiego, na pozycję państwa religijnego, w którym nie zasady demokracji, a islamu, mają zdecydowane znaczenie. I jakoś to politykom Unii Europejskiej, którzy o demokracji, swobodach i prawach obywatelskich, rozprawiają od rana do nocy aż do znudzenia, nie przeszkadza. Jeszcze niedawno na ulicach największych miast Turcji miały miejsce antyrządowe zamieszki, będące wyrazem sprzeciwu wobec prezydenta Erdogana (np. 31.05.2013 r.), które spowodowały, że w świecie polityki zaczęto mówić, iż „arabska wiosna” dotarła do Ankary. Przypomnę, że wszystkie te zamieszki były wyrazem sprzeciwu wobec prezydenta, który dopuszczał się jawnego naruszania praw obywatelskich i demokratycznych swobód. Kiedy w Polsce Jarosław Kaczyński zadecydował, że Trybunał Konstytucyjny jest orężem do walki politycznej prowadzonej przeciw niemu przez opozycję, Polska znalazła się na celowniku Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, Komisji Weneckiej, a także została upomniana przez samego prezydenta Obamę, który – jak wiadomo – tak bardzo kocha poszanowanie prawa i swobód obywatelskich, że uczyni wszystko (nawet używając swej dzielnej armii), aby prawa te i swobody bronić w każdym zakątku świata. Kiedy jednak prezydent Erdogan 26 lutego br. oznajmił, że turecki Trybunał Konstytucyjny działa przeciwko narodowi i może zostać rozwiązany, ci sami politycy jakoś nabrali wody w usta i w dalszym ciągu widzą Turcję jako członka NATO, oraz rychłego członka UE. Przypomnę, że taką reakcję prezydenta Turcji wywołał wyrok tureckiego TK, który uznał za bezprawne aresztowanie dwóch tureckich dziennikarzy, którzy poczynania prezydenta uznali za antydemokratyczne. Nic dodać, nic ująć. Turecka armia już kilkakrotnie dokonywała obalenie rządów (wybranych demokratycznie), kiedy uznała, że ich poczynania zmierzają do ograniczenia lub zniesienia podstawowych zasad, jakim rządziła się turecka demokracja od czasów Mustafy Kemala Atatürka, twórcy nowoczesnej i demokratycznej Republiki Tureckiej. To właśnie turecka armia miała wpisane w konstytucję (z 1961 roku) prawo obrony laickości państwa, z czego korzystała i co nie wywoływało negatywnych reakcji tzw. wolnego świata, czyli Europy Zachodniej i USA. Inaczej stało się już zaraz po tym, jak prezydent Erdogan, za pośrednictwem telefonu komórkowego, wezwał obywateli do wyjścia na ulice i obrony rządu oraz jego władzy. I chociaż wiadomo w jakim kierunku podąża prezydent Erdogan i że kierunek ten z demokracją ma coraz mniej wspólnego, to jednak przywódcy UE i USA na wyprzódki polecieli z wyrazami poparcia dla prezydenta, głosząc, że przecież został on wybrany w demokratyczny sposób i dlatego „puczystów” należy potępić.

Tymczasem ta demokratyczna miarka nie jest stosowana wobec demokratycznie wybranego prezydenta Syrii, którego działania stanęły na drodze islamskiego radykalizmu, stającego się dla Europu, a nawet świata, coraz bardziej realnym zagrożeniem. I mimo tego zagrożenia to UE i USA wspierają politycznie, finansowo i militarnie syryjskich rebeliantów, nie zważając na to, iż prowadzi to do osłabienia legalnej władzy i trwania w tym państwie totalnego chaosu oraz groźby przejęcia władzy przez islamistów z ISIS. Tej samej miary nie zastosowano w obronie władzy w Algierii, czy Egiptu, gdzie armie dokonały przewrotu, aby nie dopuścić do przejęcia władzy przez islamistów, chociaż władzę tą otrzymali w wyniku demokratycznych wyborów. Dlaczego UE i USA miary tej nie zastosowały w przypadku zbrojnego obalenia (walki na kijowskim Majdanie) legalnie i demokratycznie wybranego prezydenta Ukrainy Janukowycza, który odmówił podpisania traktatu stowarzyszeniowego z Unią Europejską? Zastanawiam się też, jak to się w Turcji stało, że w wyniku nieudanego puczu zginęło 145 cywilów, 60 policjantów i tylko trzech żołnierzy. Czyżby wojsko, które wyszło obalić coraz bardziej autokratyczną władzę, strzelało do bezbronnej ludności cywilnej? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Tym bardziej, że historia prezentuje nam liczne przykłady, kiedy rządzący posługiwali się cyniczną prowokacją, aby wprowadzić rządy silnej ręki, kończące się dyktaturą. To niemieccy naziści posłużyli się prowokacją z podpaleniem budynku Reichstagu (niemieckiego parlamentu), aby móc wprowadzić totalitarny reżim i zbudować pierwszy obóz koncentracyjny w Dachau, gdzie osadzono wszystkich przeciwników politycznych. A przecież NSDAP oraz sam Adolf Hitler otrzymał władzę z rąk narodu niemieckiego w drodze jak najbardziej demokratycznych wyborów parlamentarnych. Nie mam zamiaru przyrównywać tureckiego prezydenta do A.Hitlera (bo porównania takiego absolutnie nie można przeprowadzić), ale obawy moje budzi fakt, że już na drugi dzień po puczu aresztowano ponad 6 tysięcy żołnierzy i wyższych oficerów, 3 tysiące sędziów, co wskazuje na to, że były już przygotowane ich listy. Przez kogo i dlaczego? Z jakich powodów prezydent Erdogan domaga się przywrócenia kary śmierci, chociażby tylko czasowo? Czy tak postępuje się w kraju demokratycznym? Odpowiedzi na to pytanie politycy z UE i USA nie szukali. A szkoda.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,