Tańczę w deszczu

Polecamy24 maja, 2016

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Natłok wydarzeń, zwłaszcza tych kreowanych w celu przykrycia tego, co dla obywateli III, a może już IV (bis) Rzeczypospolitej jest chyba najważniejsze, spowodował, że niektórym ważnym sprawom nie udało mi się poświęcić chociażby chwili uwagi. Śledząc to, co nam wszelkie media serwują przez 24 godziny na dobę, chyba raczej bez zdziwienia zauważyłem, że w wyniku tej niby „dobrej zmiany” cała uwaga mediów i polityków skupiona jest od miesięcy wyłącznie na jednym temacie. W zasadzie politykom się nie dziwię, bo jedni walczą o stołki utracone, inni o to, aby zdobyte władztwo jak najbardziej rozszerzyć i wszelkie możliwe stołki wsadzić pod siedzenia swoim. Jednym słowem, strącić z nich ludzi „trzeciego sortu”, zapewniając tym z „dobrej zmiany” coraz szersze horyzonty życiowe, a zwłaszcza materialne. Dla nich samych, jak również dla wszelkich znajomych królika, rodziny oczywiście nie pomijając.

Pamiętam, jak w tzw. czasach słusznie (czy na pewno?) minionych, ówczesna tzw. opozycja demokratyczna, czyli dzisiejsi lokatorzy wszelkich lukratywnych stołków, grzmiała na rządzącą wówczas Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, że wszelkie stanowiska obsadza wyłącznie swymi ludźmi bądź zausznikami. To wtedy ukuto powiedzenie o ludziach BMW, czyli: biernych, miernych, ale wiernych. Rozlegał się wówczas niesamowity głos oburzenia, że jedynym kryterium do wykonywania określonej (a zwłaszcza w przypadku istotnej dla państwa i społeczeństwa) funkcji, winny być faktyczne kompetencje (czyli wiedza, doświadczenie i umiejętności), a nie posiadanie określonej legitymacji partyjnej, układy, bądź znajomości. I po co było jeść tę żabę, zastanawiam się, dowiadując się co rusz o nowych zmianach, dokonywanych we wszystkich zarządach spółek Skarbu Państwa, niezależnie od tego, czy zmiany takie były wymuszone fatalnym zarządzaniem, przynoszącym stałe straty. Nie będę już się pastwił nad nieszczęśliwą stadniną koni, gdzie w wyniku „dobrej zmiany” dorodne klacze zaczęły padać jak muchy, bo podobnych przykładów aż nadto.

Powracam do tego, albowiem w dolnośląskiej prasie znalazłem informację o kolejnej takiej zmianie na „kasodajnym” stołku. Tym razem na stanowisku prezesa spółki Interferie S.A., zależnej od Kombinatu Polska Miedź S.A., który posiada w niej 66,82 % kapitału zakładowego. Może bym się i nie dziwił, może by mi się brew nie marszczyła, gdyby nie informacja, że Interferie S.A. osiągnęła w 2015 roku znakomity wynik finansowy i odnotowała najwyższą sprzedarz, za co w normalnym kraju prezes takiej firmy otrzymałby sowitą nagrodę, a jego mocodawcy dbaliby o niego, jak o źrenicę w oku. Ale nie w czasach „dobrej zmiany”, bo dzieje się tak, że twórcy owego sukcesu gospodarczego, prezesowi Janowi Koman (menedżer roku  2013, od 25.04.2014 prezes Interferii) podziękowano i na cieplutki oraz – jako się rzekło – „kasodajny”, stołek posadzono zupełnie kogoś innego. A kogoż to? – zapyta niedoinformowany. Śpieszę z odpowiedzią, że dobrze znanego wałbrzyszanom, byłego wiceprezydenta Wałbrzycha z czasów prezydentowania Piotra Kruczkowskiego (PO), Piotra Sosińskiego (PiS), aktualnego radnego wojewódzkiego. Obecny już prezes zarządu o swoim poprzedniku wygłasza pozytywną opinię, mówić, że wypracowany przez spółkę model biznesowy okazał się skuteczny, a on chciałby go utrzymać i rozwijać dalej. No to ja pytam z głupia frant, czy nie mógł tego czynić dalej autor owego sukcesu? Ano nie mógł, bo on raczej z tego „trzeciego sortu”, albowiem mianowany został za czasów rządów wrażej PO. A kim jest owa Platforma Obywatelska? Tym, którzy jeszcze nie wiedzą, śpieszę z wyjaśnieniem, że jest to organizacja postkomunistyczna, której zadaniem było przygotowania gruntu do „łagodnego lądowania” w III RP wszelkich „komunistów i złodziei”, o których gromko, na niedawnej manifestacji PiS, wołał nadprezes RP Jarosław Kaczyński, pospołu ze swym cieniem w osobie Joachima Brudzińskiego.

Ktoś pomyśli, że blekotu się opiłem i bredzę o jakiś niestworzonych rzeczach. Nieprawda, powtarzam jeno to, com sam usłyszał z ust – było nie było – wicepremiera rządu nadprezesa Jarosława Kaczyńskiego, ministra od kultury (ale nie tej osobistej) prof. Piotra Glińskiego, któremu raczej nie wypada jakowyś facecji opowiadać. A opowiadał o tym z wielkim przekonaniem i ogniem w oczach, w programie telewizyjnym „Fakty po faktach” TVN24, w rozmowie z red. Justyna Pohanke. Otóż o uczestnikach marszu KOD ówże Piotr Gliński prawił, że był to marsz postkomunistów, a Grzegorz Schetyna przez wiele lat będąc u władzy, realizował interesy właśnie tej grupy w Polsce, co jest zupełnie oczywiste. I jak skomentować takie dictum? Nie będę przywoływał wypowiedzi Roberta Glińskiego (reżyser) o swoim bracie ministrze od kultury (ale nie tej osobistej) w czasie spotkania z publicznością w kinie łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera, bo mnie jeszcze ów wicepremier i minister, tak jak redakcję Gazety Wyborczej, będzie chciał do sądu pozywać. A ja Adamem Michnikiem nie jestem i na pomoc tuzów adwokatury liczyć raczej nie mogę. Ale z całą mocą chcę zaprotestować, aby mnie ktokolwiek – nawet minister od kultury (ale nie tej osobistej) i wicepremier w jednym – w jakikolwiek sposób łączył ze wspomnianym panem Schetyną, któremu znacznie bliżej jest do pana Piotra Glińskiego, niż do jakiegokolwiek żywego lub nieżywego komunisty.

Przy okazji zastanawiam się, czy żyje jeszcze jakiś Polak lub Polka, która żywego prawdziwego komunistę na oczy widziała. Zdaje się, że jeżeli o nich chodzi, to trudno takich znaleźć od czasu, kiedy niejaki Stalin polskich komunistów, w ramach internacjonalistycznej współpracy, rozstrzelał, albo w łagrach wydusił. I to tłumaczy, dlaczego taki pan Schetyna musi dla pana Glińskiego za komunistę robić. Jaja jak berety. A jeżeli już o tym mowa, to mocno się uśmiałem z faktu, iż wałbrzyska PO z panem prezydentem Szełemejem na czele, tak uroczyście (z udziałem przedstawicielki Kościoła) obchodziła 70-lecie wałbrzyskiej rady miejskiej. Toż przez lat kilkadziesiąt wałbrzyscy rajcowie desygnowani byli przez egzekutywę Komitetu Miejskiego PZPR, o czym chyba na owej uroczystości na  śmierć zapomniano. Zastanawiam się, jak to się ma do uchwalonej niedawno POPiS-owej ustawy o rugowaniu z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych. Paranoja totalna. Być może mózg zacząłby mi się lasować, gdybym nie przypomniał sobie pewnej frazy z książki Stvena Wolfa, że w życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę. Chodzi o to, żeby nauczyć się tańczyć w deszczu. Więc tańczę.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,