Czas

Polecamy18 sierpnia, 2014

 basinski_noweSzum, a nawet monotonny grzmot morza, działają na mnie odprężająco. Obserwacja prastarego, odwiecznego elementu ziemskich żywiołów i fal niestrudzenie przemierzających przestrzeń od horyzontu po brzeg, wprowadza mnie w nastrój refleksyjny i wspomnieniowy, chociaż patrząc na morze lubię także snuć plany bliższe i bardziej dalekosiężne.

Bezmiar wód sprawia, że z lepszym lub gorszym efektem staram się zapomnieć o nieprzyjemnych zdarzeniach, chorobach w rodzinie, politycznych wstrząsach, błazeństwach opozycji, obłudnych „obrońcach życia” i pogłębiających się podziałach w narodzie. Mało (a nawet w ogóle) mnie wtedy obchodzą taśmowe afery i prezes z Żoliborza, który nie spocznie, dopóki nie zobaczy krwi Donalda Tuska. Śledząc fale odnoszę wrażenie, że czas się zatrzymał i chciałoby się wtedy krzyknąć: chwilo trwaj!

Na plaży w Rewalu wyciągnąłem się z moją druga połową (już chciałem napisać „połówką”, ale byłoby to dwuznaczne), kontemplując morską wspaniałość i dostojność . Teren w środku sąsiadującego parawanu zajmuje kobieta z siwym mężczyzną. W pewnej chwili zatrzymuję na nim wzrok i mój spokój zostaje zakłócony. Najpierw nie zdaję sobie sprawy czym, ale szybko zakrada się myśl: chyba znam tego człowieka, albo jest on bardzo podobny do kogoś, kogo znałem wiele lat temu. Nasze spojrzenia się krzyżują, ale plażowego sąsiada nie dręczą chyba bliźniacze wątpliwości, bo opuszcza spokojnie koc i wędruje w kierunku morza. Czyżbym się pomylił? Kolejna myśl: a może to ja tak bardzo się zmieniłem?

Byłem jednak prawie przekonany, że się nie mylę i postanowiłem doprowadzić sprawę do końca. Nie chciałem sobie później wyrzucać, że zaprzepaściłem być może ostatnią szansę spotkania z dawnym kolegą, z którym zajmowaliśmy jeden stolik podczas ostatniego roku studiów nauczycielskich. Podszedłem i przeprosiłem, wymieniając imię i nazwisko kolegi. I … bingo! To był TEN Andrzej. Właściwie trudno mu się dziwić, że mnie nie rozpoznał od razu, gdyż moja facjata, jak stwierdziłem potem przeglądając stare zdjęcia, różni się zasadniczo od tamtej z czasów studenckich. A Andrzejowi zmienił się głównie kolor dawnej, ciemnej czupryny…

Ostatni raz widzieliśmy się… nie napiszę ile, bo może by sobie tego nie życzył. Potężny kawał czasu, cała epoka. O czym rozmawiać po tak długiej przerwie? Każdy z nas zaprezentował więc skrótową notkę biograficzną z podkreśleniem etapów pracy zawodowej. Ja wytrzymałem w nauczycielstwie siedem, a Andrzej trzy lata. Przez pewien czas był wiceprezydentem Jeleniej Góry. Przypomnieliśmy ciekawsze i zabawne epizody ze studiów. Poza tym, oczywiście, wspomnieliśmy o dzieciach i wnukach. Ponieważ zbierał się z żoną do odjazdu, wystarczyło tylko czasu na wymianę numerów komórek i adresów mailowych. Zrobiliśmy kilka wspólnych zdjęć. Obaj mamy nadzieję, że mimo wszystko na tym się na tym nie skończy.

Jaki ten świat mały. Traf chciał, że po latach długiej przerwy los przeznaczył nam sąsiednie stanowiska na plaży, a przecież mogliśmy się nadal mijać na życiowej drodze…

Przed spotkaniem z Andrzejem, patrząc na morze myślałem o czasie, który jakby się zatrzymał. Fale są ciągle takie same, jak wtedy, gdy jako brzdąc w wieku przedszkolnym zobaczyłem je z rodzicami po raz pierwszy. Nas z Andrzejem już nie będzie, ale morze będzie wędrować, jak przed wiekami. Ale czas nie zważa na nasze oczekiwania i fanaberie. W gruncie rzeczy pędzi niczym pociąg Pendolino i z każdym rokiem przyspiesza. Nic go nie zatrzyma, chyba, że jednemu z władców tego świata przyjdzie do głowy jakiś szalony pomysł, który wykluczy przyrodnicze replaye. Dobrze więc jest spotkać kogoś, kto towarzyszył nam na pierwszych stacjach podróży, kiedy pociąg jeszcze nie nabrał tempa…

Andrzej Basiński

Tagi: ,