Zbigniew Michurski o niepełnosprawności mówi dużo. Ale nie są to historie o jego chorobie, tylko o świecie, który przez dziesięciolecia zamykał osoby z niepełnosprawnościami w domach, szpitalach, wykluczając je od życia społecznego. Dziś ma 72 lata. Urodził się z wrodzoną łamliwością kości. Medycyna nie dawała mu szans na długie życie, a rzeczywistość lat 50. szans na pełne uczestnictwo w społeczeństwie. A on nie tylko przetrwał – stał się rozpoznawalnym w Wałbrzychu społecznikiem. Życie Zbigniewa to opowieść o wykluczeniu, ale także determinacji i zmianach, jakie dokonały się w Polsce w ciągu ostatnich siedmiu dekad.
Siła i determinacja
Bez systemu edukacji wspierającej, możliwości transportu i rozwiązań edukacyjnych dla dzieci z ograniczeniami ruchowymi – tak wyglądała rzeczywistość osoby niepełnosprawnej w powojennej Polsce. Zbigniew Michurski pamięta, że zimą mama woziła go na sankach do szkoły, aby mógł uczestniczyć w lekcjach. To właśnie ona nie pozwoliła mu zniknąć z życia społecznego, z wielkim uporem walczyła o edukację i rozwój, choć wychowywała sześcioro dzieci.
Droga do zdobycia wykształcenia była trudna. Ukończył szkołę podstawową, a następnie zawodową. Jak sam podkreśla, nie dlatego, że nie miał większych ambicji czy możliwości, ale dlatego, że państwo nie było gotowe zaoferować mu nic więcej. Znaczną część dzieciństwa spędził w szpitalach. Wielomiesięczne leżenie w gipsie oznaczało izolację od rodziny i rówieśników. Choroba wpływała na każdy aspekt życia, a niepełnosprawność stawała się nie tylko problemem zdrowotnym, ale również społecznym.
Niewidzialni
Według danych Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku, w Polsce żyło ponad 5,4 miliona osób z niepełnosprawnościami, co stanowiło 14,3 proc. społeczeństwa. To o około 750 tysięcy więcej niż dziesięć lat wcześniej. Jednocześnie pod koniec 2024 roku ważne orzeczenie o niepełnosprawności posiadało około 3,9 miliona Polaków, czyli ponad 10 proc. mieszkańców kraju. Liczby pokazują skalę zjawiska, ale nie oddają doświadczeń codziennego wykluczenia. Dla Zbigniewa największą przeszkodą nigdy nie była sama choroba. Najbardziej dokuczliwa okazywała się mentalność ludzi.
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu osoby niepełnosprawne były praktycznie niewidoczne w przestrzeni publicznej. Rzadko uczestniczyły w wydarzeniach kulturalnych, społecznych czy sportowych. Wielu ludzi spędzało całe życie zamkniętych w mieszkaniach, będąc uzależnione od pomocy najbliższych. To właśnie z myślą o takich osobach Zbigniew Michurski wraz z przyjaciółmi założył stowarzyszenie, w ramach którego dbali o ludzi samotnych i wykluczonych, odwiedzali tych, którzy od lat nie opuszczali domów. Dla niektórych zwykła wycieczka do Zamku Książ była wydarzeniem porównywalnym z podróżą w kosmos. Jak wspomina, wielu z nich znało świat wyłącznie z radia lub telewizji. Żyli zamknięci w czterech ścianach, przekonani, że nic więcej ich już nie czeka.
Bariera niejedno ma imię
Choć współczesna Polska jest znacznie bardziej dostępna niż pół wieku temu, problem wykluczenia nie zniknął. Czasami przyjmuje formę schodów bez podjazdu. Innym razem windy, z której osoba niepełnosprawna nie może skorzystać. Bywa ukryty w źle zaprojektowanym budynku albo w urzędniczej obojętności.
Michurski od lat walczy z barierami architektonicznymi w Wałbrzychu. Jest pomysłodawcą miejskiej tężni solankowej w Parku Sobieskiego – miejsca, które powstało z troski o zdrowie mieszkańców regionu przez dziesięciolecia związanego z górnictwem i chorobami układu oddechowego. Jednocześnie nie przestaje zwracać uwagi na problemy, które wciąż pozostają nierozwiązane, m.in. niedostosowanie miejskiego basenu do potrzeb osób z ograniczoną mobilnością czy trudności w korzystaniu z niektórych budynków publicznych. To problemy, które dla większości mieszkańców pozostają niewidoczne. Osoba pełnosprawna nie zauważy zbyt wysokiego progu ani braku odpowiedniego podjazdu. Dla osoby poruszającej się na wózku lub o kulach mogą one oznaczać właśnie nieustanne siedzenie „w szafie”.
Niepełnosprawność i samotność
Jednym z najrzadziej poruszanych tematów pozostaje życie emocjonalne osób niepełnosprawnych. Zbigniew otwarcie przyznaje, że jako młody człowiek był pełen kompleksów. Obserwował rodzeństwo wchodzące w dorosłość, budujące relacje i zakochujące się. Sam nie wierzył, że kiedykolwiek spotka osobę, która odwzajemni jego uczucia. Brak wiary w siebie doprowadził go do bardzo trudnego momentu. W młodości rozważał nawet samobójstwo. Przełomem okazało się spotkanie kobiety, która dostrzegła w nim coś więcej niż chorobę – dzięki niej odzyskał poczucie własnej wartości i uwierzył, że może być kochany.
To doświadczenie pokazuje wymiar wykluczenia, o jakim mówi się zdecydowanie za rzadko. Niepełnosprawność nie odbiera człowiekowi potrzeby miłości, przyjaźni czy akceptacji. Jednak społeczne stereotypy sprawiają, że wiele osób przez lata czuje się niewidzialnych.
Nie rezygnuj z marzeń
Dziś Zbigniew pozostaje niezwykle aktywny. Podróżuje, rozwija zainteresowania turystyczne i korzysta z elektrycznego skutera, który pozwala mu docierać do miejsc niedostępnych pieszo. Nie ukrywa, że czasem potrzebuje pomocy. Ze względu na niewielki wzrost (ma 150 cm) zdarza się, że nie może samodzielnie sięgnąć po produkt z wysokiej sklepowej półki. Ale – jak przyznaje – nie jest to dla niego powód, by wycofać się z życia. Po prostu o tę pomoc prosi.
Sam również ją niesie. Przez pewien czas działał we współpracy z lokalnymi mediami. Organizował programy poradnikowe w telewizji oraz pisał artykuły dotyczące bezpieczeństwa mieszkańców wspólnot w blokach wielorodzinnych. Jego misją było przypomnienie o rzeczach oczywistych, o których na co dzień nie pamiętamy.
Kilka miesięcy temu wydał książkę „Trzy wymiary”. Opisał w niej historie osób niepełnosprawnych, ich sukcesy, porażki, marzenia i codzienne zmagania. Pokazał zarówno dobre postawy społeczne, jak i te, które ranią najbardziej. Marzy jeszcze o jednym – o stworzeniu audiobooka, który umożliwiłby dotarcie z treścią lektury do osób niewidomych.

Społeczne wyzwanie
Historia Zbigniewa Michurskiego pokazuje, jak długą drogę przeszła Polska od czasów, gdy dziecko z niepełnosprawnością trzeba było wozić do szkoły na sankach. Pokazuje jednak również, że wykluczenie nie znika wraz z budową podjazdu czy zakupem windy. Jego źródłem często pozostają stereotypy, brak wyobraźni i przekonanie, że problem dotyczy wyłącznie innych. Dla naszego bohatera najważniejsze jest wyciąganie ludzi z izolacji. Z domów, z poczucia bezradności, z przekonania, że nie mają wpływu na własne życie.
Jego biografia jest dowodem, że niepełnosprawność może być ogromnym wyzwaniem, ale nie musi oznaczać rezygnacji z marzeń, aktywności i obecności w społeczeństwie. Jednocześnie przypomina, że prawdziwie dostępne miasto i państwo tworzy się nie tylko z betonu i przepisów, lecz przede wszystkim z ludzkiej wrażliwości. Bo wykluczenie zaczyna się tam, gdzie kończy się empatia.

