https://db2010.pl GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Kiedy przestajesz mieć wybór

Pasażer stoi rano na przystanku. Jak co dzień spieszy się do pracy, szkoły albo lekarza. Podjeżdża autobus oznakowany tablicą kierunkową. Drzwi się otwierają, ludzie wsiadają. Nic nadzwyczajnego. Nikt nie zastanawia się, czy autobus należy do miejskiej spółki, czy do prywatnego przewoźnika. Dla niego liczy się jedno: żeby dojechać na czas. Wsiada więc do autobusu prywatnego przewoźnika, który od lat obsługuje tę trasę, inwestuje w tabor, zatrudnia kierowców i każdego dnia walczy o utrzymanie połączeń. Autobus rusza. Mijają kolejne przystanki. Nagle okazuje się, że w granicach miasta Wałbrzych nie może wysiąść. Ale uwaga! Gdyby tylko wsiadł do autobusu miejskiego – może to zrobić na każdym przystanku. Absurd? Dla zwykłego mieszkańca kompletnie niezrozumiały. A dla prywatnych przewoźników już od 1 lipca codzienność i coraz bardziej nierówna walka. Bo dziś problem nie dotyczy już jakości usług, czy konkurencji o pasażera. Problemem staje się monopolizacja transportu publicznego i system, w którym jedni muszą miesiącami walczyć o każde zezwolenie, a inni mogą uruchamiać kursy praktycznie z dnia na dzień.

Prywatny przewoźnik, zanim wyjedzie na trasę, musi przejść długą drogę administracyjną. Uzgodnienia z gminami, dostęp do przystanków, decyzje administracyjne, opinie urzędów, zezwolenia wydawane przez prezydenta miasta po konsultacjach ze starostą i burmistrzami. Tygodnie pracy nad dokumentami, do tego kosztów i niepewność. Tymczasem spółka miejska, finansowana z publicznych pieniędzy, potrafi wejść na rentowną trasę niemal natychmiast. Wystarczy decyzja zarządu i gotowe. Co więcej, dzieje się to dokładnie tam, gdzie prywatny przewoźnik przez lata budował rynek i ponosił ryzyko działalności.

To nie jest zdrowa konkurencja. Konkurencja oznacza równe zasady gry. Tymczasem dziś prywatni przewoźnicy coraz częściej mają poczucie, że grają w meczu, w którym przeciwnik jest jednocześnie sędzią, właścicielem stadionu i organizatorem rozgrywek. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że mieszkańcy mogą odczuć skutki tej polityki dopiero wtedy, gdy będzie już za późno. Bo kiedy prywatni przewoźnicy zaczną znikać z rynku, zniknie również alternatywa. A monopol – niezależnie od branży – nigdy nie służy pasażerom. Monopolizacja rynku transportowego oznacza bowiem nie tylko ograniczenie konkurencji, ale również realne zagrożenie dla częstotliwości kursów i cen w przyszłości. Tam, gdzie znika wybór, pasażer przestaje być klientem, o którego trzeba walczyć. Staje się osobą całkowicie zależną od jednego operatora i decyzji podejmowanych bez rynkowej kontroli.

Coraz częściej pojawiają się też pytania o odpowiedzialność za działania, które mogą prowadzić do wypychania prywatnych przewoźników z rynku. W wielu przypadkach przedsiębiorcy analizują możliwość ubiegania się o odszkodowanie, między innymi za: utracone korzyści wynikające z ograniczenia działalności, nierówne traktowanie podmiotów wykonujących przewozy, działania prowadzące do zakłócenia uczciwej konkurencji i monopolizacji rynku.

To pokazuje, że problem dawno przestał być wyłącznie sporem między przewoźnikami. Staje się kwestią zasad funkcjonowania rynku i prawa mieszkańców do realnego wyboru. Dziś jeszcze pasażer może wybierać. Jutro może już tylko czekać na autobus, który przyjedzie albo… nie. I właśnie dlatego ta sprawa nie dotyczy wyłącznie przedsiębiorców. Dotyczy wszystkich mieszkańców, którzy chcą mieć realny dostęp do transportu.

W ostatnich dniach przeczytałam komentarz byłej uczennicy, która wspominała codzienne dojazdy do wałbrzyskich szkół. Opisywała swoją drogę do szkoły – miejsca siedzące dla uczniów, krótszy czas przejazdu i komfort podróży, który dla młodego człowieka miał ogromne znaczenie. Kiedy moje połączenie zniknęło, została zmuszona do korzystania z przepełnionych autobusów, a codzienny dojazd stał się dla niej uciążliwością. To właśnie jest głos mieszkańca.

Moja firma zatrudnia m.in. mieszkańców Gminy Głuszyca. Tutaj płaci podatki, w tym wysokie podatki od środków transportowych. Tutaj tworzy miejsca pracy i generuje wpływy do lokalnego budżetu. Jeśli więc sam fakt pojawienia się konkurencji uznawany jest za szkodliwy, to te same zarzuty można postawić każdemu przewoźnikowi, również miejskiemu. Różnica polega na tym, że ja nie domagam się eliminacji konkurencji. Domagam się jedynie równych zasad. Nie można jednocześnie ustalać reguł gry i brać udziału w zawodach. Nie można wymagać od prywatnych przedsiębiorców wielomiesięcznych procedur administracyjnych, a drugiej stronie pozwalać na natychmiastowe rozszerzanie działalności. Nie można mówić o wolnym rynku, gdy jedna ze stron korzysta z przywilejów niedostępnych dla pozostałych.

Jeżeli ostatecznie okaże się, że prywatnym przewoźnikom skutecznie ograniczy się możliwość prowadzenia działalności i uczciwego konkurowania na rynku, nie wykluczamy roszczeń odszkodowawczych. Przedsiębiorcy, którzy ponieśli straty w wyniku działań prowadzących do ograniczenia konkurencji, mogą dochodzić swoich praw na drodze prawnej. To kolejny powód, by tę sprawę rozstrzygać w sposób przejrzysty i zgodny z zasadami równego traktowania wszystkich uczestników rynku. W wielu krajach Europy samorządy współpracują z prywatnymi przewoźnikami, bo wiedzą, że konkurencja nie jest zagrożeniem. Jest motorem rozwoju, poprawy jakości usług i walki o pasażera. Tylko tam, gdzie pojawia się monopol, pasażer przestaje być klientem, a staje się zakładnikiem jednego systemu. Dlatego ta sprawa nie dotyczy wyłącznie przedsiębiorców. Dotyczy mieszkańców Głuszycy, Jedliny-Zdroju, Wałbrzycha i całego regionu. Dotyczy uczniów dojeżdżających do szkół, osób jeżdżących do pracy, seniorów udających się do lekarza. Dotyczy każdego, kto chce mieć wybór. Bo transport publiczny powinien służyć mieszkańcom, nie monopolom.

Beata Żołnieruk

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

REKLAMA

Archiwalne posty