https://db2010.pl GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Mieroszów jakiego nie znacie – wirtualny spacer po dawnym Friedlandzie

Mieroszów świętuje w tym roku jubileusz 700-lecia. Przez siedem wieków miasto zmieniało mieszkańców, granice i nazwy, ale układ jego ulic i otaczające je góry pozostają wciąż te same. Zamiast jednak wertować suche daty z podręczników, spróbujmy czegoś zupełnie innego. Cofnijmy się do lat trzydziestych dwudziestego wieku. Naszym przewodnikiem i wehikułem czasu będzie niezwykła „Kronika rodu Böhm”, a dokładnie wspomnienia spisane z ogromną pieczołowitością przez dawnych mieszkańców tych ziem.

Wyobraźcie sobie, że stoicie w sercu miasteczka liczącego około pięć tysięcy dusz. Nazywa się ono Friedland. Nasz spacer zaczynamy nad rzeką Ścinawką. Miejscowi mówią na nią pieszczotliwie „Baache”. Latem to leniwy, płytki strumień. Okoliczni młynarze często narzekają na brak wody do napędzania kół. Zimą i wczesną wiosną rzeka pokazuje jednak zupełnie inne oblicze. Przy nagłych roztopach zamienia się w żywioł, który porywa wszystko na swojej drodze. Gliniane podłoże doliny po prostu nie nadąża z wchłanianiem wody.

Zanim wejdziemy w gęstą zabudowę, spójrzmy na otaczające nas góry. Działają jak wielki, naturalny mur. Z tutejszymi szczytami wiąże się wiele lokalnych legend. Jeśli udamy się trochę na północ, w góry niedaleko dzisiejszego Unisławia Śląskiego, trafimy na dziwne geologiczne szczeliny. Ludzie nazywają je wietrznymi dziurami. Nawet w największy mróz ulatnia się z nich ciepłe powietrze, a trawa wokół pozostaje zielona. Narciarze często zdejmują tu rękawice, żeby ogrzać zmarznięte dłonie. Z głębi tych szczelin dobiega monotonne, głuche dudnienie. To echa pomp wodnych z kopalń w pobliskim Wałbrzychu. Miejscowi nauczyciele mają jednak dla dzieci inną, znacznie ciekawszą teorię. Na szkolnych wycieczkach tłumaczą z pełną powagą, że to dźwięk obracającej się osi Ziemi. Dodają przy tym cicho, że co roku trzeba tam wlać kilka beczek oleju smarnego, żeby mechanizm świata się nie zatarł. Dzieci słuchają tego z otwartymi ustami.

Gwarny Rynek i zapach świeżego chleba

Idziemy powoli w górę, zostawiając rzekę za plecami. Wchodzimy do Rynku. Miejsce to tętni życiem, a każdy dom pełni podwójną rolę. Na piętrach toczą się rodzinne spory, a na parterach trwają interesy. Szyldy gęsto zasłaniają fasady. Kamienice z dumnymi nazwami zachęcają do wejścia. Po lewej stronie mijamy okazały hotel „Pod Białym Koniem”. Jego stajnie i izba dla furmanów mają osobne wejście od sąsiedniej ulicy. Kawałek dalej w oczy rzuca się szyld gospody „Pod Niemiecką Koroną”. Idąc wzdłuż pierzei, mijamy kolejne sklepy z tekstyliami, rowerami i elegancką biżuterią. W powietrzu unosi się zapach świeżego pieczywa z kilku działających tu piekarni oraz specyficzny, drożdżowy aromat dobiegający z miejskiego browaru ukrytego w jednej z oficyn. Jeśli ktoś ma ochotę na odrobinę rozrywki, kieruje kroki do zajazdu „Pod Zielonym Drzewem”. Na pierwszym piętrze tego budynku działa jedyne w miasteczku kino. Naprzeciwko wznosi się budynek ratusza. W jednym z jego skrzydeł mieści się komisariat policji i areszt. Z okien aresztu doskonale widać tak zwaną tanią jatkę po drugiej stronie placu. Za Ratuszem stoi najpiękniejszy budynek w mieście. To stary dom handlowy zbudowany jeszcze w siedemnastym wieku przez kupca handlującego lnem. Obecnie kupisz tam garnki, gwoździe i solidne żelazne narzędzia.

Serce komunikacji i zagubieni listonosze

Skręcamy z Rynku w dzisiejszą ulicę Kopernika. Tutaj znajduje się jeden z najważniejszych budynków w całym Friedlandzie. To poczta. Rano panuje tu ruch jak w ulu. Otwierają się okienka, a młodzi chłopcy na posyłki z lokalnych firm odbierają korespondencję dla swoich szefów. Praca na poczcie to ciężki kawałek chleba. Doręczyciele miejscy, uginający się pod ciężarem toreb, przemierzają ulice w górę i w dół. Prawdziwe wyzwanie mają jednak listonosze wiejscy. Ich rewiry ciągną się kilometrami, często po wymagających, górskich ścieżkach. Zimą sytuacja staje się wręcz komiczna i niebezpieczna zarazem. Śnieg potrafi zasypać drogi tak mocno, że zacierają się wszelkie granice państwowe. Znaczki na listach wprawdzie wyraźnie pokazują, gdzie jesteśmy, ale w terenie bywa różnie. Niejeden młody listonosz, brnąc przez zaspy z paczkami w stronę przygranicznych osad, ląduje niespodziewanie na terytorium Czech. Kończy się to zwykle czasochłonnym tłumaczeniem i rewizją, zanim strażnicy pozwolą mu wrócić na właściwą stronę gór.

Widoki, ogniska i leśne kolonie

Czas odpocząć. Najlepszym miejscem na relaks jest Góra Kościelna. To zadbany teren rekreacyjny pełen alejek i ławek. Na samym szczycie stoi schronisko z pawilonem dla orkiestry. Niedawno postawiono tu drewnianą wieżę widokową, ale to inwestycja zupełnie nietrafiona. Śnieżki i tak stamtąd nie widać, bo zasłaniają ją inne szczyty. Znacznie lepszy widok roztacza się z sąsiednich wzniesień prosto na czeskie miasteczka i Góry Jastrzębie. To właśnie z Góry Kościelnej w letnie wieczory dobiegają najciekawsze dźwięki. O świcie pierwszego maja lokalna orkiestra robotnicza gra tu z pełną mocą „Międzynarodówkę”. Z kolei w noc świętojańską całe wzgórze rozbłyska światłem. Tradycja nakazuje rozpalać ogniska. Młodzi chłopcy mają na tę okazję specjalne puszki na długich drutach, w których palą suchą trawę. Kręcą nimi w powietrzu, a cała okolica aż po czeską stronę przypomina wielkie morowisko pełne ognistych świetlików. Schodząc na drugą stronę wzgórza, trafiamy do zalesionego wąwozu zwanego Oborą. W dawnych, niespokojnych czasach okoliczni chłopi chowali tu bydło przed maszerującym wojskiem. Teraz to radosne miejsce. Miasto zorganizowało tam letni ośrodek dla dzieci. Podczas gdy rodzice ciężko pracują przy żniwach, najmłodsi spędzają dni na leśnej polanie. Pod prostym zadaszeniem stoi prawdziwa wojskowa kuchnia polowa, z której pachnie ciepłym obiadem. Nauczyciele grają na gitarach, a dzieci tańczą i wystawiają proste teatrzyki.

Czeskie organy i baby z dołów

Będąc we Friedlandzie, nie można zapomnieć o sąsiadach. Tuż za miedzą leżą słynne skalne miasta. W tutejszym ratuszu wystarczy kupić jednodniową przepustkę za pół marki i można ruszać na wycieczkę. Najciekawiej jest w wąskich labiryntach formacji skalnych. Przewodnicy mają tam swoje sprawdzone sztuczki. Zbierają turystów na małym placu i grają na trąbce, aby pokazać wielokrotne echo. Największą atrakcją jest jednak tak zwana Katedra. To potężna jaskinia przypominająca wnętrze kościoła. Kiedy turyści wchodzą do środka, przewodnik nakazuje absolutną ciszę. Nagle znikąd rozlegają się donośne dźwięki organów i melodia pieśni kościelnej. Ludzie zadzierają głowy i szukają wzrokiem instrumentu ukrytego w skałach. Zagadka rozwiązuje się dopiero po wyjściu. Okazuje się, że na zewnątrz stoi zwykła katarynka na korbę. Sprytny akustyczny trik sprawia, że dźwięk wpada prosto do Katedry. W te same skały masowo ciągną też kobiety z niedalekiego Wałbrzycha. Okolica słynie z najlepszych jagód. Wałbrzyszanki przyjeżdżają tu z wózkami dziecięcymi wyładowanymi wiadrami i konewkami. Zostają w lesie przez kilka dni, śpiąc w płytkich jaskiniach. Miejscowi nazywają je potocznie „babami z dołów”. Ich obecność to stały element tutejszego letniego krajobrazu.

Sylwester z niespodzianką

Każde miasto ma swoje anegdoty, które powtarza się latami. We Friedlandzie wszyscy dobrze pamiętają pewną mroźną noc sylwestrową pod koniec lat dwudziestych. Kiedy na wieżach zaczęły bić zegary oznajmujące północ, a ludzie składali sobie noworoczne życzenia, na jednym z podwórek wybuchł potężny pożar. Drewniana stodoła stanęła w płomieniach dokładnie w pierwszej sekundzie nowego roku. Widowisko było o tyle wyjątkowe i dramatyczne, że wezwana na miejsce miejscowa straż pożarna zdążyła już bardzo solidnie przywitać Nowy Rok. Ogień zgasł, ale opowieść przetrwała.

Historia ukryta w murach

Zdejmujemy buty i kończymy nasz spacer. Kilka lat z przedwojennego życia miasteczka to tylko cienka warstwa w jego siedemsetletniej historii. Kiedy dzisiaj przejdziesz ulicami Mieroszowa, nie usłyszysz już orkiestry z Góry Kościelnej ani zmarzniętych listonoszy narzekających na czeski śnieg. Sklepy mają inne szyldy, a w rynku słychać inny język. Jednak budynki wciąż tu stoją. Każdy stary dom, każdy most nad rzeką i każdy zakręt ulicy pamięta tysiące takich małych historii. Siedem wieków Mieroszowa to nie jest opowieść o datach i władcach. To opowieść o ludziach, którzy piekli chleb, czekali na listy, śmieli się podczas letnich ognisk i zmagali z wezbraną rzeką. Warto o tym pamiętać, przechodząc dzisiaj obok tych samych, starych murów.

Stowarzyszenie Pasjonatów Historii Ziemi Mieroszowskiej

REKLAMA

REKLAMA

Archiwalne posty