W Stanach Zjednoczonych przedsiębiorca to symbol odwagi, wolności i sukcesu. Tam porażka jest elementem drogi, a nie wyrokiem. Od garażu do milionów, od zera do imperium – amerykański sen. W Polsce bywa odwrotnie. Tu przedsiębiorca nie startuje z pozycji bohatera, lecz z bagażem nieufności. Sukces często budzi podejrzenia, porażka – wstyd. Zanim stworzymy pierwsze miejsca pracy, już mierzymy się z negatywnym przekonaniem, że na pewno nam się jakoś udało, czyli poszczęściło, trafiliśmy na dogodny moment, a może mieliśmy dobre wejście. Wielu obserwujących nasze poczynania związane z budowaniem firmy nie myśli o nas w kategorii, że to nasza ciężka praca, a nie szczęście, że to ogromny wysiłek i ryzyko, a nie efekt przypadku.
Bycie przedsiębiorcą w Polsce coraz częściej przypomina bieg między żyletkami: szybki, pełen napięcia, z ryzykiem poważnych ran przy każdym potknięciu. Media i politycy przypinają łatki: „przedsiębiorca oszukał, wyzyskiwał, prezes wyłudził, bankrut to nieudacznik, kilkadziesiąt osób na bruk”. Dlaczego rzadko słyszymy: „przedsiębiorca uratował miejsca pracy, stworzył nowe etaty, zainwestował w środki trwałe, płaci podatki”?
Nie wzięło się to znikąd. Przez dziesięciolecia uczono nas, że prywatna inicjatywa jest podejrzana, że „prawdziwa praca” to etat, a „prywaciarz” to ktoś, kto innych wykorzystuje. Po 1989 roku nadeszła gwałtowna zmiana, pełna chaosu, niesprawiedliwości i afer. Wielu ludzi zostało z niczym obserwując, jak nieliczni błyskawicznie się bogacą. Trauma tamtych lat wciąż zatruwa relacje społeczeństwa z przedsiębiorcami.
Współczesny przedsiębiorca w Polsce funkcjonuje w świecie sprzeczności. Z jednej strony słyszy: „bądź innowacyjny, rozwijaj gospodarkę, twórz miejsca pracy”. Z drugiej strony dostaje setki stron przepisów, niejasne interpretacje podatkowe, zmiany zasad w trakcie gry i nieustanne poczucie, że państwo jest nie partnerem, lecz policjantem czającym się za rogiem. Codziennie biegnie po ostrzu noża: jedna decyzja, jeden błąd księgowy, jedna źle zrozumiana interpretacja i konsekwencje mogą ciągnąć się latami.
Jak temu zaradzić? Po pierwsze: zmiana narracji. W szkołach, mediach, debacie publicznej. Przedsiębiorca to nie „krwiopijca”, lecz ktoś, kto bierze na siebie ogromne ryzyko. Płaci pensje, składki, podatki, odpowiada za ludzi. Jednym nieudanym ruchem może stracić wszystko. To codzienna presja, stres i odpowiedzialność, o której rzadko się mówi.
Po drugie: szacunek dla porażki. W modelu amerykańskim upadek jest częścią drogi. U nas bywa wyrokiem. Bez przyzwolenia na błędy nie ma odwagi do działania. Bez odwagi nie ma innowacji, a bez innowacji nie ma rozwoju.
Po trzecie: państwo musi przestać traktować przedsiębiorcę jak podejrzanego z góry. Stabilne prawo, jasne podatki i przewidywalne zasady to fundament. W USA przedsiębiorca wie, na czym stoi. W Polsce często dowiaduje się tego po fakcie. W dodatku przedsiębiorca niemal zawsze walczy z pozycji słabszego. W starciu z urzędem, systemem, machiną przepisów nie stoi jak równy z równym.
Urząd może się pomylić, ale przedsiębiorca już nie. Urząd może latami rozpatrywać sprawę, a przedsiębiorca w tym czasie musi płacić podatki, raty leasingów, pensje. Urząd może zmienić interpretację wstecz, a przedsiębiorca musi znaleźć pieniądze, których wcześniej nie odkładał, bo działał zgodnie z obowiązującą wykładnią. Decyzją administracyjną można nagle przekreślić model biznesowy firm, które latami działały legalnie, inwestowały w tabor, ludzi, licencje i ubezpieczenia.
Przykład z podwórka: słynna uchwała przystankowa Rady Miejskiej Wałbrzycha, przez którą setki mieszkańców powiatu wałbrzyskiego pozostaną bez dogodnego transportu, a przewoźnik będzie musiał albo zakończyć działalność i spłacać leasingi, albo ryzykować, działając w absurdalnych warunkach. W jednej chwili zezwolenia, umowy i cała infrastruktura mogą trafić do kosza, bo zmieniła się lokalna polityka: bez okresu przejściowego, bez zabezpieczenia interesów pracowników i wierzycieli.
To właśnie polski paradoks przedsiębiorczości: oczekujemy odwagi, innowacyjności i odpowiedzialności za innych, a każemy startować z obciążnikami na nogach. Nie dziwmy się, że wielu nie dobiega do mety. Jak w takich warunkach budować zaufanie do państwa? Jak planować inwestycje na lata, skoro jeden podpis może z dnia na dzień zniszczyć fundament działalności?
Beata Żołnieruk