https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Listy do redakcji: Krzysztof Kobielec odpowiada Jerzemu Jackowi Pilchowskiemu

W poprzednim wydaniu Tygodnika DB 2010 opublikowaliśmy list Jerzego Jacka Pilchowski pt. „Seb Majewski figura bardzo pokręcona”. Autor podzielił się z Czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat spektaklu Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu pt. „Marta. Figura Serpentinata”, którego tytułową bohaterką jest Marta Gąsiorowska – legendarna polonistka I Liceum Ogólnokształcącego w Wałbrzychu i działaczka tzw. pierwszej Solidarności. Głos w tej sprawie zabrał kolejny Czytelnik – Krzysztof Kobielec, polonista, pedagog szkolny, związany także z wałbrzyskim teatrem.

Przeczytałem w najnowszym numerze Tygodnika DB 2010 tekst „Listy do redakcji: Seb Majewski figura bardzo pokręcona” J.J. Pilchowskiego zawierający, jak mniemam, przemyślenia autora wyniesione ze spektaklu „Marta. Figura Serpentinata”. I muszę powiedzieć, że jestem pełen podziwu, otóż zabrzmiał głos jak dzwon spiżowy nie tylko ganiący spektakl, ale również wieszczący jego upadek, a w domyśle upadek sztuki teatralnej.

Pierwsze pięć akapitów tej wypowiedzi, nazwijmy ją recenzją, poświęconych jest albo Marcie, jej wielkości jako członkini Solidarności i inteligencji teatralnej, którą autor postrzega zdecydowanie negatywnie, powołując się na „nieistnienie scenariusza”. Otóż szanowny autorze, scenariusz zawsze istnieje. Nawet taki Fellini miewał szkic w swoim notesiku, chociaż twierdził, że ze scenariuszy nie korzysta. Nie znam również obowiązku uprzedniego publikowania tekstów dramatycznych przed wystawieniem na scenie. Taka moda powstała w Romantyzmie, ale z uwagi na technologię produkcji scenicznych. Dramaty romantyków były niewystawialne w większości, bo przerastały techniczne możliwości teatrów i dlatego tekst wyprzedzał spektakl. A Szekspir, Molier? Ci wystawiali własne sztuki, dopiero później je wydawali w wersji tekstowej. Dramaty Mrożka, Witkacego w większości też najpierw odbijały się od sceny, by wylądować na półce jako książka. To tak gwoli uściślenia, że dramat nie musi być najpierw drukowany. W przypadku „Marty. Figury serpentinaty”, może wystarczy poprosić autora o ksero jego tekstu?

Peany na cześć Marty dotyczyły jej działalności związkowej, ale zupełnie pomijają jej rangę mentora młodzieży, mistrza wiodącego młodego człowieka do zrozumienia świata, samego siebie. I ta sfera działalności Marty Gąsiorowskiej dla jej uczniów jest najważniejsza. A Zbyszek Ruciński nie zrobił kariery w filmie, lecz jako aktor teatralny był ceniony i doceniany. W środowisku filmowym znany był jako ten, który odmówił Agnieszce Holland, bo odmówił – wolał ostatnie wakacje umierającego ojca spędzić z nim, bo takim był człowiekiem, taką inteligencją teatralną i w tym zapewne Marta też miała swój udział, bo uczyła nas tego, co ważne.

Ale wróćmy do spektaklu, poza Martą pojawia się kilka postaci mniej lub bardziej ulokowanych kulturowo. Jest tu Szaniawski, jego żona Anita, oboje związani nicią cierpienia i uzależnienia, dwóch dyrektorów, dwóch różnych konceptualnie teatrów, z których każdy – ten klasyczny i ten awangardowy – zostają przez swych kreatorów odrzucone. Dlaczego? No cóż, mogę jedynie domniemywać, że odległe są od życia. Od życia, które nie daje się formować jak glina w dłoniach Anity Szaniawskiej i jedyne, co zdaje się łączyć teatr z życiem, to ostateczna klęska, bo człowiek – jak teatr – zostawia po sobie jedynie wrażenia, a i one są jedynie niedokładnym odbiciem. Owszem, można sobie zadać pytanie: co z Martą ma wspólnego stan teatru w Polsce, Anita Szaniawska i jej chora dominacja nad mężem, wcześniej cenionym twórcą teatralnym? W moim odczuciu ma wiele wspólnego, bo to Marta uczyła nas, swoich uczniów, rozumienia teatru, smakowania go. Prowadziła nas do Szaniawskiego, do Opery, do Grotowskiego. Na lekcjach analizowaliśmy struktury dramatów i ewolucję historyczną. I rozumieliśmy, że teatr nie musi być ładny, ale musi być prawdziwy. A przy odrobinie dobrej woli można zauważyć, że nasze widzenie i rozumienie świata, odzwierciedlanego sztuką, to nie koniecznie piosenki Zenka Martyniuka. To konglomerat spiralnie powiązanych treści, znaczeń, symboli i metafor. A metafora w odbiorze tego spektaklu jest istotna, a jeszcze istotniejsze jest jej zrozumienie.

Tym samym nie zgodzę się z opinią J.J. Pilchowskiego, chociaż uznaję jego prawo do głoszenia jej, jeszcze żyjemy w wolnym kraju. W mojej ocenie jest to wielowarstwowa opowieść, w której Marta zajmuje istotne miejsce, bo ona i jej uczeń (za Ewą Kraskowską powtórzę – my jej uczniowie) stanowią o normalności i zwykłości niepojętego zjawiska, jakim jest życie. Niepojęte bywają szaleństwa, ambicje, serdeczność, odwaga, szacunek i wolność, niepojęte, nieopisywalne, a przecież prawdziwe i istotne. I nie można odwracać wzroku, udawać, że nie istnieją.

Warto też kilka słów wspomnieć o aktorach. Kinga Zygmunt drapieżna w szaleństwie, przebiegła w knowaniach, Michał Kosela z godnością znoszący klęskę i poniżenie, Szymon Tura wyniosły w ambicji, niesiony pasją, a jednak ze skazą satysfakcji z odwrócenia życiowych ról, żeby odciąć się od własnej wizji teatru, salwuje się ucieczką w zapomnienie; Czesław Skwarek (czyli pan Montek) – jakby wywiedziony z Montekich z Romea i Julii – świadek tragicznej miłości i bólu istnienia. Wreszcie Piotr Czarniecki vel Śruba, czyli Zbyszek Ruciński jako żywo i Irena Sierakowska, która – jak Marta – łączy siłę z delikatnością, dowcip z powagą, wrażliwość z nieugiętością, mądrość z umiejętnością.

Patchworkowy układ sytuacji odległych, a wiążących się w węzeł ludzkich losów odległych, a jednak złączonych stygmatem przemijania, zwykłego cierpienia i zmagania się z losem. Być może za mało w nim mojej Marty, naszej Marty, ale w duchu jej rozumienia człowieka i życia nigdy zbyt łatwego i zbyt lekkiego.

A co do samej sztuki, to będzie grana w listopadzie w I Liceum Ogólnokształcącym w Wałbrzychu (26 i 27). Nie, nie spadła z afisza.

Krzysztof Kobielec

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w publikacji nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

REKLAMA