https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

4 miliony plików

Przez bez mała ćwierć wieku służyłem państwu i jego obywatelom, starając się chronić ich przed tymi, którzy prawo i bezpieczeństwo innych mieli (z różnych zresztą powodów) w głębokim niepoważaniu i krzywdą innych żywili się z taką samą zachłannością, jak wygłodniały traktuje kromkę chleba. Przez zdecydowaną większość mego dorosłego życia byłem przekonany, że kto nie łamie prawa, nie musi się obawiać jakiejkolwiek przemocy ze strony organów państwa, które na mocy ustaw nabyły uprawnienia do ograniczania podstawowych praw obywatelskich. I chociaż od kilkunastu lat ta moja wiara wielokrotnie poddawana była ciężkim próbom, to jednak chciałem wierzyć, że wszelkie głośne nieprawości tychże organów, to jedynie wyjątki od reguły. A za regułę uznawałem gwarancje praworządności zapisane w konstytucji i ustawach, dające prawo do mniemania, że organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości powinni obawiać się jedynie mniejszego i większego kalibru przestępcy. Praworządny obywatel nie musi się państwa obawiać, bo to ono właśnie stoi na straży jego praw i podstawowych wolności. Niestety…31.08. 2022 r. zmuszony zostałem do brutalnej weryfikacji tej mojej – jak się okazuje – naiwnej wiary, bo oto nagle na własnej skórze odczułem, że państwo to jeden wielki aparat represji stosowanej wobec obywateli, którzy z nieznanych powodów podpadli nie tyle samemu państwu, co różnym jego przedstawicielom mającym prawo do stosowania represji. A także szykan, w jakie represje się zmieniają, jeżeli stosowane są w sposób jawnie naruszający istniejący formalnie porządek prawny i przyjęty powszechnie system podstawowych wartości. Te smutne refleksje są efektem wydarzeń, które rozegrały się w moim mieszkaniu 31 sierpnia tego roku, kiedy poczułem się jak Józef K. – bohater głośnej niegdyś powieści Franza Kafki pod tytułem „Proces”, który znalazł się nieoczekiwanie w absurdalnym położeniu przez to, że nie miał pojęcia o co został oskarżony, kto go oskarża, ale przede wszystkim nie miał praktycznie żadnej możliwości obrony.

Jak już pisałem, tego dnia usłyszałem od krakowskich funkcjonariuszy, że mam wydać rzeczy mogące mieć związek z prowadzonym postępowaniem, a tym samym mogącymi być dowodami w sprawie zabójstwa Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi, dokonanego – przypomnę – 17 sierpnia 1997 roku. Żądanie to było tak absurdalne, że – tak jak Józef K. – zacząłem wątpić w moją dotychczasową pewność, że żyję w państwie prawa, w którym nikt nie może dopuszczać się przemocy na porządnym obywatelu, w dodatku w jego własnym mieszkaniu. Wiedziałem bowiem, że jeżeli „takich” rzeczy nie wydam, to policjanci przeszukają mieszkanie i zabiorą z niego to wszystko, co wyda się im podejrzane. I tak też się stało, bo naprawdę nie wiedziałem co mam im wydać, ponieważ nikt mi nie powiedział, czego u mnie szukają. Dlatego głośno i wyraźnie odczytałem tymże policjantom treść prokuratorskiego postanowienia, informując przy tym, że nie wiem co mam im dobrowolnie wydać, albowiem rzeczy mogących być dowodami nie posiadam, podkreślając jednocześnie to, co w postanowieniu było wskazane.

W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję dotyczącą coraz bardziej powszechnego problemu z tak zwanym analfabetyzmem funkcjonalnym. Otóż według prof. Małgorzaty Żytko z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, jest to sytuacja, w której „człowiek co prawda czyta, pisze i buduje zdania, ale (…) nie rozumie treści i nie umie użyć ich w swoich codziennych działaniach.” Otóż to. Krakowski prokurator w swym postanowieniu zarządził „wydania wszelkich cyfrowych nośników danych elektronicznych, (…) dokumentów, notatników, kalendarzy, zapisków oraz innych rzeczy wykazujących łączność z przedmiotem postępowania i mogących stanowić materiał dowodowy”. Osobie nie mającej takich problemów, o jakich mówi prof. M. Żytko, nietrudno zrozumieć, że moje telefony, komputery i tablet oraz kilkanaście dysków zewnętrznych i tyleż samo urządzeń przenośnej pamięci (pendrive), nie mogą być i nie są jakimkolwiek dowodem w sprawie zabójstwa dójki studentów w 1997 roku z dwóch oczywistych powodów. Pierwszym z nich jest niesamowicie prozaiczny fakt, że zostały wyprodukowane i zakupione przeze mnie kilkanaście lat (a nawet 25) po tej okrutnej podwójnej zbrodni. Drugi natomiast jest bardziej złożony i muszę się tu odwołać to pewnego przepisu, który – jak śmiem mniemać – prokuratorowi z Krakowa jest znany. Chodzi o § 159 rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z 07.04.2016 r. w sprawie regulaminu wewnętrznego urzędowania powszechnych jednostek prokuratury (tekst jednolity Dz. U.2017.1206 ), w którym jak byk stoi, że dowodami w znaczeniu procesowym mogą być tylko te rzeczy, które służyły lub były przeznaczone do popełnienia przestępstwa, albo zachowały na sobie ślady przestępstwa, lub pochodzą bezpośrednio lub pośrednio z przestępstwa i na koniec, że mogą służyć jako środek dowodowy do wykrycia sprawcy czynu lub ustalenia przyczyn i okoliczności przestępstwa. A z przepisów prawa oraz tzw. doktryny wynika, że środkiem dowodowym jest informacja, jaką można uzyskać ze źródła dowodowego, a więc w moim przypadku, jakaś informacja zapisana w pamięci posiadanych przeze mnie nośników elektronicznych lub zapisana na „nośnikach papierowych”. No to wszystko jest ok! – zawoła ktoś wielce uradowany. Otóż nie, nie jest ok z kolejnego powodu – taka domniemana informacja powinna zostać wskazana jako poszukiwany ewentualny dowód w sprawie, co wynika wprost z art. 92 kpk, mówiącego o podstawie faktycznej, czyli o całokształcie okoliczności ujawnionych w postępowaniu. Mówiąc językiem prostym, a zrozumiałym: prokurator winien w postanowieniu te dowody – o posiadanie których mnie podejrzewa – wyraźnie wskazać. A nie uczynił tego, ponieważ postanowienie wydał na wniosek pewnego krakowskiego policjanta na wysokim stanowisku, który prawdopodobnie nie zna treści § 66 ust. 1 i 2 wytycznych nr 3 Komendy Głównej Policji z 30 sierpnia 2017 r. w sprawie wykonywania niektórych czynności dochodzeniowo-śledczych przez policjantów (Dz.Urz. KGP poz. 59) stanowiących, że w uzasadnieniu wniosku do prokuratora policjant jest zobowiązany „przedstawić dowody lub przytoczyć okoliczności dające podstawę do przypuszczenia, że wymienione rzeczy albo dane informatyczne znajdują się we wskazanym miejscu lub urządzeniu albo systemie informatycznym”. I takie właśnie podstawy winne być wskazane w uzasadnieniu prokuratorskiego postanowienie, czego nie było. Dlaczego?

Ano z tej prostej przyczyny, że ów wspomniany policyjny decydent żadnej takiej wiedzy operacyjnej czy procesowej nie uzyskał, a jego wniosek wynikał tylko z tego prostego faktu, że formalnie mógł go złożyć. A że niezgodnie z prawem? A kto by się tym przejmował?! „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi?” – znacie to? Jak nie to obejrzyjcie „Misia” – komedię Stanisława Barei z czasów PRL. Więc co powinni zrobić policjanci? I tu jest problem, ponieważ – chcąc się zachować zgodnie z prawem – powinni uruchomić komputer, aby sprawdzić zawartość plików i folderów odnoszących się do zbrodni na Narożniku. Nie zrobili tego, bo zawartość wszystkich nośników cyfrowych to około 4 miliony plików, co musieliby (i muszą) sprawdzać w czasie nie krótszym niż co najmniej… 13 lat! A więc całe to postanowienie, i jego realizacja, to tylko czynność pozorna, mająca na celu przykrycie zupełnie innych zamierzeń. Będę tego dociekał, w czym na pewno pomoże mi Kancelaria Adwokacka mec. Mirelli Nowak, którą zapewne pozytywnie kojarzy wielu wałbrzyszan. Chociaż wiem, że przede mną bardzo wyboista droga, a na dodatek długa i daleka. C.d.n.

Janusz Bartkiewicz

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

REKLAMA