https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Muzyka i poezja bez daty ważności

Mam! Mam nareszcie wiarygodne potwierdzenie tego co i tak jest oczywiste. 23 stycznia 2022 r. amerykański magazyn „The Atlantic”, opublikował tekst „Is old music killing new music?” (Czy stara muzyka zabija nową?). Ted Gioia, czyli autor tego tekstu, napisał, że stare piosenki reprezentują około 70 procent amerykańskiego rynku muzycznego i rynek nowej muzyki maleje. W tym tekście, wyrażona jest również nadzieja, że zacznie się to zmieniać. Autor nie jest jednak na tyle odważny aby podać nazwiska młodych wokalistów lub nazwy nowych zespołów, które by taką nadzieję uzasadniały.

Wiek XXI, konkretnie rok 2005, dał nam wielkie „muzyczne” wydarzenie. Powstał serwis YouTube. Wcześniej, trzeba było kupować płyty i słuchać radia. Teraz w zasięgu kliknięcia każdy ma praktycznie wszystko. Może nawet wybierać takie nagranie, które uważamy za najlepsze. Dobre piosenki rodzą się przecież, w innym wykonaniu i innej aranżacji, co jakiś czas na nowo. Czasami nawet z nowym lub poprawionym tekstem.

Dominująca ciągle muzyczna popkultura powstała na początku XX wieku. Powstał wtedy jazz. Jego fundamentem są afrykańskie rytmy i melodyka europejskich instrumentów. Najbardziej znany standard z tego okresu, to marsz żałobny z Nowego Orleanu: „When The Saint Go Marching In” (Gdy wszyscy święci idą do nieba). Złota epoka popkultury to lata 1940-1980. W latach pięćdziesiątych XX wieku, na scenę weszła elektryczna gitara. Razem z nią, pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Jak z rogu obfitości posypały się piosenki zaliczane teraz do klasyki. Ich teksty to często wysokiej klasy poezja. Które z nich powinny stanąć na podium? Moim zdaniem są to: „Dona Dona” (Joan Baez), „Sealed with a Kiss” (Brian Hyland) oraz „California Dreamin’ (Mamasa and the Papas). Inni pewnie wybiorą inne. No i dobrze. Popkultura pozwala każdemu na bycie jednoosobowym jury.

Następnie, w latach siedemdziesiątych, postarzeliśmy się trochę i nadszedł czas na bardziej dorosłe utwory. Takie jak „Ripple” (Grateful Dead), „Have You Ever Seen the Rain” (Creedance Clearwater Revival) i „Hotel California” (The Eagles). W tym samym czasie, nadeszła również moda na disco i tańczyliśmy w rytmie; „Dancing Queen” (ABBA), „Yes Sir, I can boogie” (Baccara) lub „Stumbli’ In” (Suzi Quatro i Chris Norman). A kilka lat później nadszedł czas na podsumowanie. W roku 1984 r. Leonard Cohen zaśpiewał „Alleluja”:

Mówili, istnieje muzyka

Dawid ją grał i radowała Boga

Ale ty jej nie słuchasz?

A jest to tak; na czter, pięć

Opadająco w moll, wznosząco w dur

Natchniony król tworzący; Alleluja! (…)

To było porywające! Naszą młodości żegnały dźwięki i słowa które nakazywały nam zapamiętać na zawsze muzykę i poezję naszej młodości.

Podsumowując lub raczej uzupełniając, muzyka z tamtych lat miała ogromny wpływ na sposób w jaki słyszymy otaczający nas świat. Również na sposób w jaki go widzimy. Nieodłączną częścią winylowych płyt są bowiem ich okładki. Często są one dziełami sztuki – grafiki, zdjęcia i kolaże – z najwyższej półki. Dominuje w nich nostalgiczna zaduma lub gryzące się kolory i kształty. Są to wizualne dowody na to, że życie było, jest i będzie pomieszaniem z poplątaniem. Do legendy przeszły okładki-symbole. Na przykład, biały album Beatlesów, który mówił nam, że jesteśmy pustą kartką, którą sami powinniśmy zapisać. Równie sławny jest banan namalowany przez Andy’ego Warhola. Mówił nam, że pod twardą i niedobrą skórką schowane są często rzeczy dobre. Tak było w tym wypadku. Po zdjęciu tej bananowo – banalnej okładki otwierał się przed nami słodko-kwaśny świat stworzony przez The Velvet Underground & Nico. Biorąc pod uwagę to, że okładki winylowego pop-art trafiały (w milionach egzemplarzy) pod strzechy, w środowisku artystów, którzy gardzą disco polo, nastroje miotały się od rozpaczy do wściekłości. Próbowali to zakrzyczeć. Próbowali to również asymilować. Zaproszono kiedyś Warhola na eleganckie przyjęcie. Siedział, słuchał i patrzył. I gdy ktoś zapytał go czemu nic nie je, to wsadził im wszystkim banana i powiedział: „Jem tylko cukierki”.

Lata lecą. W świat płynie dalej dźwięk elektrycznych gitar. Jest jednak jakiś inny i inne towarzyszą mu słowa. Oh well. Świat się zmienia. Na Plus, czy na minus?

Jeżeli chodzi o teksty to oczywiście na minus. Czasami coś jest dobre, ale trudno to z rapowego krzyku wyłowić. A jeżeli chodzi o muzykę, to bywają oczywiście dobre piosenki. Zbyt często słychać w nich jednak pneumatyczny młot komputerowych algorytmów. Nowa muzyka jest bowiem (zbyt często) produkowana na komputerach. Nic więc chyba dziwnego, że gdy z radia uderzy mnie po uszach jakieś techno, to prawie natychmiast siadam przed komputerem i klikam w jakiś detoks. Na przykład na „Smooth”, czyli piosenkę, którą Santana i Rob Thomas pożegnali wiek XX. Ewentualnie, na „I don’t want to talk about it” (Nie chcę o tym rozmawiać). Tę piosenkę śpiewa Rod Steward, który jest wielką gwiazdą, refren śpiewa mało znana Amy Belle. No i zaśpiewała tak, że zdmuchnęła Stewarda ze sceny.

Następnie… Lista jest długa i gdy trzeba się przed snem wyciszyć, to klikam w coś takiego jak „Baptism” (Joan Baez). Nie wszystkim to polecam. Joan śpiewa na tej płycie poezję, czyli słowa są ważniejsze od muzyki. A gdy mam nastrój na honky tonk, czyli muzykę, która trafia przez uszy do duszy, to włączam coś takiego jak „Mississippi” (Pussycat).

Tak było do niedawna. Było normalnie i wydawało się, że tak już zawsze zostanie. Niedoczekanie nasze! Na Ukrainę poleciały bomby i ruskie sołdaty zabijają kogo się da. W tym małe dzieci. Nadszedł więc czas, aby prosić Boga o interwencję. Przyznaję, modlitwa nie jest moją silną stroną. Gdy to się zaczynało, kliknąłem więc na „My Sweet Lord” Georga Harrisona. W pierwszej odsłonie Harrison śpiewał tę modlitwę podczas koncertu dla Bangladeszu w roku 1971. Trwała tam wtedy wojna i granicząca z potopem powódź. Zginęły miliony ludzi:

Mój dobry Boże

Hm, mój Boże

Hm, mój Boże

Ja naprawdę chcę Cię zobaczyć

Naprawde chcę Cię zobaczyć

Naprawdę chcę Cię zobaczyć           

To trwa zbyt długo, mój Panie

Moj dobry Boże

Hm, mój Boże

Hm, mój Boże

Ja naprawdę chcę Cię zobaczyć

Naprawdę chcę iść z Tobą

Naprawdę chcę ci to pokazać Boże

Nie zabierze to dużo czas, mój Boże (Alleluja)

Mój dobry Boże (Alleluja)

Hm, mój Boże (Alleluja)

Mój dobry Boże (Alleluja) (…)

Hm, mój Boże (Hare Krishna)

Mój, mój, mój Boże (Hare Krishna)

Oh hm, mój dobry Boże (Krishna Krishna)

Oh-uuh-uh (Hare Hare) (…)

Od tego czasu, minęło wiele lat. George zmarł w roku 2001. Rok później, w londyńskiej Royal Albert Hall, odbył się poświęcony Harrisonowi koncert. „My Sweet Lord” zagrali; syn Georga Dhani, Eric Clapton, Paul McCartney i Ringo Star. Śpiewał Billy Preston. Wy też kliknijcie. A wracając do miodowych lat małżeństwa muzyki i poezji. W Polsce też było wtedy ciekawie. Ale to już inna pieśń stepowa.

Jerzy Jacek Pilchowski

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w artykule nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

REKLAMA