https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Pożegnania nadszedł czas

Wszystko ma swój początek i koniec, z czym niestety każdy z nas musi się pogodzić, bo tylko czas jest wieczny i niezmienny. Człowiek zmienny bywa ze swej natury, czego dowodem niech będzie popularne powiedzenie, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Ponadto człowiek z reguły lgnie do tych, którzy są mu bliscy z powodu wspólnego światopoglądu, zainteresowań, kierowania się tymi samymi wartościami i prezentują podobny lub zbliżony poziom intelektualny. Dlatego wiele już lat temu przyjąłem propozycję zamieszczania w Tygodniku DB 2010 stałych felietonów, zawłaszcza że zaoferowano mi możliwość poruszania dowolnej tematyki, oczywiście w granicach obowiązującego prawa. Skorzystałem z tej możliwości komunikowania się z mieszkańcami Wałbrzycha i okolic, z którymi chciałem się dzielić własnymi przemyśleniami dotyczącymi szerokiej gamy wydarzeń i problemów nurtujących nie tylko mnie, ale również wielu innych obywateli naszego miasta. Oczywiście, co chcę wyraźnie podkreślić, czyniłem to na zasadzie pro publico bono, czyli za kierowane do redakcji teksty nie pobierałem żadnego wynagrodzenia. Moje felietony z założenia kierowane były do potrafiących samodzielnie i obiektywnie spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość, przez co z góry zakładałem, że ci moi czytelnicy nie będą mieli problemów ze zrozumieniem tego, co każdym swoim felietonem chciałem przekazać, bez potrzeby powoływania się na źródła posiadanej wiedzy. Przypomnę, że felieton to nic innego jak krótka forma publicystyczna, w której jego autor wyraża swoje własne poglądy na jakikolwiek interesujący go temat. W felietonach jakie wychodziły spod mojej ręki, zawsze więc przedstawiałem swój własny punkt widzenia, będący efektem analizy posiadanej wiedzy, nabytej nie tylko w okresie kształcenia się na poziomie szkolnym i uniwersyteckim, ale także pochodzącej z wielu lektur (książek, gazet, czasopism), własnych obserwacji, z rozmów z innymi ludźmi oraz innych źródeł, których nie będę tu wymieniał, bo nie o nich chciałbym napisać. Zdaję sobie sprawę z tego, że w zdecydowanej większości wyrażane przeze mnie poglądy budziły różne kontrowersje, co za każdym razem czyniłem w pełni świadomie, albowiem uważam, że wszelkie kontrowersje są czynnikiem pobudzającym do myślenia. I to było głównym celem moich felietonowych publikacji. Przez lata wielokrotnie pobudzały one różnych ludzi do wchodzenia ze mną w polemiczne spory, co jednak nigdy nie prowadziło do wybuchów jawnej nienawiści wywołanej faktem różnicy w poglądach. Szczególnie w poglądach politycznych, chociaż różnie pisałem zarówno o politycznej lewicy jak i prawicy, chociaż nigdy nie ukrywałem faktu, że poglądy mam lewicowe i że nie znoszę panoszącej się poprawności politycznej, niezależnie od tego jaka akurat opcja polityczna fruktami władzy aktualnie się pożywiała. I cała ta publicystyczna harmonia trwała do czasu, kiedy samodzielne i niezależne myślenie zaczęto uważać za przejaw wysługiwania się jakimś obcym wrażym siłom i osoby, wyznające inny niż ja światopogląd, uznające inne niż ja autorytety, mające odmienny od mojego system wartości i całkiem odmienne wzorce osobowościowe, nie były w stanie ścierpieć mojego pisania. Nie mogły tego ścierpieć do tego stopnia, że zdarzały się nawet próby (udaremnione) „hurtowego” zabierania egzemplarzy Tygodnika DB 2010 z punktów, w których w każdy czwartek egzemplarze tygodnika były dla czytelników wykładany. Wydarzenia takie (znam je z terenu Podzamcza) pojawiły się szczególnie po tym, jak w Tygodniku DB 2010 zacząłem przedstawiać własną ocenę tego co się działo na naszej wschodniej granicy. Początkowo dotyczyło to haniebnego poczynania władz polskich, które zmusiły funkcjonariuszy Straży Granicznej i policji, a także żołnierzy polskiego wojska do niehumanitarnego, a niekiedy wręcz niezgodnego z prawem polskim i międzynarodowym, postępowania z uchodźcami, którzy do Polski i UE chcieli (omamieni fałszywą propagandą Łukaszenki) trafić poprzez przekroczenie granicy polsko-białoruskiej. Moi oponenci nie zwracali uwagi na to, że piszę o ludzkim nieszczęściu uciekinierów przed wojną i terrorem, ponieważ drażniło ich to, że moje uwagi były bardzo krytyczne w stosunku do ludzi reprezentujących polskie władze. I chociaż swoim pisaniem mocno ich denerwowałem, to jednakże ich „oburzenie” wyrażane było w jakichś dopuszczalnych, cywilizowanych formach. Wszystko to runęło, kiedy śmiałem wyrazić swe przekonanie, iż faktyczną winę za powstanie tzw. kryzysu ukraińskiego są Stany Zjednoczone, które od początku swego istnienia, a zwłaszcza od zakończenia II wojny światowej, mianowały się wzorcem demokracji, którą jako american dream zaczęły narzucać innym krajom i ludom, nie zawracając sobie absolutnie głowy tym, że najczęściej owe kraje i ludy wcale sobie tego nie życzyły. W efekcie przez lata swoich interwencji i misji stabilizacyjnych doprowadziły do upadku kilku państw i zabicia co najmniej kilku milionów ludzi, a dokładniej cywilnych obywateli państw, które Jankesi postanowili uszczęśliwić. A przy okazji ci siewcy demokracji dopuścili się wielu zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości, o czym dziś prawie mało kto pamięta, a wielu pamiętać nie chce. W swoich tekstach poświęconych rosyjskiej inwazji na Ukrainę podkreślałem, że absolutnie jej nie popieram, i że każda wojna zasługuje na potępienie. Ale ponieważ jako winnych agresji wskazałem Stany Zjednoczone, przypięto mi łatkę prorosyjskiego propagandzisty, m.in. za to że śmiałem przytoczyć wypowiedź znanego amerykańskiego politologa, który od lat dowodzi, że za kryzys ukraiński pełną odpowiedzialność ponoszą USA i Wielka Brytania, które od 2008 roku forsują przyjęcie Ukrainy i Gruzji do NATO. Podejrzewam, że jest to też efektem wyrażanego przeze mnie przekonania, że do agresji na Ukrainę nie dojdzie. Zresztą tak samo myślało wielu znakomitych światowych i unijnych znawców tematu, w tym sam prezydent Zełensky, dla których – jak i dla mnie – rosyjska inwazja była absolutnym zaskoczeniem. Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego postanowiłem rozstać się z tygodnikiem, z którym tak długo byłem związany. Otóż – co muszę stwierdzić naprawdę z wielką przykrością – w jednej z ostatnich rozmów z red. Robertem Radczakiem usłyszałem, że do redakcji wpływa bardzo dużo listów (jeden taki – najbardziej łagodny w treści – trzymałem dla przykładu), a piszący żądają w nich, aby mnie z tygodnika wyrzucić na zbitą mordę i zakazać pisania. Ponieważ redaktor nie wspomniał ani słowem o tym, że są też i tacy, którzy zgadzają się z tym co piszę, uznałem, że nie chcąc psuć tygodnikowi opinii i odbierać mu czytelników, współpracę z DB 2010 powinienem zakończyć. Wprawdzie osobiście wielokrotnie spotykałem się z wyrazami poparcia znanych i nieznanych mi osób, ale niestety oni do redakcji maili nie piszą. Nie chcąc więc być jakąkolwiek przeszkodą, rezygnuję z dalszej współpracy, zdając sobie sprawę, że być może swą decyzją wielu zawiodę, ale też wielu intelektualnych bolszewików wreszcie odetchnie z wielką ulgą, że ktoś taki jak ja nie będzie już ich zatruwał „putinowską propagandą”. Bo dla takich gigantów intelektu, wszystko co wymyka się z narzuconych obecnie ram informacyjnych, każda próba jakiejkolwiek obiektywnej analizy rzeczywistości, to tylko przejaw „komuszej zarazy” lub, o co w ostatnim czasie byłem oskarżany, wyrazem mojej służalczości wobec Putina, czyli imperialisty, faszysty, bandyty, rzeźnika, mordercy i bóg wie kogo jeszcze. A ja w takiej mentalnie bolszewickiej hucpie, która w Polsce prawdę zamordowała, nie chcę uczestniczyć. I dobrze, że moja żona też się z tym zgadza.

Janusz „Bartek” Bartkiewicz

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

REKLAMA