https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Kolejna odsłona dramatu

Kolejna odsłona dramatu

Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia („Tragifarsy odsłona pierwsza”, Tygodnik DB2010 nr 36/2021) kontynuuję temat dotyczący tego, co dzieje się na białoruskim odcinku naszej granicy, objętym strefą stanu wyjątkowego, który kilka dni temu został przedłużony na kolejne 60 dni.

Od razu zwracam uwagę na bardzo charakterystyczną zmianę w tłumaczeniu powodów, dla których zarówno ogłoszenie, jak i przedłużenie stanu wyjątkowego było i jest warunkiem niezbędnym i koniecznym. W pierwszej wersji stan wyjątkowy miał zabezpieczyć nas przed grożącą nam inwazją ze strony nie tyle Białorusi, co całej rosyjskiej potęgi, kierowanej przez ponoć krwiożerczego prezydenta Putina. Oczywiście powód ten nie został oficjalnie podany, ale wynikał wprost z licznych publicznych wypowiedzi bojącego się igły strzykawki prezydenta Dudy, premia IV RP uznanego przez sąd za kłamcę oraz samego ich szefa, wicepremiera do spraw bezpieczeństwa (a jakże) narodowego. Namacalnym dowodem tego zagrożenia były zorganizowane (przy naszych granicach) wielkie rosyjsko-białoruskie manewry wojenne, w których miało brać udział 200 tys. sołdatów. Faktycznie, groza naród polski mogła ogarnąć, zważywszy, że IV RP pod bronią ma niecałe 100 tys. wojaków, z których znaczna część całe swoje wojskowe życie spędza za mniejszymi lub większymi biurkami, a kontakt z bronią palną miała dosyć dawno, i to w bardzo ograniczonym zakresie. Oczywiście nie biorę tu pod uwagę dzielnych wiarusów z oddziałów Obrony Terytorialnej Kraju, którymi sprawną ręką zarządza mistrz wojskowej taktyki i strategii, niejaki Macierewicz. Człowiek, który się Ruskim nie kłania, chociaż ponoć różnie to zawżdy bywało, o czym w książce „Macierewicz i jego tajemnice” napisał Tomasz Piątek, który ujawnił w niej liczne powiązania tego pana z putinowską Rosją. Opis tych powiązań tak mocno Macierewicza zbulwersował, że złożył na niego zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do departamentu do spraw wojskowych prokuratury, zarzucając mu „publiczne znieważanie lub poniżanie konstytucyjnego organu RP” oraz „stosowanie przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych”. I tak szybko jak je złożył, tak samo w szybkich abcugach je wycofał i… zapadła cisza. Taka sama, jak ta, która zapadła po tym, kiedy się te wielkie manewry (powtarzane cyklicznie od wielu lat, tym razem z udziałem – według oficjalnych danych – 18 tysięcy żołnierzy na Białorusi) skończyły i 2500 rosyjskich żołnierzy i 50 żołnierzy z Kazachstanu, z Białorusi wróciło do swych koszar i o „ruskim zagrożeniu” nikt już nie wspominał, aby się na śmieszność nie wystawiać.

W związku z tym w obiegu publicznym funkcjonuje tłumaczenie, że stan wyjątkowy wprowadzono po to, aby uniemożliwić nieprzychylnym rządowi dziennikarzom szwendanie się w pobliżu granicy (sam to kilka razy z ust pisowskich dygnitarzy słyszałem), którzy swą obecnością zagrażają istotnym czynnościom taktyczno-operacyjnym, prowadzonym przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, a także przez policyjne i wojskowe „szwadrony”, które ściągnięto z terenu nieomal całej Polski. Rzecz w tym, że nikt z tych pisowskich dygnitarzy nie był i nie jest w stanie powiedzieć, na czym owe „taktyczne i operacyjne czynności” mają polegać, a mnie się wydaje, że chodzi po prostu o pilnowanie szczelności polskiej granicy. Czyli dokładnie to samo, co pogranicznicy czynili do czasu wprowadzenia stanu wyjątkowego. Po co więc ta prymitywna ściema z użyciem wojennego języka?

Odpowiedź przyniosło samo życie w momencie, kiedy cały świat miał okazję zobaczyć to, co szczelnym kordonem mundurowych miało być skutecznie zasłonięte. Prawdziwy obraz tego, co miało być utajnione, pokazały zdjęcia i nagrania filmowe z ośrodka dla uchodźców w miejscowości Michałowo, która stała się już w świecie sławna w takim samym stopniu, jak Kiejkuty, gdzie w tajnym ośrodku MSWiA poddawano torturom, zabronionym nie tylko przez polskie prawo, bezprawnie przetrzymywanych obywateli państw muzułmańskich. Tak samo jak „Kiejkuty”, hasło „dzieci z Michałowa” na lata pozostanie symbolem tego, co się nigdy w cywilizowanym świecie – zwłaszcza po tragedii II wojny światowej – stać nie powinno. Kiedy oglądałem to w telewizji, bez przerwy miałem w oczach widok uzbrojonych w pistolety maszynowe niemieckich wachmanów, wyłapujących żydowskie dzieci, które wybierały się poza mury getta po żywność. I nie uważam, aby to porównanie było zbyt drastyczne dlatego, że takie fotografie, przedstawiające muzułmańskich maluchów pilnowanych przez uzbrojonych w broń maszynową polskich żołnierzy, obiegły cały świat i zapewne w milionach głów takie samo skojarzenie wywołały. Kto nie wierzy, niech odszuka w Internecie zdjęcie „małego Dawidka” idącego ulicą pod eskortą uzbrojonych po zęby esesmanów i porówna małe dzieci pilnowane przez osobników w polskich mundurach, uzbrojonych w broń maszynową. Jednym słowem: niewyobrażalna hańba. Inaczej tego określić nie jestem w stanie. Pytanie, co się stało z dziećmi z Michałowa, do tej pory nie znalazło prawdziwej odpowiedzi. Rzeczniczka Straży Granicznej, jak mantrę, kłamliwie powtarza, że grupa migrantów z tymi dziećmi (w wieku od kilkunastu miesięcy) została odstawiona do linii granicznej, co jest oczywistym eufemistycznym określeniem lasów tam rosnących, gdzie ludzi tych pozostawiono na pastwę losu i zimna. I pani ta zapewne po służbie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, udała się do domu, gdzie być może przytuliła do siebie jakieś małe dziecko, bez żadnej refleksji, że jeszcze nie tak dawno inne, przerażone dziecko zostało pozostawione gdzieś w przygranicznych lasach, narażone nie tylko na utratę zdrowia, ale być może i na utratę życia.

Głęboko w mej ateistycznej pamięci zapadły słowa siostry zakonnej Małgorzaty Chmielewskiej, że pomiędzy rozumem a sercem nie ma i nie powinno być sprzeczności, a to, co się na polsko-białoruskiej granicy dziej, jest cyniczną demoralizacją sumień. A ja dodam od siebie, że jest to brutalnym gwałtem na istocie człowieczeństwa. I to wszystko miało być osłonięte szczelnym kordonem, aby się Polacy nie dowiedzieli, co przed nimi zechciał ukryć wicepremier do spraw bezpieczeństwa narodowego i jego podwładni w osobach prezydenta i premiera IV RP. Nie udało się i już wiemy, i nie zapomnimy!

Przeraża mnie jednak myśl, że świadomość tego okrucieństwa nie do wszystkich jednak dociera, czego namacalnym dowodem są wypowiedzi wielu przedstawicieli prostego ludu, który wciąż wymienionych zbawicieli narodu popiera zapominając, że wszyscy ludzie pochodzą z tego samego adamowego żebra. Ja natomiast, uznając, że wszyscy mamy tego samego przodka, który kiedyś zszedł z drzewa na ziemię, powoli zaczynam wierzyć, że oto jestem świadkiem procesu odwrotnego. Procesu, w efekcie którego powoli na mentalne drzewa powracamy, stając się coraz bardziej prymitywnymi osobnikami, dbającymi tylko o to, aby nikt obcy z naszych gałęzi „bananów” nam nie podkradał. I na koniec chciałbym bardzo wyraźnie zaakcentować, że jestem zdeklarowanym zwolennikiem ochrony naszych i unijnych granic, co jednakże nie pozbawia mnie poczucia przyzwoitości i współczucia dla naprawdę potrzebujących. Kiedyś – przecież nie tak dawno – sami tego od innych oczekiwaliśmy i się nie zawiedliśmy. Ale pamięć mamy niesamowicie krótką, ponieważ stała się ona już tylko… narodową. I jakoś nikt nie chce pamiętać, że chaos na Bliskim Wschodzie wywołany został przez amerykańską agresję na kraje muzułmańskie, w okupacji których brali też udział i nasi, polscy żołnierze. A to nas do czegoś, mimo wszystko, zobowiązuje.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA