https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Hulaj dusza piekła nie ma

Hulaj dusza piekła nie ma

Swego czasu – zresztą nie tak dawno temu – obiecałem sobie, a zarazem Czytelnikom Tygodnika DB 2010, że sprawami politycznymi nie będę się już zajmował, albowiem to co piszę, nie ma żadnego przełożenia na istniejącą rzeczywistość, a więc nie warto nadal po próżnicy „strzępić sobie języka”. I nie słabość mojego charakteru, ale brutalna rzeczywistość skłania mnie do odstąpienia od podjętej – może zbyt pochopnie – decyzji. Postanowiłem wrócić do roli politycznego komentatora (a takim się niekiedy czułem) po tym, jak we wtorek (10.08. br.) obejrzałem w TVN 24 bezpośrednią relację z posiedzenia sejmowej Komisji Regulaminowej, Spraw Poselskich i Immunitetowych Sejmu RP, która – w mojej ocenie – była niczym innym jak zwykłą hucpą, drwiącą sobie z wszelkich zasad i praw uchwalonych przez Sejm RP, w tym także regulaminów rzeczonej komisji.

Poszło o to, że komisja ta miała zająć się wnioskiem o uchylenie immunitetu prezesowi Najwyższej Izby Kontroli Marianowi Banasiowi, ale okazało się, że wniosek został złożony niezgodnie z ustawą o NIK, która stanowi, że może on być złożony jedynie przez Prokuratora Generalnego. Oczywiście prokurator ten (przypomnę, że chodzi o Zbigniewa Ziobro) ma prawo, stosownym zarządzeniem wydanym na piśmie, upoważnić swojego zastępcę, aby taki wniosek złożył w jego imieniu, ale to pisemne zarządzenie musi być dołączone do wniosku. I okazało się, że wniosek został złożony przez zastępcę Zbigniewa Ziobry, który jednak wymaganego pisemnego upoważnienia nie dołączył. I taki bubel przeszedł przez Biuro Analiz Sejmowych, na podstawie czego Marszałek Sejmu Elżbieta Witek, skierowała ten wniosek zastępcy Prokuratora Generalnego pod obrady sejmowej komisji. Marszałek Witek się nie dziwię, ponieważ być może znalazła jakąś przedwojenną książkę, w której stało jak byk, że w III RP pisowskie organy państwa nie muszą prawa przestrzegać, ponieważ o tym, co prawem jest, a co nie, orzeka prezes Jarosław. Ale zdawałoby się, że Biuro Analiz Sejmowych, do którego zadań należy przede wszystkim wsparcie swym doradztwem naukowym (sic!) procesu legislacyjnego, przedwojennych książek o funkcjonowaniu Sejmu III RP czytać nie musi, bo podstawą wszelkich jego analiz musi być wyłącznie obowiązujące tu i teraz prawo. Tymczasem wywołany do tablicy przedstawiciel tego Biura bezczelnie oświadczył, że na temat legalności złożonego wniosku nie będzie się wypowiadał, ponieważ decyzję o skierowaniu go do komisji podjęła właśnie marszałek Witek. W ten sposób ów pan publicznie pokazał, jak bardzo posłów opozycji i wszystkich obywateli III RP lekceważy, uznając ich za totalnych głupców, nie wiedzących o tym, iż marszałek Witek kierując wniosek do komisji, uczyniła to na podstawie… prawnej analizy rzeczonego biura. Czyżby zatem jakieś same głuptaki tam siedzieli i pensje z naszych podatków brali, czy też potulni, pozbawieni wszelkich zasad hunwejbini prezesa Jarosława?

Stawiam na to drugie bez obawy, że mógłbym przegrać. Mając takie „fachowe” wsparcie, przewodniczący tejże komisji – o zgrozo adwokat, a więc ktoś kto prawo winien mieć w małym palcu – robił wszystko, aby utrudnić posłom opozycji składanie wniosków formalnych o przełożenie posiedzenia komisji na inny termin, aby ten prawny bubel w postaci wniosku naprawić. Przecież – jak słusznie argumentowali – sporządzenie poprawnego wniosku Zbigniewowi Ziobro nie powinno sprawić większego problemu, ale pisowska większość w komisji wnioski formalne opozycji odrzucała. Najprzytomniej zachował się prezes Banaś, który stwierdził, że z uwagi na to, iż wniosek został złożony przez osobę nieuprawnioną, nie będzie brał udziału w czymś, co z mocy prawa nie powinno się w ogóle odbywać i posiedzenie komisji opuścił. Wraz z nim uczyniłem to samo, czyli wyłączyłem telewizor, uznając, że szkoda moich nerwów, aby dalej ten żałosny cyrk oglądać. Wieczorem dowiedziałem się „z telewizora”, że bój w komisji trwał dosyć długo, czego rezultatem była jednak zmiana postawy posłów prezesa Jarosława i wniosek o uchylenie immunitetu prezesa NIK nie został poddany pod głosowanie, ale komisja postanowiła zwrócić się o akta sprawy i kontynuować debatę na kolejnym posiedzeniu. Czyli postanowiła obradować nad czymś, co z urzędu winno być zwrócone marszałek Witek i do czasu uzupełnienia wniosku, nie zawracać sobie nim głowy.

Mimo wszystko, jakimś cudem zwyciężył, wprawdzie tylko połowiczny, zdrowy rozsądek i uniknęliśmy kolejnej kompromitacji, co mimo wszystkich targających mną wątpliwości, muszę przyjąć za pewien powiew optymizmu. Bo to, co się obecnie wyprawia, wywołuje ból głowy i nerwowe zaciskanie pięści. Chciałem napisać, że powoduje, iż się nóż w kieszeni otwiera, ale zdałem sobie sprawę z potencjalnego niebezpieczeństwa, jakie określeniem tym niechybnie mógłbym na siebie sprowadzić, bo jakiś usłużny siepacz prezesa Jarosława, zechciałby uznać to za pochwałę lub nawoływanie do terroryzmu. Groźba taka mogłaby nade mną zawisnąć, ponieważ rządząca nami polityczna sitwa, robi sobie z prawa cyrkową arenę pełną klaunów, przez co też w znacznej części obywateli utwierdza przekonanie, że prawo można mieć tam, gdzie zgodnie z powiedzeniem słońce nie zachodzi. Bo jeżeli rządzący Polską prezes Jarosław nakazuje lub zezwala swoim politycznym komilitonom na łamanie polskiej konstytucji i obowiązujących przepisów regulujących podstawowe zasady demokratycznego państwa prawa, zezwala na łamanie zawartych umów międzynarodowych, czy choćby lekceważenie przez swoich posłów przepisów ruchu drogowego, zakazujących przejścia przez jezdnię przy zapalonych czerwonych światłach, to niby dlaczego jego gorący zwolennicy mają uchwalane prawa szanować?

Efektem tego mamy to, co mamy, a więc fizyczne ataki na osoby chcące się zaszczepić przeciw wirusowi COVID-19, ataki i podpalenia punktów prowadzących takie szczepienie, czy też – jak ostatnio w Lubinie – bezpośredni atak na komisariat policji i policjantów przy użyciu „koktajli Mołotowa”, czyli zapalonych butelek wypełnionych benzyną. Zapewne ci młodzi ludzie, atakujący polskich policjantów, wyobrażali sobie, że atakują jakiegoś okupanta, tak samo jak chłopcy i dziewczęta walczący w powstaniu warszawskim, co budzić musi już tylko przerażenie. Nie wiem, czy lubińscy policjanci, przekraczając granice interwencji, spowodowali śmierć człowieka, ale tak samo nie wiedzą tego ci, którzy zaatakowali z bronią w rękę lubiński komisariat. Od tego są jednak mimo wszystko sądy. Piszę o „broni w rękach”, bo „koktajl Mołotowa”, mimo swego prymitywizmu technicznego, to bardzo groźna broń, o czym się wielokrotnie dowiadywali żołnierze Hitlera w walczącej Warszawie. Takie coraz bardziej groźne zachowania, rodzący się terroryzm nie tylko wśród młodych, są efektem totalnej ruiny państwa prawa, zaordynowanej nam przez prezesa Jarosława. Hasło „hulaj dusza, piekła nie ma” jest coraz bardziej powszechne, ponieważ przykład idzie z góry, bo ryba zaczęła już gnić od głowy. Staje się coraz bardziej niebezpiecznie, ponieważ państwo zaczęło coraz szybciej dryfować w kierunku politycznej, prawnej, ekonomiczno-społecznej i moralnej mielizny, więc do katastrofy coraz bliżej. Ale patrząc na powtarzające się wyniki sondaży wyborczych, cisną mi się na usta słowa „sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”. Hulaj dusza, piekła nie ma … Oby do czasu.

Janusz Bartkiewicz

http://janusz-bartkiewicz.eu

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

REKLAMA

Click Here