https://db2010.pl Tygodnik DB2010 GAZETA AGLOMERACJI WAŁBRZYSKIEJ

Nasza historia: Stanisław Mitmański – od 74 w Wałbrzychu

NWielkopolskie miasto Ostrzeszów w II Rzeczypospolitej znajdowało się w strefie przygranicznej z państwem niemieckim. Tu w 1931 r. urodził się Stanisław Mitmański, wychowaniem syna raczej zajmowała się matka. Ojciec starał się zapewnić dobre warunki bytowe rodzinie, a znalezienie stałej pracy w rodzinnej miejscowości to był spory problem. Od jesieni 1938 r. ojciec tego jedynaka miał stałą pracę na budowach przemysłowych w obszarze Centralnego Okręgu Przemysłowego jako fachowiec od instalacji wodno-kanalizacyjnych. Wtedy rodzinie Mitmańskich zaczęło się materialnie dobrze powodzić… W sierpniu 1939 r. ojciec Idzi Mitmański został zmobilizowany i skierowany na wschód do jednostki Korpusu Ochrony Pogranicza, w której kilka lat wcześniej pełnił zasadniczą służbę wojskową. Matka z synem, żyjąc w spokojnym Ostrzeszowie, optymistycznie pocieszała się, że konfliktu wojennego nie będzie. 1 września 1939 r. rano Stanisław radośnie pomaszerowali do szkoły, ale… nikogo tam nie było. Wtedy dopiero dowiedzieli się, że już trwa wojna, a nieliczny oddział Wojska Polskiego wcześniej wycofał się z Ostrzeszowa.

Mąż i ojciec Mitmański we wrześniu 1939 r. walczył z wkraczającymi ze wschodu oddziałami Armii Czerwonej, ale jemu i kilku żołnierzom KOP udało się w dogodnej sytuacji odłączyć z kolumny polskich jeńców z pomocą… żołnierza rosyjskiego. W najbliższej polskiej wiosce tych kilku żołnierzy przebrało się w ubrania cywilne i zazwyczaj nocą szli, czasem konnym zaprzęgiem jechali na zachód, a za Bugiem już czuli się w miarę bezpiecznie. W niedzielę wczesnym rankiem, w październiku 1939 r. –ten dzień Stanisław Mitmański zapamiętał – ktoś kilkakrotnie pukał w okno. Tak pojawił się w domu ojciec Stanisława, w cywilnym ubraniu, bez dokumentów. Wszyscy byli szczęśliwi. Co dalej? Trwa wojna i trzeba jakoś przeżyć ten tragiczny czas. Polacy od pokoleń tu mieszkający znali język niemiecki i ten fakt okazał się bardzo pomocny w ich przetrwaniu. Miejscowi Niemcy i administracja niemiecka zarządzająca teraz Ostrzeszowem nie wykazywali się nadgorliwością w represyjności, czy fanatyzmem faszystowskim. Senior Mitmański został administracyjnie zaakceptowany jako od zawsze mieszkaniec Ostrzeszowa.

W tej miejscowości jesienią 1939 r. pospiesznie rozbudowywano obóz jeniecki dla żołnierzy polskich. Prace specjalistyczne z zakresu montażu sieci wodnej i kanalizacyjnej wykonywała firma budowlana Kurta Műlde z Wrocławia. Właściciel firmy bez problemów zatrudnił Mitmańskiego i szybko docenił jego fachowość. To był w życiu rodziny Mitmańskich, jak się później okazało , początek ich wędrówki do… Wałbrzycha. Najpierw Idzi Mitmański z firmą K. Műlde w 1943 r. przybył w otchłań przyrody górskiej i lesistej, w której w różnych miejscach drążono tunele, hale, stały baraki wypełnione więźniami wielonarodowościowymi. Dominował język niemiecki – komend, poleceń, rozmów. Ale więźniowie w swoich grupach komunikowali się różnymi językami m.in. jidysz, rosyjskim, włoskim, ale też polskim. W różne miejsca tej budowlanej inwestycji dojeżdżały składy kolejki wąskotorowej, obsługiwane przeważnie przez 2 lokomotywy (z przodu i tyłu zestawu towarowych wagonów). To był kompleks Riese w Gminie Walim. Pracownik Mitmański tu również układał kanalizacje, montował sieć wodociągową. Do rodziny w Ostrzeszowie przyjeżdżał na 2-3 dni, przeważnie po miesiącu i dłuższym okresie pracy. Chyba wiosną 1944 r. – wspomina dziś jego syn, Stanisław Mitmański- ojciec uległ w tej pracy poważnemu wypadkowi, m.in. doznał złamania biodra. Interesujące w tej sprawie jest to, że właściciel firmy – Niemiec – doprowadził do wysłania (1944 r.) pracownika Mitmańskiego na kilkutygodniową rehabilitacje szpitalną w obszar Karkonoszy. Specjalista od kanalizacji i wodociągów Idzi Mitmański jeszcze jesienią 1944 r. powrócił do pracy w kompleksie „Riese”. Z początkiem 1945 r. (luty/marzec) to tajemnicze miejsce opuściły firmy budowlane, administracja i wojsko niemieckie. Więźniowie w większości powrócili do licznych w tym terenie filii obozowych lub uformowani w kolumny maszerowali górskimi drogami w kierunku Czech. Grupa cywilnych pracowników różnych narodowości z obiektu „Riese”, pozostawiona tu własnemu losowi i docierająca tu uciekająca ludność niemiecka z terenów zajmowanych przez Rosjan, świadczyła o bliskiej kapitulacji „1000 letniej III Rzeszy”. W tym czasie Rosjanin – niedawny więzień, jak się wówczas senior Mitmański dowiedział od niego – faktycznie był Ukraińcem i oficerem, absolwentem studiów malarskich, podarował mu osobiście wykonany olejny pejzaż wioski ukraińskie. W takiej formie podziękował Mitmańskiemu za gesty pomocy okazywane jemu i też innym robotnikom – więźniom, czyli „podrzucaniu” im na stanowiska pracy i w innych okolicznościach, co jakiś czas m.in. główki cebuli, czosnku. Ten Rosjanin nie czekał na „wyzwolenie” przez swoich. Powędrował w grupie zagranicznych współwięźniów na zachód.

Idzi Mitmański w kompleksie Riese pracował w grupie pracowników niemieckich, niektórzy znali polskie podstawowe zwroty komunikacyjne. Zaskoczeniem dla Mitmańskiego było powiedzenie mu w czystej polszczyźnie przez osobę wcześniej mu znaną w tej pracy, że jest Polakiem i pochodzi spod Leszna. Faktycznie nazywał się Jan Kostka, ale w „Riese” posługiwał się innym, niemieckim nazwiskiem! Razem – teraz z kolegą J. Kostką i kilkoma innymi Polakami o różnym statusie przebywania tu, np. przymusowymi pracownikami w gospodarstwach rolnych, terenowych zakładach przemysłowych – doczekali, prawdopodobnie w Walimiu, kapitulacji Niemiec. Radość była ogromna ale… co dalej z własnym losem, z rodziną? Idzi Mitmański z Kostką i kilkoma Polakami, po kapitulacji III Rzeszy, wyruszyli do najbliższego, największego miasta zwanego Waldenburg. Tu już władczo panowali Rosjanie z pomocą niemieckiej administracji i policji, pojawiła się też jakaś grupa urzędników polskich. Mitmański odnalazł ich i wzajemnie wyjaśniali sobie jakie okoliczności wojenne doprowadziły ich do tego spotkania. Zasadnicze pytanie brzmiało: co dalej ? Wracać, ale gdzie… czy tu pozostać? W niemieckim mieście? Czy tu będzie Polska? Na takie wątpliwość i niepewność co do osobistej przyszłości, zdecydowanie pozytywnie odpowiadał i przekonywał  Eugeniusz Szewczyk, przedstawiając się jako były przedwojenny urzędnik administracji w Aleksandrowie Kujawskim, w lutym 1945 r. mianowany na stanowisko wicestarosty powiatu toruńskiego. A teraz, 22 maja 1945 r., przybył tu jako Pełnomocnik Rządu RP do ustanowienia polskiej administracji publicznej w tym mieście.

– Zostańcie, wszyscy jesteście tu potrzebni! – mówił, więc zaufali Szewczykowi i pozostali. Mąż i ojciec Mitmański po kilku dniach wybrał się w podróż do Ostrzeszowa, właściwie po rodzinę. 19 czerwca 1945 r. Idzi Mitmański z żoną Stanisławą i synem Stanisławem przyjechali do Wałbrzycha i tego dnia zamieszkali w 6 pokojowym mieszkaniu przy ówczesnej już ul. Krakowskiej (później Buczka, dzisiaj Brzechwy). Obok tego budynku, po tej stronie ulicy, w nieco cofniętym od chodnika dla pieszych w 1 piętrowym gmachu z czerwonej cegły z dużym ogrodem mieszkał (do końca 1946 ) Pełnomocnik Rządu RP, Pierwszy prezydent Wałbrzycha – Eugeniusz Szewczyk z żoną Jadwiga i urodzonym w grudniu 1945 r. synem Przemysławem.

Stanisław Mitmański, wówczas 14 letni chłopiec, do dzisiaj dokładnie pamięta pierwsze osobiste spotkanie z prezydentem Szewczykiem w gmachu pobliskiego ratusza. Ojciec wtedy z wielką satysfakcją przedstawił syna Szewczykowi, na stołówce funkcjonującej w tym obiekcie, dostępnej i darmowej dla Polaków. Szewczyk interesował się czy Stanisław już zgłosił się do szkoły i zachęcał, aby wstąpił do harcerstwa oraz namawiał młodszych do aktywności harcerskiej oraz sportowej. Młody Mitmański wówczas kilka razy spotykał na ul. Krakowskiej starszego pana Szewczyka z teczką idącego lub wracającego z ratusza, który kilkakrotnie przywitał się z nim i zwykle o coś zapytał, pochwalił. Mitmańscy długo tu nie mieszkali, szczególnie matka Stanisława nie akceptowała tak wielkiego, 6 pokojowego mieszkania z inkrustowanymi meblami, skórzanymi fotelami, wieloma obrazami batalistycznymi i przyrodniczymi, kolekcją białej broni i chciała koniecznie zmienić na zdecydowanie mniejsze. Tak też się stało. Na początku 1946 r. rodzina Mitmańskich zamieszkała przy ul. Samosierry 3, na 3 piętrze w środkowym mieszkaniu. Byli pierwsza polską rodziną wśród niemieckich lokatorów. Rodzice Stanisława znali język niemiecki, co ułatwiło im stworzyć przyjazną atmosferę w sąsiedzkich kontaktach. Po kilku miesiącach w tej kamienicy zamieszkała rodzina Weissów. Pan Stanisław próbował się zaprzyjaźni z ich synem Szewkiem (tak polscy rówieśnicy uprościli jego żydowskie imię) i zachęcał młodszego kolegę m.in. do wspólnej działalności w drużynie harcerskiej. Bezskutecznie. Pewnej nocy, chyba wiosną 1947 r. pod tą kamienice podjechał samochód ciężarowy, co zainteresowało czujną matkę Stanisława, która widziała jak Weissowie wyszli przed budynek z kilkoma bagażami, z pomocą 2-3 osób sprawnie zniknęli za brezentową plandeką samochodu.

W tej kamienicy przy ul. Samosierry 3 przez dłuższy czas mieszkało niemieckie małżeństwo Stanula o ciekawym statusie własnego bezpieczeństwa w tych niebezpiecznych czasach. Tak tą sytuację dziś ocenia Pan Stanisław Mitmański. Pan Stanula przed i w czasie wojny był znaczącym urzędnikiem w ratuszu – szefem miejskich finansów. To było bezdzietne małżeństwo, które pasjonowało się podróżami nie tylko po Europie oraz fotografowaniem przyrody, zabytków, miast. On znał kilka języków, w tym rosyjski. Pani Stanula, jak pamięta Stanisław Mitmański, pochodziła z Bytomia i znała kilkanaście wyrażeń polskich. Po wojnie Stanula formalnie pracował w zamku Książ z woli i dla potrzeb Rosjan, którzy prawie przez 2 lata ten obiekt penetrowali i – mówiąc wprost – dokładnie go zrabowali. Zapewne dlatego Stanula – obywatel niemiecki – jako jedyny mieszkaniec na tej ulicy, a może na Nowym Mieście, dysponował własnym samochodem osobowym typu Adler , którym codziennie jeździł do i z pracy w Książu. Ten samochód był przedmiotem wielkiej ciekawości zwłaszcza dzieci i dorosłych Polaków. Stanula rodzicom Stanisława z wielkim smutkiem relacjonował jakich czynów rabunkowych dokonują Rosjanie w Książu. Matka Stanisława przez lat kilkanaście utrzymywała kontakt listowny ze Stanulami po ich wysiedleniu z Wałbrzycha. Ta historia sąsiedzka w tej kamienicy jest jeszcze ciekawsza.

Ogólnie dla polskich mieszkańców Wałbrzycha to był czas radości i nadziei na lepszą przyszłość. Przeżyli okropności wojny, ale naturalnie tęsknili i przesadnie wychwalali zalety rodzinnych stron urodzenia, młodości. Tu była praca, mieszkania, gospodarstwa. Większość polskich mieszkańców tutaj po raz pierwszy poznawała technikę przemysłową, cywilizacyjną infrastrukturę miejską np. komunikacje tramwajową i trolejbusową, oświetlone ulice, sieć elektryczną, gazową, sanitarną w mieszkaniach, maszyny rolnicze itp.

Idzi Mitmański i Jan Kostka – jak dziś wspomina Stanisław Mitmański- ulegli sugestiom Eugeniusza Szewczyka, wówczas często tytułowanego panem starostą, i zostali milicjantami z własną motywacją potrzeby umacniania tu porządku publicznego, przestrzegania prawa. Już jesienią 1945 r. i w następnych latach Wałbrzych i Dolny Śląsk był obszarem masowego i też urzędowego rabunku wszelakich dóbr materialnych do Warszawy i centralnych miejscowości. To patologiczne zjawisko znane jest pod pospolitą nazwą –„szaber”. Jan Kostka był pierwszym komendantem Posterunku Milicji w Rusinowej. Obaj niebawem zrezygnowali z tej służby. Kostka przez kilkanaście lat prowadził gospodarstwo rolne w Dziećmorowicach. W 1956 r. wyjechał stamtąd do rodzinnej wioski Lipno koło Leszna. Idzi Mitmański w 1947 r. już pracował we wrocławskim Pafawagu, po kolejnych 2 latach budował Nową Hutę, a w 1950 r. otrzymał mieszkanie i wtedy z żoną tam zamieszkali. W Wałbrzychu pozostał syn Stanisław, który w 1952 r. ukończył 5 letnie Liceum Górnicze, wówczas funkcjonujące przy ul. Poznańskiej. Próbował znaleźć pracę blisko rodziców w pobliżu Krakowa. Ministerstwo Górnictwa nawet wskazało taką kopalnię i etat technika awaryjnego, ale na pierwszym spotkaniu okazało się, że jego przełożonym będzie porucznik Urzędu Bezpieczeństwa – pracownik kierownictwa kopalni. W niedalekiej przeszłości Stanisław Mitmański był milczącym świadkiem tragicznych działań UB w Wałbrzychu (nie jego dotyczących) i postanowił, że z tym urzędem nie będzie miał żadnych kontaktów. W tej sytuacji następnego dnia zjawił się w Okręgowym Urzędzie Górniczym w Katowicach. Szczęśliwy splot okoliczności i pomoc życzliwych ludzi doprowadziła go ponownie do Wałbrzycha. Od października 1955 r. pracował w Okręgowym Urzędzie Górniczym w Wałbrzychu przy ul. Lotników. W tym gmachu przez wiele lat miał 120 metrowe mieszkanie i tu z rodziną (żona i dwoje dzieci) przez lat wiele zmagali się i cieszyli życiem. Pan Stanisław z upływem praktyki zawodowej awansował na kolejne stopnie inżynierskie i dyrektorskie w służbie górniczej. Od 1984 r jest emerytem górniczym. Doświadczenie życiowe i zawodowe pana Stanisława po latach wzbogacone refleksjami z dystansu mają wielką wartość historyczną i pragmatyczną. Zatem umówiliśmy się na większą formę opisu, ze źródłową konfrontacją faktów, osób bliskich i publicznych, które utrwaliły się we wspomnieniach tego wałbrzyskiego weterana i bystrego obserwatora.

Ryszard Bełdzikowski

***

Redakcja nie odpowiada za przedstawione dane, opinie i stwierdzenia, które stanowią wyraz osobistej wiedzy i poglądów autora. Treści zawarte w felietonie nie odzwierciedlają poglądów i opinii redakcji.

Tu, na dzisiejszej ul. Brzechwy 4 w Wałbrzychu, 19 czerwca 1945 r. zamieszkał 14 letni Stanisław Mitmański.

Aby kontynuować zaakceptuj korzystanie z plików Cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close