Żegnaj Mój Przyjacielu

Polecamy13 września, 2017

 

Kiedy 25 sierpnia, w piątkowe popołudnie zadzwonił telefon, postanowiłem nie odbierać. Przede wszystkim dlatego, że jechałem samochodem. Ale miałem też dziwne przeczucie, że to nie będzie dobra wiadomość… O tym jak jest straszna dowiedziałem się w sobotę rano. – Marcin Procki nie żyje! – usłyszałem w słuchawce i zamarłem. Podczas kilkudziesięciominutowej rozmowy z posłańcem tej straszliwej wieści przemknęło mi przed oczyma kilkanaście lat naszej znajomości…

marcin procki

 

 

 

 

 

 

 

 

Spotykaliśmy się przede wszystkim w Serwisie Samochodowym Goliat w wałbrzyskiej dzielnicy Sobięcin, gdzie Marcin pracował ze swoim Tatą. Na klientach robił wielkie wrażenie najpierw swoją potężną posturą i tubalnym głosem. Potem fachową obsługą. A z reguły także jakimś żartem. Bo Marcin był niezwykle pogodnego usposobienia i pozytywnego nastawienia do ludzi, wbrew pozorom, jakie stwarzały Jego potężny wygląd i często surowy wyraz twarzy. Znajomych od wejścia zasypywał najnowszymi dowcipami lub anegdotami. Mnóstwo osób bardzo często wpadało do Goliata tylko w celach towarzyskich, by się pośmiać lub po prostu pogadać o wszystkim i o niczym.

Marcin był szczery i nie owijał w bawełnę. – Nie gniewaj się, ale muszę Ci to powiedzieć, mój przyjacielu, jeśli pozwolisz mi się tak tytułować – zwykł mawiać z uśmiechem i przechodził do rzeczy. Nie był przy tym złośliwy, a rzeczowy. Jego uwagi nie miały na celu zdyskredytowania rozmówcy, tylko pomóc w wyjaśnieniu nurtującej Go sprawy.

Marcin był wrażliwy. Gdy kilka lat temu sąsiadka przypadkiem przejechała jego psa, nie krył łez. Z wielkim przejęciem mówił o krzywdzie i nieszczęściach spotykających innych ludzi, także tych zupełnie obcych. I chętnie pomagał, jeśli tylko mógł. Jak każdy z nas, miewał gorsze dni, ale wtedy od progu uprzedzał, że jest zły. Z reguły szybko mu jednak przechodziło. Nie miał też problemów z przyznaniem racji, gdy się mylił, ani z powiedzeniem przepraszam, jeśli w czymś zawinił.

Dla Marcina najważniejsza była rodzina. Z wypiekami na twarzy mówił o zabawach z córką po powrocie z pracy, o sukcesach syna w nauce, czy zawodowych osiągnięciach żony. Był z nich bardzo dumny.

O tym, jak ważny był w naszym życiu najlepiej świadczy liczba osób, które przyszły Go pożegnać, gdy przegrał walkę ze zdradziecką chorobą.

Zatem… żegnaj Mój Przyjacielu, jeśli pozwolisz mi się tak tytułować…

Robert Radczak

procki podziekowania

Tagi: