Ja się nabrać nie dam

Polecamy2 sierpnia, 2017

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Pan prezydent zawetował dwie z trzech ustaw, które miały prezesowi Jarosławowi zapewnić niczym już nieskrepowaną władzę. I wszyscy bardzo z tego powodu się cieszą, nie zważając na to, że to właśnie ta niezawetowana ustawa o ustroju sądów powszechnych – jak najbardziej niekonstytucyjna – daje prezesowi władzę nad całym sądownictwem powszechnym. Sądzę, że te dwie ustawy były w istocie rzeczy tylko przykrywką do wprowadzenia tej, na której posłowi Kaczyńskiemu najbardziej zależało. Radość powszechna zapanowała z powodu odniesionego – połowicznego wprawdzie – sukcesu i jakoś mało zwraca uwagę na przyczyny, dla których Andrzej Duda nie podpisał ustawy o Krajowej Radzie Sądowniczej i Sądzie Najwyższym. A on je przecież zawetował nie dlatego, że są absolutnie niezgodne z Konstytucją RP, co dla niego, jako dla doktora nauk prawnych, winno być głównym i jedynym motywem. Nie uczynił też tego pod wpływem potężnego sprzeciwu obywatelskiego, nie wziął pod uwagę apelu polskiego oraz zagranicznego świata prawniczego, zastrzeżeń płynących z Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. To wszystko nie miało dla prezydenta najmniejszego znaczenia, czemu dał wyraz w swoim publicznym wystąpieniu, w którym oznajmił, że dwóch ustaw nie podpisze tylko dlatego, iż prosiła go o to Zofia Romaszewska, ponoć legendarna postać z czasów pierwszej Solidarności. Przyznam szczerze, że ogłoszony powód mnie osobiście – jako prawnika – wprowadził w osłupienie. Zresztą nawet i w ten powód nie wierzę, albowiem nie wierzę w to, że prezydent Duda pod wpływem jednego zdania starszej pani nagle na oczy przejrzał. Być może jestem nadmiernie podejrzliwy, ale pamiętam dokładnie, że żadne argumenty, żadne prośby nie wpłynęły na niego, aby zastosował weto wobec oczywiście niezgodnych z konstytucją ustaw, sprowadzających Trybunał Konstytucyjny do roli zwykłego biura będącego na usługach posła Jarosława. Jestem całkowicie przekonany, że decyzja Andrzeja Dudy jest fragmentem większego planu posła Jarosława, któremu tylko i wyłącznie A. Duda zawdzięcza swoje dzisiejsze stanowisko.

Plan ten jest bardzo przebiegły, jak sam jego twórca, i – według mnie – polega na tym, że celowo przepchano przez parlament tak bardzo koślawe prawnie ustawy, aby następnie prezydent mógł dwie z nich (mniej dla prezesa Jarosława ważne) zawetować i ogłosić, że oto on sam odpowiednie projekty ustaw Sejmowi przedłoży. Oczywiście projekty te zostały już wcześniej w ciszy na ulicy Nowodworskiej opracowane, a A. Duda będzie już tylko markował różnego rodzaju działania, aby rzekomo swoje i konsultowane z narodem projekty w Sejmie przedłożyć. Jestem również przekonany, że w projektach tych będą zawarte te wszystkie zapisy, na których prezesowi najbardziej zależy i chociaż będę oczywiście mniej drastyczne, to jednak dalej niekonstytucyjne. Sejm i Senat projekty A. Dudy przyjmą bez poprawek, poprawki opozycji przy pomocy prokuratura stanu wojennego Piotrowicza odrzuci w systemie „en bloc”, a następnie A. Duda je podpisze, bo przecież własnego dzieła wetować nie będzie. I jeżeli nawet opozycja skieruje ustawy do biura zwanego Trybunałem Konstytucyjnym, to i tak wola prezesa Jarosława będzie tam bez oporu przyklepana. Andrzej Duda zaś powie: zrobiłem, co Polakom obiecałem, a prezes Jarosław otrzyma to, czego chciał. Roma locuta, causa finita.

Dlaczego tak sądzę? Ano dlatego, że A. Duda, jako kandydat na prezydenta, bez przerwy podkreślał, że jego program jest programem Prawa i Sprawiedliwości, a już jako prezydent stwierdził, że nie czuje się prezydentem wszystkich Polaków, tylko tych z lepszego sortu. Więc dlaczego miałby nagle głowę sobie zawracać buntem jakichś zdradzieckich mord, kanalii, tłumów spacerowiczów, ubeckich wdów i innych komunistycznych złogów? Jemu potrzebny był tylko pretekst, by głęboko ukrytą wolę prezesa Jarosława wykonać, więc posłużył się właśnie Zofią Romaszewską i tyle. Świadczy też o tym mocno umiarkowana reakcja ludzi PS i prezesa. Andrzej Duda przed protestującymi zamknął się w prezydenckich apartamentach w Juracie na Helu, gdzie go zresztą też dopadli, ale do tych protestujących nigdy nie wyszedł, co jest bardzo wymownym zachowaniem, potwierdzającym moje podejrzenia.

Ja również protestowałem, biorąc dwukrotnie udział w manifestacjach zorganizowanych przez wałbrzyski KOD i Inicjatywę Polską, które miały miejsce 20 i 23 lipca o godzinie 21-ej przed Sądem Rejonowym w Wałbrzychu. Manifestacje te pokazały, że w Wałbrzychu tylko niewielkiej części mieszkańców sprawy polskiej demokracji zaprzątały głowę. Przed sąd przyszło około 400 osób, co dla około 130-tysięcznej wałbrzysko-szczawieńskiej aglomeracji nie jest wielkością powalającą. Przyznam szczerze, że chociaż brałem udział w tych wydarzeniach, moje odczucia są bardzo mieszane. Przede wszystkim z tego powodu, że manifestacje miały bardziej polityczny niż społeczny charakter. Twierdzę tak, ponieważ ich organizatorzy nie doprosili do udziału wałbrzyskiego SLD, natomiast udział posłów Platformy Obywatelskiej był nad wyraz widoczny, co przeczy głoszonym poglądom, że manifestacje są wyrazem oporu całej antypisowskiej opozycji. W czasie ich trwania nie udzielono głosu obecnemu tam przewodniczącemu SLD Krzysztofowi Strzelcowi, chociaż wywoływano z tłumu rozpoznanych znajomych organizatorów, którym następnie głosu udzielano. Również i mnie głosu nie udzielono, (23.07.br.) chociaż aż czterokrotnie dawałem wyraźny znak takiego zamiaru Mateuszowi Rambacherowi, który był jednym z głównych organizatorów, i którego znam osobiście. Może dlatego, że stałem w towarzystwie K. Strzelca? Nie wiem. W każdym razie, zniesmaczony widokiem posłanek PO (Izabeli Mrzygłockiej i Agnieszki Kołacz-Leszczyńskiej), manifestację opuściłem i już nigdy nie wezmę udziału w tego rodzaju hucpie.

Używam tego mocnego określenia pod wpływem wypowiedzi prof. Adama Strzembosza (20.07.br. manifestacja w Warszawie), który – w obronie sędziów Sądu Najwyższego, zagrożonych przymusowym skierowaniem w stan spoczynku – powiedział, że stosowanie odpowiedzialności zbiorowej jest totalitarną represją. Dlatego hucpą dla mnie są wszelkie manifestacje w obronie konstytucji i demokracji, w których udział bierze PO i PSL, albowiem to te właśnie partie, we współpracy z Andrzejem Rzeplińskim, ówczesnym prezesem Trybunału Konstytucyjnego, zastosowały w 2009 roku odpowiedzialność zbiorową, uchwalając ustawę drastycznie zmniejszającą emerytury i renty byłym funkcjonariuszom Służby Bezpieczeństwa i emerytom policyjnym, którzy przed 1990 rokiem służyli w tej formacji i swoje prawa emerytalne uzyskali na mocy ustawy emerytalnej uchwalonej przez Sejm demokratycznej Polski w 1994 roku. I teraz ci przedstawiciele totalitarnych (wg. prof. Strzembosza) ugrupowań politycznych, śmią dawać swe twarze w walce o demokratyczne swobody i prawa obywateli, nawet się nie zająknąwszy o prawa wspomnianych wyżej funkcjonariuszy policji, ograbionych ponownie i doszczętnie przez PiS ustawą z 2016 roku. Ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni. Ja nie dam się na to nabrać, bo dla mnie demokracja upadła właśnie w 2009 roku, a nawet wcześniej, kiedy na początku lat 90-tych cyniczny Adam Michnik ogłosił, że lewicy wolno mniej. Co to za demokracja, kiedy jednym wolno więcej, a innym mniej? To tylko paskudna karykatura tego ustroju. I z tego wszyscy powinni zdawać sobie sprawę i o tym pamiętać.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,