Olga Tokarczuk antenatem Ucha Prezesa?

Polecamy28 czerwca, 2017

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli ktoś jeszcze wątpi w przesłanie, że historia lubi się powtarzać, to proponuję koniecznie zajrzeć do „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk. Ze zdumieniem odkrywam w wydarzeniach wysupłanych przez autorkę tej epopei historycznej z drugiej połowy XVIII wieku, analogie do tego wszystkiego, co się dzieje dzisiaj w Polsce, w Rzeczpospolitej już nie „obojga narodów”, nie imperium od morza do morza, nie monarchii, w której faktyczną władzę sprawują magnaci, ale w rzekomym państwie wolnym, niepodległym i demokratycznym. Nie potrafię się połapać w tym, czy to jest jeszcze III, czy już IV Rzeczpospolita. Dla mnie jest to tandetna odbitka PRL-u – kraju, w którym wszelkie jego fundamenty ustrojowe przestały się liczyć, chociaż oficjalnie sprawujący władzę zapewniają, że działają „dla dobra ludu” zgodnie z konstytucją i że są emanacją państwa prawa i sprawiedliwości, ale muszą zrobić porządek po wcześniej rządzących liberałach.

Pisałem już o tym, że głównym bohaterem „Ksiąg Jakubowych” jest charyzmatyczny żydowski reformator religijny, Jakub Lejbowicz Frank. Tajemniczy przybysz z odległej Smyrny zaczyna głosić na Podolu nową, wymyśloną przez siebie ideę, która szybko dzieli napływową społeczność żydowską. Dla jednych heretyk, dla innych zbawca, gromadzi wokół siebie krąg oddanych sobie uczniów i dość liczne rzesze zwolenników nie tylko wśród Żydów, dla których stał się kolejnym mesjaszem, ale także wśród osób innych narodowości. W „Księgach Jakubowych” poznajemy frapujące, wręcz nieprawdopodobne koleje jego losów. Warto się z nimi zapoznać czytając książkę, choć trudno by mi było w to wszystko uwierzyć, gdyby nie fakt, że Olga Tokarczuk napisała tą powieść rzetelnie, w oparciu o materiały źródłowe.

Nie mam zamiaru pisać apologii na cześć samej autorki i jej dzieła, bo wymagałoby to obszernego elaboratu. Chcę w moim lapidarnym felietonie zainteresować Czytelników drobniutkim fragmentem powieści, który „wypisz wymaluj” nasunął mi się w nawiązaniu do pikantnych scenek z kabaretu „Ucho Prezesa”. Dostrzegłem w książce zaskakującą parantelę do naszej dzisiejszej rzeczywistości.

W dalekim od Podola niemieckim Offenbachu, gdzie u kresu swego burzliwego żywota wielki rabbi Jakub zamieszkał wraz ze swoją świtą oddanych mu wiernych w odbudowanym z ruin zamku, rolę pani Basi z „Ucha Prezesa” pełnił niejaki Antoni Czerniawski. Czytamy o nim w rozdziale 29 „Ksiąg Jakubowych”:

„Czerniawski zdaje sobie sprawę, że wśród wszystkich historii, które dotąd zdarzyły się na świecie, historia ich machiny i ich kompanii pod wodzą Jakuba jest wyjątkowa; zwykle myśli w liczbie mnogiej: „my”, co przypomina rodzaj jakiejś piramidy, której wierzchołkiem jest Jakub, a podstawą cały ten tłum, tutaj w Offenbachu snujący się po krużgankach, ale i tam w Warszawie, na całych Morawach, w Altonie i w Niemczech, w Pradze czeskiej…”

I dalej:

„Czerniawski zarządza, że wchodząc na audiencję do Pana, trzeba najpierw paść na twarz i czekać na pańskie słowo. Pilnuje pańskiej diety. Zamawia dla niego szaty. Im słabszy jest Jakub, tym Czerniawski staje się bardziej pewnym swego, ale nie chodzi mu o jakiś interes, nie chce rządu dusz. Wystarczy, że bez niego nie może się Pan obejść, że woła go zniecierpliwiony o każdą drobnostkę…

Rozlokował się tuż przy komnatach pańskich i teraz każdy, kto chce z Panem mówić, musi się najpierw u niego zameldować. Pilnuje porządku żelazną ręką; sam dobiera Panu lekarzy i prowadzi korespondencję Ewy. To jego Pan wysyła z poselstwem do Warszawy. I to za jego wstawiennictwem udało się zdobyć część pieniędzy na przeprowadzkę do Offenbachu.

Teraz właściwie czuje się jak pies pasterski, taki, jak chłopi mieli na Wołoszczyźnie, który zgarnia wszystkie owce do kupy i pilnuje, żeby się nie rozlazły.”

W „Uchu Prezesa” kabaretowi twórcy poszli nieco dalej. Przy drzwiach Pana dyżuruje jeszcze wierny Andreas, mówią że bezwolna marionetka pana Prezesa, a to wszystko co się dzieje w gabinecie, to już samorodna twórczość artystyczna animatora kabaretu Roberta Górskiego.

W kabarecie to jest bardzo śmieszne, ale w rzeczywistości nie ma się z czego cieszyć, jeśli coraz wyraźniej zdajemy sobie z tego sprawę, że ten współczesny kabaret władzy może przynieść ze sobą fatalne skutki dla nas wszystkich.

Stanisław Michalik

Tagi: ,