Świat – wielkie dziwowisko

Polecamy31 maja, 2017

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

Od urodzin naszych wszystko – dom, kościół, szkoła, każą nam przywiązywać się do życia, cieszyć się, że żyjemy, traktować to jako dar płynący z nieba. Co to jest to niebo – czysta abstrakcja, chyba że uwierzymy w to, co mówią o niebie ci, co je wymyślili. To jest raj, kraina wiecznej szczęśliwości. Rodzi się wobec tego pytanie: co to jest szczęście? Mogą na to pytanie odpowiedzieć ci, co wygrali milion w totolotka. Im się wtedy wydaje, że osiągnęli zenity szczęścia. Tylko że to szczęście ostatecznie kończy się tak samo jak u wszystkich innych ludzi znacznie mniej szczęśliwych – na cmentarzu. Ale w mogile złożone jest tylko ciało człowieka, zaś jego dusza – według religii – ulatuje w kosmos i albo trafia do raju, albo do czyśca, a najczęściej do piekła. W piekle jest miejsce dla tych dusz, co w życiu grzeszyły myślą, mową i uczynkiem. Nie znam takich dusz, które byłyby wolne od tego grzechu, ale to nie jest moja sprawa, by orzekać, tak jak to zrobił Dante w „Boskiej komedii”, kto sobie zasłużył na niebo, a kto na piekło.

Okazuje się, że są ludzie na ziemi, którzy mają takie kompetencje. Oni właśnie orzekają, kto jest świętym, a dusze świętych trafiają po śmierci od razu do nieba. Nie jest potrzebny w tej sytuacji Sąd Ostateczny, w domyśle Niebiański Trybunał. U nas, w PiS-owskiej Polsce, gdzie trybunały i sądy staną się niedługo tylko atrapą, a o wszystkim stanowić będzie uznany przez hierarchów kościoła namiestnik Chrystusa, błogosławiony Jarosław Wszechwładny – Odnowiciel, ta furtka w nominowaniu świętych staje się szczególnie spektakularna.

Nie zdziwiłem się wcale tym, co przeczytałem i zobaczyłem na obrazku w facebooku, że przy mogile Świętych Marii i Lecha Kaczyńskich w Krakowie, oddawał hołdy „poległym” w katastrofie lotniczej, kolejny predysponowany do najwyższych zaszczytów nie tylko ziemskich, ale i niebiańskich, niejaki Andrzej, zwany Długo-PiS-em. Jeśli się temu wydarzeniu dziwisz, to powiem, że towarzyszył im w tej ceremonii sam kardynał Dziwisz. Okazuje się, że mamy kolejnych świętych. Przez kogo namaszczonych, można się domyślić.

Czytam w „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk fragment ostatniego listu Elżbiety Drużbackiej (pisarki i poetki) z klasztoru Bernardynek w Tarnowie do zaprzyjaźnionego z nią księdza kanonika Benedykta Chmielowskiego w Firlejowie. W liście szukała ona odpowiedzi na pytania o sens życia: „dlaczego i w jakim celu?”

„A przecież nie mogę powstrzymać się, by ich nie stawiać. Więc odpowiadam sobie, że Pan Bóg chce nas stworzonych i grzeszących ze stworzeniem, właśnie przez stworzenie ukarać. Sam zaś ręce umywa, by dobroć swoją ochronić w naszych oczach. Szuka sposobów naturalnych do wygubienia nas pośrednio, przez jakąś rzecz naturalną, aby lżejsze było uderzenie, niż gdyby sam uderzył, bo tego byśmy zrozumieć nie mogli.

Mógł przecież Bóg Naamona z Tradu uleczyć jednym słowem, ale kazał mu iść się kąpać w rzece Jordan. Mógł ślepego uzdrowić swoją wszechwładnością, ale przecie ślinę z błotem mieszał i kładł mu na oczy. Mógł każdego od razu uzdrowić, a stworzył aptekę, medyka, zioła lecznicze. Jego świat to wielkie dziwowisko”.

Od listu Drużbackiej minęły wieki, a świat jak był, tak pozostaje wielkim dziwowiskiem. Dziś mamy je przed oczyma w całej swej okazałości u nas w Polsce. Scena polityczna stanowi teatr, w którym rozgrywa się mrożąca krew w żyłach sztuka „science fiction”, jakiej nie można było sobie wcześniej wyobrazić. Miliony Polaków oglądają ten spektakl z rozłożonymi bezradnie rękami. Jak to mogło się stać, jak to jest możliwe? Jeszcze dobrze nie okrzepliśmy po latach zniewolenia w PRL-u i znów wracamy do tego samego. W PRL-u rządząca partia czerpała podbudowę ideologiczną z marksizmu i leninizmu, a wszystko co się działo miało na celu dobro ludu pracującego miast i wsi. Jak faktycznie było i jak to się skończyło pamiętamy.

Wielki, spontaniczny protest pod sztandarem „Solidarności” przyniósł zwycięstwo. Naród polski uwierzył, że to co najgorsze mamy już za sobą. Nie trzeba było długo czekać, wracamy znów do tego samego. W Rzeczpospolitej PiS-owskiej to wszystko, co się dzieje, ma podbudowę ideologiczną wziętą z ewangelii, skutkiem tego znajduje uznanie hierarchii kościelnej. Cel pozostał ten sam – dobro ludu. Hasła są te same i tak samo kłamliwe. W obu przypadkach celem monopartii (dawniej PZPR, a obecnie PiS) była i jest troska tylko o jedno: jak nie stracić władzy i utrzymać naród w posłuszeństwie. Dziś staje się to łatwiejsze w kraju, gdzie mamy fikcyjną demokrację, a miliony wiernych ufają wszystkiemu, co powiedzą księża.

Przeczytałem z zainteresowaniem w „Newsweeku” felieton Zbigniewa Hołdysa pt. „Panteon czeka”, a w nim taka refleksja:

„I oto teraz w Polsce, za mojego życia po raz trzeci już, dzieją się rzeczy, które na zdrowy rozum nie powinny mieć miejsca, a jednak mają. Wmawia się nam, że dopiero teraz jest dobrze, bo niszczy się niewinnych ludzi i więzi społeczne, a kłamstwo tak oczywiste, że nawet pies je rozumie, nazywa się prawdą. Wywracanie prawd powszechnie znanych i udowodnionych, nazywanie bohaterów zdrajcami, tchórzliwych kumpli bohaterami – to właśnie trwa na naszych oczach”.

W ubiegłotygodniowym numerze Tygodnika DB 2010 Andrzej Basiński przytoczył znacznie obszerniej tekst tego znakomitego felietonu. I chwała mu za to, bo wyprzedził moje zamiary.

W innym felietonie „Wydmuszka” w nr 19 „Polityki” Stanisław Tym pisze:

„Z powodu warszawskiego Marszu Wolności prezes Kaczyński zagnał się do północno-zachodniego rogu. Do Szczecina znaczy. Stamtąd zachwalał nam wyższość pisowskiej wolności nad tą od dwudziestu paru lat w Polsce praktykowaną. Ma racje. Już 87 osób biorących udział w demonstracjach pod Sejmem w grudniu ubiegłego roku dostało prokuratorskie zarzuty, prześladowano nauczycielki biorące udział w Czarnym Proteście oraz radną PO, która śmiała wypowiedzieć swą opinię o żołnierzach wyklętych. Nie wspomnę o telewizji Jacka Kurskiego, nadającej programy z czasów Gomułki oraz obszerne relacje z katowania braci Kaczyńskich przez komunistycznych siepaczy, których starał się powstrzymać prokurator Piotrowicz”.

O pisowskiej TVP pisze Zbigniew Hołdys w najnowszym „Newsweeku”:

„Siedzę w warsztacie i gapię się w telewizor. Na ekranie surrealistyczny kanał, coś jakby Korea Północna, tylko prezenterzy bez kimon i mówią po polsku”.

A w dalszej części felietonu „Warsztat samochodowy” czytamy o piśmie wręczanym przez policję uczestnikom kontrmanifestacji obchodów rocznicy smoleńskiej:

„Wzywa się pana do osobistego stawiennictwa w sprawie złośliwego przeszkadzania wykonywania aktu religijnego Kościoła Rzymskokatolickiego tj. o czyn z art.. 195, par 1 kk”.

Zbigniew Hołdys komentuje ten precedens:

„Jarosław jest księdzem, a to co mówił o białych różach, to była homilia”.

Znany nam zdroworozsądkowo myślący biskup Tadeusz Pieronek określił to, co się wyprawia pod pretekstem tragedii smoleńskiej, najprostszymi słowami:

„Te marsze i wypowiedzi przed Pałacem Prezydenckim nie mają charakteru religijnego. Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka. Podczas przemówień nie ma słów o ofiarach katastrofy i samym Smoleńsku. Nie chodzi już o zmarłych. Chodzi o politykę. To, co się tam słyszy podczas wystąpień, to włosy dęba stają na głowie”.

Teraz rozumiem skąd się wziął nagrobek Świętych Marii i Lecha w świętym mieście Krakowie. On ma tyle samo z religią chrześcijańską, co postumenty Lenina lub Stalina w powojennej Polsce.

I nie ma się czemu dziwić, skoro świat, to wielkie dziwowisko!

Stanisław Michalik

Tagi: ,