Deja vu

Polecamy4 maja, 2017

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Postanowiłem przez jakiś czas odpocząć od „niekończącej się opowieści” o ciemnych zakamarkach policyjnego światka, chociaż życie i wspierający mnie duchowo obywatele, dostarczyli mi materiału na naprawdę bardzo wiele zadrukowanych stron. Zresztą nie tylko oni, bo ostatnio problemem przemocy na komisariatach zajął się też Adam Bodnar – rzecznik praw obywatelskich, a to, co zawiera jego raport, stawia na głowie włosy na sztorc. I chociaż w raporcie tym opisane są przerażające historie, to ja się w pewnym sensie cieszę, albowiem pokazuje on, jak nietrafione i prymitywne są zarzuty – nazwę to bardzo eufemistycznie – przez „wałbrzyskie środowisko policyjne”, kierowane w moją stronę, jakobym pisząc swoje policyjne opowieści, kierował się jakąś – przypisywaną mi – chęcią zemsty. Niby za co i na kim? W policji nie służę już prawie 14 lat, a o patologii w jej szeregach piszę dopiero chyba od lat trzech lub, co najwyżej, czterech. Zastanawiam się, czy moi w tej materii adwersarze uznają też, że opracowując raport o bezprawiu na komisariatach (pokazał niestety tylko czubek góry lodowej), rzecznik praw obywatelskich również kierował się jakąś zemstą? A może po prostu istniejący problem zauważył? Warto się nad tym zastanowić. Przy okazji z wielką przykrością informuje grupę 15-tu wałbrzyskich funkcjonariuszy z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, którzy wysłali do mnie list z prośbą o pomoc, datowany na 23 marca 2016 roku. Tak się niestety złożyło, że list ten mogłem odczytać dopiero 25.04.br. Naprawdę bardzo mi przykro. Ponieważ poruszony przez Was problem tylko częściowo sam się rozwiązał (wiecie o co chodzi), to jeżeli jednak sprawa jest nadal aktualna, to jestem otwarty. Również na propozycję spotkania się przy dobrym piwku.

 

* * *

 

W sumie powinienem być zadowolony, bo w zasadzie PiS powoli przywraca to, co w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej było najważniejsze, czyli jednoosobową władzę I sekretarza partii i dobrostan członków partii, co w konsekwencji prowadziło do polepszenia warunków życia obywateli. Znów się mówi o prawach socjalnych dla suwerena (przypomnę, że w PRL był to lud pracując miast i wsi), któremu należy się więcej niż minimum socjalne i znów głoszący to obrastają w sadło, zarabiając miesięcznie tyle, co przeciętny suweren w ciągu roku, albo kilka, a nawet więcej, lat. Chociaż tego ostatniego w PRL jednak nie było. Zarówno wtedy, jak i dziś, mocno mierziła mnie wszelka „bolszewia” tzw. BMW, czyli biernych miernych, ale wiernych przedstawicieli władzy, propagandy oraz zajadłych politycznych hunwejbinów leżących plackiem u stóp „pierwszego”. W czasach PRL, tak jak obecnie, nikt sobie głowy treścią konstytucji nie zwracał, na stanowiska kierowano wyłącznie partyjną nomenklaturę, generałowie (sędziowie i prokuratorzy tudzież) robili pod siebie na widok najmarniejszego politycznego kacyka, a na komisariatach milicjanci pałek służbowych, czyli jak mawiano, służbowego przedłużenia konstytucji, obywatelom nie szczędzili, na co łaskawie oko przymykali usłużni prokuratorzy i inni wyrobnicy Temidy. Czyli drodzy Rodacy, nihil novi sub sole – nic nowego pod słońcem.

I dlatego dziś doznaję swoistego deja vu kiedy w TVPiS słyszę, jak były sekretarz Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej do spraw propagandy, niejaki Marek Król, objaśnia, że były jego partyjny towarzysz i prokurator z czasów PRL, Stanisław Piotrowicz, jest człowiekiem dbającym wyłącznie o dobro narodu. Wtedy, w czasach PRL, też z wielkim zaangażowaniem obydwaj o dobro narodu nadzwyczaj dbali, dzięki czemu awansowali i otrzymywali od tego narodu wysokie odznaczenia. Tak samo, jak niegdysiejszy towarzysz Wacław (wielki zaufany ministra Macierewicza, w latach 1968 – 1981 zaangażowany mocno aktywista PZPR), dzięki któremu ponoć udało się nowemu ministrowi wywalić kontrakt na helikoptery dla Polskiego Wojska. Też zapewne będąc w szeregach PZPR tylko dobro narodu miał na myśli. A ja przypomnę nieśmiało, że w czasach PRL również szczególnie dbano o to, aby interesy ówczesnego Wielkiego Brata, były dla Polski priorytetem. I nawet nie chce mi się pisać, dlaczego to wszystko zaczyna mi obojętnieć, bo – mówiąc szczerze – staje się tak, tak jak w czasach PRL, straciłem ochotę na walenie głową w mur. Wtedy byłem młody i wolałem korzystać z życia na tyle, na ile było można, teraz jestem za stary, aby się w rewolucjonistkę bawić. Kiedy byłem młody, nie protestowałem, ale wielokroć na rajdach, przy ogniskach, czy podczas domowych spotkań z przyjaciółmi, o tym się rozmawiało i śpiewało ucieszne, ale obrazoburcze dla ówczesnej władzy piosenki i kuplety. Zwłaszcza te antyradzieckie. Dzisiaj mi to wszystko – mówiąc tak jak Jerzy Urban o swoim żydostwie – zaczyna zwisać obojętnym kitem, chociaż wielu chadza znów na manifestację, a były towarzysz Król znów, tak jak drzewiej, poucza ich, że psują państwo. Kiedyś śpiewałem te śmieszne antybolszewickie piosenki, dzisiaj piszę „antybolszewickie” teksty, bo nowa bolszewia po kraju rozlewa się, nie przymierzając jak uboczne efekty wielkich ferm trzody chlewnej. Bolszewia ta, wzorem tej ze stalinowskich czasów Rzeczypospolitej, wywala z pracy, z wszelki funkcji i stanowisk, tych wszystkich, którzy zostali przez bolszewię uznani za niegodnych, aby w dzisiejszej Rzeczypospolitej pracować lub służyć. A za niegodnych uznani zostali dlatego, że akurat urodzili się w czasach, w których Polska mogła być tylko taka, jaką wraz ze Stalinem zaplanował w Jałcie i Poczdamie niejaki Churchill i Roosevelt. Słyszałem, że koniec czerwca jest ostatecznym terminem, w którym komendanci wojewódzcy mają ministrowi Błaszczakowi zameldować, że wszyscy byli funkcjonariusze dawnej Milicji Obywatelskiej zostali wysłani na śmietnik policyjnej historii. I odtąd już obywateli na komisariatach z wielką radochą pałować będą już tylko ci sami słuszni. I na koniec taka tylko refleksja, że od policyjnego tematu jakoś trudno mi się oderwać.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,