Ranną rosą w Głuszycy

Polecamy21 kwietnia, 2017

stanislaw michalik 

 

 

 

 

 

 

Mam już od pewnego czasu zakodowany, jak w budziku, codzienny poranny spacer z psem. Nie potrzebny mi do tego zegar, bo Barwi – pies mojego sąsiada, którym się opiekuję, gdy jego pan wyjeżdża „na saksy” do Bawarii – ma to już w genach i o właściwej porze niecierpliwie pomrukuje, merda zachęcająco ogonem i wskazuje na drzwi, na ich otwarcie. To najszczęśliwsza dla niego chwila, pod warunkiem, że wychodzimy z domu razem. Barwi to zwierzę niezwykle towarzyskie, jego zadowolenie wzrasta podwójnie, gdy na spacer idzie jeszcze z nami moja żona. Ale Barwi już wie, że o wczesnej porze nie jest to możliwe, bo pani domu właśnie wczesnym rankiem ma, jak to sama określiła, „najlepsze spanie”.

Wychodzimy więc codziennie na ranny spacerek i robimy to bez względu na „stan atmosfery w danej chwili”. Zapamiętałem to precyzyjne określenie czym jest pogoda z lekcji geografii w podstawówce. Padający deszcz nie jest przyjmowany przez mojego druha z entuzjazmem, ale godzi się z tym z pokorą. Nie zwraca na to uwagi, że ja mogę się chronić od deszczu pod parasolem, on zaś musi moknąć bez żadnej taryfy ulgowej.

Poranny spacer jest rzeczą niezmiernie ważną i interesującą. To że ważną, jest jasne, zważywszy na potrzebę ruchu dla człowieka „przebitego siedmioma szpadami melancholii”. To że interesującą, przekonuję się coraz częściej. Wiadomo: rano jest się rześkim i zdrowym, sprawniejszym pod względem fizycznym i umysłowym, nastawionym pozytywnie do życia. Na spacerze jest czas na skupienie się i refleksję. Taki partner – jak Barwi – nie przeszkadza w niczym, zajęty tropieniem zapachów, jak się okazuje nieznanych, zupełnie niewyobrażalnych dla człowieka. Moje poranne przemyślenia spacerowe mogłyby stanowić za każdym razem odrębny temat do felietonu, ale nie jestem pewien, czy w krótkim czasie nie pozostałbym jedynym czytelnikiem tego co napisałem. Będę więc tylko wyjątkowo próbował je wykorzystać wtedy, gdy będą się mi wydawać szczególnie interesujące dla wszystkich.

Tak się stało właśnie w niedzielny poranek. To było tuż po „siódmej” i po drobnym, choć z dawna oczekiwanym deszczyku. Jeszcze jego wilgotny oddech czuć było w powietrzu. Poszliśmy z Tomciem stałą trasą, w dół nad rzekę, obok basenu, boisk „Orlika” na główną arterię miejską, ulicę Grunwaldzką i z powrotem do siebie „na wieś”. Tak nazywamy naszą ulicę, która zamyka miasto, a otwiera wolną przestrzeń górskiej niezamieszkałej kotliny. Czujemy się jak na wsi, czego wcale nie oceniamy pejoratywnie.

To co mnie uderzyło szczególnie, to zupełna, absolutna pustka i na osiedlu mieszkaniowym i w centrum miasta. Ani jednej żywej duszy. Miasto śpi. Jest w pół do ósmej rano. Oczywiście – niedziela. Ale w sobotę – jak sobie przypominam – było podobnie. Też dominowała cisza i spokój. Sklepy pozamykane, bo w niedzielę są otwarte najwcześniej od ósmej. Na Grunwaldzkiej minął mnie jeden samochód. Dostrzegłem też w Ogródku Jordanowskim na ławce jedynego, „zmęczonego życiem” mężczyznę, z reklamówką pełną puszek po piwie.

No i czy nie jest to powód do rozmyślań? Co się dzieje z moim niegdyś przemysłowym miasteczkiem, które pamiętam z lat młodości i dojrzałości, jako kipiący tygiel ludzi krążących ulicami od rana do nocy. To było miasto stosunkowo młodych, pełnych werwy i żywotności mieszkańców. W niedzielę rano też było rojno od pracowników fabryk włókienniczych wracających z nocnej zmiany. Zaraz potem pojawiały się grupki wiernych idących na ranną mszę św. do kościołów.

Można wysnuwać różne wnioski. To chyba skutek upadku przemysłu. Nie ma już „Piasta” zatrudniającego około dwóch tysięcy pracowników, nie ma „Argopolu”, „Terenówki” w Głuszycy Górnej, DMW w Grzmiącej. Dawna „Indriana” ratuje jeszcze sytuację, zatrudniając ponad dwieście osób, zaś „Nortech” ledwie „robi bokami”. W mieście nie ma pracy, bo nie ma dużych zakładów, we wsi nie ma pracy, bo rolnictwo stało się nieopłacalne. Można też szukać przyczyn w skutkach przemian ustrojowych po upadku PRL-u w latach dziewięćdziesiątych, a także w zmianach mentalności ludzi. Mamy dziś wolne soboty i niedziele, pracujemy mniej niż dawniej, koncentrujemy się bardziej na sprawach osobistych, domowych, mniej na społecznych, zawodowych. Wiadomo, że z miasta wyemigrowała młodzież i ludzie młodzi, czynni zawodowo w poszukiwaniu pracy w dużych ośrodkach lub za granicą. Głuszyca stała się miastem emerytów i rencistów oraz bezrobotnych, dla których znalezienie stałej pracy jest z różnych powodów rzeczą nieosiągalną.

Głuszyca to nie jest to samo miasto, co kilkadziesiąt lat temu. Czy oznacza to, że powinniśmy upaść na kolana, rozdzierać szaty i wołać o pomstę do nieba? Jestem pewien, że nie. To że wczesnym rankiem w wolne soboty i niedziele nie ma ludzi na ulicach, nie oznacza że miasto umarło. Ono po prostu śpi, korzystając z weekendu.

Obudzić je może ruch inwestycyjny, poczynając od budownictwa mieszkaniowego (co już ma miejsce), a na rzemieślniczo-usługowym kończąc. Obudzić je może ruch turystyczny i sportowy (strefa MTB), wyciągi narciarskie, trasy narciarstwa biegowego. A w okolicznych wsiach – agroturystyka, drobne rzemiosło i usługi ukierunkowane na turystę lub wczasowicza. Mamy do tego dobre warunki, trzeba robić wszystko by je należycie wykorzystać. Głuszyca już się nie stanie – tak jak w drugiej połowie XIX wieku – miastem przemysłowym, bo czasy się zmieniły. Ale może się stać pięknym miasteczkiem, przyciągającym turystów i wczasowiczów położeniem krajobrazowym, urzekającą przyrodą, świeżym powietrzem i wodą. Jeśli uda się zrealizować plan rewitalizacyjny miasta i dobrze wykorzystać atrakcje turystyczne, na czele z podziemnym miastem Osówka, Głuszyca odżyje na nowo, a w weekendowe poranki nie będzie tak pusto i głucho na ulicy Grunwaldzkiej. Tak właśnie sobie rozmyślam na niedzielnym spacerze rankiem w cichym, bezludnym, pustym centrum miasteczka. Mówią, że myślenie ma przyszłość…

Stanisław Michalik

Tagi: