Złoty pociąg to preludium w odtajnieniu tajemnic wojennych Wałbrzycha

Polecamy14 kwietnia, 2017

stanislaw michalik 

 

 

 

 

 

 

Chcę ponownie odtworzyć gorącą atmosferę sprzed niespełna dwóch lat, kiedy to wieść o próbie odkrycia w zasypanym tunelu kolejowym w Wałbrzychu pociągu z wywiezionym przez Niemców pod koniec wojny „złotem Wrocławia” obiegła cały świat. To właśnie wtedy Wałbrzych stał się najważniejszym miastem w świecie medialnym. Zainteresowanie podjętą próbą odkrycia ukrytego pod ziemią „złotego pociągu” sięgało zenitu, kiedy to w październiku 2015 roku do Wałbrzycha przyjechał Piotr Żelazny, dziennikarz warszawskiej gazety „Rzeczpospolita”. Dokonał on wnikliwej, można powiedzieć laboratoryjnej analizy zjawiska pod nazwą „złoty pociąg”, był wszędzie gdzie uznał to za konieczne, przeprowadził rozmowy z wieloma osobami związanymi z sensacyjną próbą odkrycia pociągu, a plonem jego penetracji okazał się sążnisty artykuł w „Rzeczpospolitej” pod tytułem „Dwa, może nawet cztery pociągi”.

Piotr Żelazny pokazał w swym artykule całą złożoność tematu. Znajdujemy w nim nie tylko interesujące szczegóły związane z poszukiwaniami ukrytego pociągu, ale przy okazji dowiadujemy się o wielu innych tajemnicach Wałbrzycha i ziemi wałbrzyskiej. Znaczące miejsce zajmuje w nim problematyka związana z kompleksem „Riese” w Górach Sowich jak również sukcesy odkrywcze Łukasza Kazka, jeśli chodzi o pamiątki z czasów wojny i pierwszych lat powojennych Walimia i okolic. Dziennikarz przeprowadził wiele rozmów z ludźmi zaangażowanymi w poszukiwania „złotego pociągu”, ale przy okazji postarał się pokazać Czytelnikom realny obraz Wałbrzycha, miasta które znalazło się na ustach całego świata.

Wiem, że wielu z Czytelników Tygodnika DB 2010 nie miało okazji dotrzeć do tego interesującego materiału. Zacytuję więc dziś końcowe fragmenty tekstu, zwłaszcza że jak z niego wynika, miałem w tym swój maleńki udział. Żywię nadzieję, że okaże się to interesujące.

Oto końcowe fragmenty artykułu Piotra Żeleznego w „Rzeczpospolitej”:

Swoje dołożyli też radzieccy żołnierze, którzy na tych terenach stacjonowali długo. Zamek Książ zajmowali przez półtora roku po zakończeniu wojny. Czego nie zniszczyła przebudowa zamku na kwaterę Hitlera, dokończyli Rosjanie. To oni mieli dostęp do podziemi i są tacy w Wałbrzychu, którzy twierdzą, że już niczego cennego się tam nie znajdzie. – Nie jest przypadkiem, że pod koniec kwietnia 1945 roku komendantem wojennym Wałbrzycha został ulubieniec Stalina, bohater bitwy pod Stalingradem Paweł Iwanowicz Batow. We Wrocławiu, który przecież był największym miastem regionu, jako komendanta ustanowiono jakiegoś majora. Do Wałbrzycha wysłano generała wraz z 17 tys. żołnierzy – mówi autor książki „Wałbrzyskie powaby” i miłośnik regionu Stanisław Michalik. – Co Rosjanie robili przez ten czas, gdy zajmowali zamek i mieli nieograniczony dostęp do podziemi, możemy tylko się domyślać.

W latach 1992–1998 okolicą wstrząsnęła seria kolejnych tajemniczych wydarzeń, które dziś są owiane złą legendą. – Na Wałbrzychu popełniono zbrodnię na początku lat 90. W bardzo krótkim czasie zlikwidowano praktycznie cały przemysł. Oczywiście byli też beneficjenci zamykania kopalni. W Boguszowie-Gorcach była jedyna w Polsce i Europie kopalnia barytu. Ktoś musiał mieć interes, by sprowadzać baryt z zagranicy. Trzeba pamiętać, że złoża wałbrzyskie były trudne do eksploatacji. Były dyrektor kopalni w Nowej Rudzie przekonywał mnie jednak, że złoże pod górą Chełmiec ma więcej węgla niż cała Jastrzębska Spółka. Te podkłady są trudne, ale tam są. Być może jeszcze węgiel będzie przyszłością miasta i okolicy – mówi Robert Radczak, właściciel i redaktor naczelny lokalnej gazety „DB 2010″.

Z Radczakiem i Stanisławem Michalikiem spotkaliśmy się w małym browarze przy zamku Jedlinka, w oddalonej o 10 minut jazdy samochodem miejscowości Jedlina-Zdrój. Wokół Wałbrzycha jest wiele uzdrowisk i sanatoriów, piękne Góry Sowie. Widok nie pasuje do obiegowej opinii o Wałbrzychu – mieście brudnym, szarym, z problemami.

– Jedną z największych tajemnic i legend Wałbrzycha jest likwidacja przemysłu węglowego. Mówiono, że złoża są na wyczerpaniu, że węgiel jest niskiej jakości, a koszty wydobycia zbyt wysokie – wspomina Michalik. – A węgiel w Wałbrzychu i okolicach to w dużej mierze antracyt, jeden z najlepszych. Gdy zamykano kopalnie, akurat kończono wielką inwestycję górniczą: szyb Kopernik. Faktycznie było to połączenie trzech kopalni w jedną. Szyb miał usprawnić wydobycie, zmniejszyć koszty i zwiększyć bezpieczeństwo. Kosztował kolosalne pieniądze, dziś już nawet boję się spekulować, jak duże. To była tak naprawdę pierwsza inwestycja na taką skalę, bo wcześniej ograniczano się właściwie tylko do eksploatowania tego, co zostawili po sobie Niemcy.

Do Wałbrzycha przylgnęła więc opinia miasta zaniedbanego, o ogromnym bezrobociu, które na czołówki gazet trafiało nie z powodu legend, tylko biedaszybów. – Problemy narastały w miarę kurczenia się rynku pracy. Przełom wieków to był moment krytyczny. Biedaszyby rzeczywiście w Wałbrzychu funkcjonowały. I to na polu oddalonym o 500 metrów od centrum miasta – tłumaczy Radczak. – Osoby wydobywające w nich węgiel należy podzielić na trzy grupy. Pierwsza: bezrobotni z kręgu wykluczenia. Szli zarobić kilka groszy na wino. Druga: osoby, które kopały regularnie, sprzedawały węgiel hurtownikom przyjeżdżającym z całej Polski samochodami. To było ich źródło utrzymania, i to niezłego. Trzecia grupa to emeryci, którzy przychodzili dorabiać. Pierwszą osobą, która zginęła w biedaszybie, był starszy pan, który chciał zarobić na opony zimowe do samochodu.

W pewnym momencie mówiło się, że biedaszybami zarządza mafia. – Przede wszystkim należy jednak zwrócić uwagę, że węgiel wydobywało w nich 3,5 tys. ludzi. To cała armia. Tylu górników mają regularne kopalnie. Co świadczy tylko o jednym: węgiel wciąż w Wałbrzychu jest – mówi inny lokalny dziennikarz Jacek Zych.

– Od jakiegoś czasu miasto się jednak w niesamowitym tempie podnosi. Przez pięć lat wykonano ogrom pracy. Prezydent Roman Szełemej został wybrany na kolejną kadencję, dostał 82 proc. głosów. A lepszej promocji dla miast i regionu niż „złoty pociąg” nie można było sobie wyobrazić.

Zamek Książ i Stara Kopalnia – dwie najważniejsze atrakcje turystyczne miasta – przeżywają oblężenie. Zagraniczni dziennikarze, którzy nie mogą przecież codziennie podawać informacji o tym, że pociąg wciąż jest pod ziemią, zrobili już materiały o zamku Książ, rodzinie Hochbergów i księżnej Daisy, której jeden syn walczył w armii angielskiej, a drugi polskiej. Pociąg wciąż stoi zasypany na 65. kilometrze. Wszyscy w Wałbrzychu to wiedzą od dawna. W końcu jednak dowiedział się o tym także świat”.

Czy sensacja ze „złotym pociągiem” stanie się preludium do odkrycia wieli innych tajemnic Wałbrzycha? Czas pokaże. Co do tego wydawałoby się pozytywnego trendu najważniejszy w Wałbrzychu badacz i odkrywca tajemnic wojennych, Tomasz Jurek ma uzasadnione wątpliwości. Cytuję jego komentarz do mojego felietonu zamieszczony na facebooku:

„Ostatnio zostało odrzucone, bez jakiejkolwiek obiektywnej oceny merytorycznej i jakiegokolwiek kontaktu, dziewięć zgłoszeń SDGB o ukrytych obiektach na terenie miasta Wałbrzycha. W tym – podziemnej sieci tuneli kolejowych pod miastem Waldenburg (na co posiadam kopie dokumentów). Tak więc będzie preludium, ale o kilka stopni wyżej w hierarchii urzędniczej”.

Ja też tak myślę, że wreszcie dotrze do urzędników świadomość, że odkrycie tajemnic wojennych Wałbrzycha może przynieść miastu ogromne korzyści promocyjne. Trzeba koniecznie korzystać z dobrego klimatu wokół tej sprawy, z wiedzy i doświadczeń takich ludzi jak Tomasz Jurek i inni liczni pasjonaci Dolnośląskiej Grupy Poszukiwawczej pokąd jeszcze są w stanie pomóc i wykazują dobrą wolę.

Stanisław Michalik

Tagi: ,