Mój ci on, czy nie?

Polecamy13 kwietnia, 2017

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

W poniedziałek, 27 marca br., na stronie internetowej Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu znalazłem komunikat oficera prasowego – podkomisarz Joanny Żygłowicz, w którym informowała o kolejnym sukcesie wałbrzyskiej policji. Otóż w sobotę, czyli 25 marca, tymczasowo aresztowany został 26-latek, który wpadł CHWILĘ PO TYM, jak próbował wyłudzić od trzech starszych osób kilkadziesiąt tysięcy złotych, podając się za krewnego lub policjanta, co miało miejsce 22 marca. – Nad sprawą pracowali policjanci z Komisariatu II Policji w Wałbrzychu, wspólnie z funkcjonariuszami zajmującymi się zwalczaniem przestępczości przeciwko mieniu i Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu. Dzięki wnikliwym i trafnym ustaleniom stróże prawa szybko wpadli na trop osoby mogącej mieć związek z tym procederem – relacjonuje oficer prasowy.

Jeżeli sprawy faktycznie tak się miały, to muszę ostrzec mieszkańców Wałbrzycha, że na wolności hasa kolejny amator cudzych pieniędzy, działający również metodą na policjanta, a więc miejcie się na baczności, bo policjantom na razie chyba umknął. Wiem o tym doskonale, ponieważ sam stałem się obiektem jego ataku. Rzecz miała się następująco: 23 marca około godz. 12.23 zadzwonił do mnie osobnik podający się za funkcjonariusza policji „z komendy mieszczącej się przy Mazowieckiej 2” o nazwisku „Andrzej Dąbrowski” i numerze identyfikacyjnym „204482”. Poinformował mnie, że przestępcy zatrudnieni w dwóch bankach mają skan mojego dowodu osobistego i wyciąg z konta, o czym policja się dowiedziała, a ponieważ planują pobrać moje pieniądze, to policja podjęła akcję, aby je dla mnie uratować. W tym celu musi oczywiście zabezpieczyć pieniądze, które znajdują się w moim mieszkaniu. Niestety, nie mam tu możliwości przytoczenia całej rozmowy, którą ów „policjant” ze mną przeprowadził, więc ograniczę się jedynie do spraw najważniejszych.

Oczywiście już po kilkunastu sekundach rozmowy wiedziałem, że mam do czynienia z oszustem, więc szybciutko rozmowę nagłośniłem i uruchomiłem mój reporterski dyktafon. „Andrzej Dąbrowski” poinformował mnie, że kiedy usłyszę „dźwięk rozłączenia” w telefonie, mam – nie rozłączając się – od razu wybrać nr 997, aby sprawdzić podane przez niego dane. To bardzo prymitywny chwyt i chyba tylko bardzo naiwni na to „nie rozłączenie” się nabierają. Oczywiście połączenie przerwałem – wiedząc, że za chwilę i tak do mnie zadzwoni – i z telefonu komórkowego sam zadzwoniłem na 997, łącząc się z dyżurnym oficerem Komendy Miejskiej Policji. Poinformowałem go o tym, co się dzieje i poprosiłem, aby się nie wyłączał, to będzie słyszał moją rozmowę z oszustem, albowiem włączę funkcję „głośnego mówienia”. Pan dyżurny szybko załapał o co chodzi i zdążył mi tylko powiedzieć, że oni właśnie „nad tym” pracują. Ponieważ rozmawiając z dyżurnym KMP jednocześnie wykonywałem inne czynności, dla ułatwienia rozmowy z dyżurnym włączyłem też „głośne mówienie” w moim telefonie komórkowym, co chwilę później okazało się fatalnym błędem. Moim błędem, bo po odebraniu połączenia z telefonu stacjonarnego, zapomniałem tę funkcję wyłączyć. Ponieważ telefon ten „dzwonił” już od kilku dobrych sekund, włączyłem odbiór głośno mówiący i rozpocząłem uzgadnianie dalszych czynności z rzekomym policjantem. W pewnym momencie, kiedy oszust udzielał mi instrukcji, odszedłem na chwilę od aparatu i zapytałem się cichutko dyżurnego, czy wszystko słyszy, a kiedy potwierdził, powróciłem z komórką w ręku w miejsce, gdzie leżał telefon stacjonarny i dyktafon. I wtedy dyżurny odezwał się, że już wysyła do mnie policjantów. No i sprawa się rypła… Jeszcze przez jakiś czas starałem się ratować sytuację, ale na nic się to nie zdało, a kiedy facet zaczął być agresywny w tonie, nie wytrzymałem i – przyznaję szczerze – puściłem mu na zakończenie rozmowy niezłą wiąchę. W jakiś czas później przejechały do mnie dwie ekipy. Jedna z Komisariatu I Policji w Wałbrzychu, a druga z KMP. Opowiedziałem im całą sytuację i odtworzyłem to co nagrałem. Powiedzieli mi, że mają po raz pierwszy okazję usłyszeć głos oszusta i sposób prowadzenia przez niego rozmowy, co jest dla nich bardzo ważne. Mogli też usłyszeć głos jego wspólniczki, która (nieudolnie bardzo) odgrywała rolę policjantki z „997”. Poinformowali mnie, że przyjedzie do mnie inny policjant, przyjąć zawiadomienie i spisać zeznanie, a ja zadeklarowałem, że przekażę mu jako dowód rzeczowy płytę CD z nagraną rozmową. Faktycznie, po około 3 godzinach miałem kolejną wizytę policjanta i w trakcie zapisywania moich zeznań, odezwał się telefon stacjonarny. Okazało się, że zadzwoni oszust, który nabluzgał mi ile wlezie, zarzucając mi między innymi, że tacy jak ja zamordowali ks. Popiełuszkę – taki z niego wierny katolik wyszedł – oraz informując mnie, że obrzydzi mi życie ciągłymi telefonami. No i oczywiście złożył mi groźby dotyczące mnie samego, mojej żony, dzieci i matki, czego świadkiem był funkcjonariusz spisujący moje zeznania.

Podczas rozmowy z tym miłym bardzo policjantem, dowiedziałem się, że przestępcy w nosie mają obowiązek rejestracji kart startowych telefonów komórkowych i posługują się zakupionymi za granicą, dlatego też trudno ich namierzyć. Wyraziłem więc przekonanie, że znając czas połączeń oraz numer mojego telefonu stacjonarnego, nie będzie chyba trudno na BTS-ach wyłapać to połączenie i ustalić przybliżoną lokalizację dzwoniącego. A to w śledztwie będzie na pewno bardzo przydatne. Po wyjściu policjanta, facet dzwonił do mnie jeszcze chyba z 9 albo 10 razy, a ostanie połączenie miało miejsce około 21-szej. Oczywiście za każdym razem odbierałem, aby połączenie zostało zarejestrowane. Rano pojechałem do Komisariatu I i przekazałem o tym informację wyrażając nadzieję, że przyda się ona do ustalenia trasy, jaką się oszust przemieszczał, a być może i miejsca zamieszkania, bo ostatni telefon najprawdopodobniej wykonał z miejsca gdzie mieszka.

Po kilku dniach przeczytałem, że oszust wpadł w ręce policjantów, ale – jak wspomniałem na wstępie – musi to być inna osoba, albowiem tego zatrzymanego policjanci dopadli „w chwilę po tym, jak próbował wyłudzić” od trzech osób pieniądze, co miało miejsce 22 marca, a ten „mój” dzwonił do mnie w dniu następnym. No i policjanci zatrzymali tylko jego, a z tym „moim” współpracowała jakaś dziewczyna, której głos również nagrałem, co stanowić powinno żelazny dowód jej współudziału. Coś mi się jednak wydaje, że ten „mój”, to ten sam, który został zatrzymany, ale przekonam się o tym, kiedy zostanę wezwany do prokuratury lub sądu w charakterze świadka. A wtedy będę miał niezły ubaw, kiedy okaże się, że pani oficer prasowej KMP przez usta nie mogło przejść moje nazwisko i podziękowania mi za dostarczenie twardego dowodu winy. Ale może nie mam racji i z góry się czepiam. Jednakże w takim przypadku oznaczać to będzie, że „mój” oszust jest na wolności i będę się zastanawiał, czy nie wystąpić o policyjną ochronę. Wszak mój adres zna i groźby wobec mnie stosował. Fajnie będzie chodzić z policyjną obstawą do czasu, aż tego „mojego” nie złapią.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,