W tył zwrot!

Polecamy6 kwietnia, 2017

 

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

O polskim sarmatyzmie napisano już wiele. Trzeba wracać do tego tematu, bo jest taka potrzeba, zwłaszcza w takim momencie, kiedy Sejm zdominowany przez „przewodnią siłę narodu” o złudnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość podejmuje kroki, które stanowią lustrzane odbicie czasów sarmackiej Rzeczpospolitej.

Sięgam zatem do historycznej książki „Pamiątki Soplicy”. Znajduję w niej 25 opowiadań znakomitego gawędziarza Seweryna Soplicy, cześnika parnawskiego, które zebrał i opracował do druku nieco później żyjący cioteczny wnuk po mieczu Radziwiłła Panie Kochanku, po kądzieli Tadeusza Rejtana – Henryk Rzewuski. Podobnie jak w słynnych „Pamiętnikach” Jana Chryzostoma Paska, mamy w tej książce z życia wzięty, realistyczny i wymowny obraz ówczesnej szlachty polskiej, przenikniętej do szpiku kości sarmackim duchem sobiepaństwa i prywaty. Do czego to doprowadziło – wszyscy wiemy z lekcji historii. Ale o upadek olbrzymiej Rzeczpospolitej od morza Czarnego do Bałtyckiego skłonni jesteśmy winić wszystkich innych, najczęściej naszych zaborców: Rosję, Prusy i Austrię, byle tylko nie siebie samych. Dokładne prześledzenie losów Polski od konfederacji barskiej do targowickiej może przyprawić o ból głowy i żołądka. Aż dziw bierze, że nikt temu, co się działo na skutek wewnętrznej, ustawicznej, destrukcyjnej wojny o władzę, nie potrafił postawić tamy. A był to świat w każdym calu stanowy. Rządził nim egoizm warstw posiadających, które na swój użytek wykształciły prawa i obyczaje, normy moralne i reguły życia codziennego im właśnie służące. Liczyli się tylko „ dobrze urodzeni”, osoby herbowej kasty „błękitnej krwi”, reszta to masa poddanych, wprawdzie już nie niewolnicy, ale wasale całkowicie zależni od swych mocodawców.

Skąd my to dzisiaj znamy? Czy w obserwacji współczesnej sceny politycznej nie widzimy z tamtym światem wyraźnych paranteli?

W ograniczonym do „urodzonych” świecie panowała pozorna równość. Mówi się o niej nieustannie, powtarza do znudzenia, zachłystuje się nią szlachecka „gołota”. „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Nobilitacja tej równości (dziś byśmy dodali do tego – wolności i demokracji) przynosiła namacalne korzyści, pozwalała sterować masami wyborców pod dyktando własnych interesów. Złudność ówczesnej równości szlacheckiej razi każdego myślącego obserwatora tak samo, jak złudność naszej upartyjnionej demokracji. Dawniej pozwalała ona wyższemu stanowi czerpać korzyści i apanaże, dziś służy wąskiej grupie „arystokracji politycznej” rozgrywającej między sobą swe polityczne boje o władzę, a więc o płynące stąd zaszczyty i pieniądze.

Kariera Soplicy, który wspina się od zaścianka do zasobnej egzystencji na kilku tłustych folwarkach, jako żywo odzwierciedla kariery wielu naszych współczesnych polityków, usłużnych wobec liderów partyjnych. Rozpoczął Soplica od pokojowca Ogińskich, potem jako pełnomocnik sądowy i klient Radziwiłłów, był zawsze uległy i posłuszny, padający do nóg, ściskający za kolana swoich dobrodziejów i protektorów. Seweryn Soplica, typowy sarmacki warchoł i gawędziarz jest klasycznym przedstawicielem mas szlacheckich ówczesnej Nowogródczyzny. Wszystko co o nim wiemy da się odnieść do środowiska, w którym żyje, które go ukształtowało i któremu pozostaje wierny. W przeciwieństwie do ówczesnych młodych romantyków, takich jak Zan, Mickiewicz, uważa on swój zastany i dobrze rozpoznany świat za wspaniały, nie widzi potrzeby „by ruszyć z posad bryłę świata”. Pomaga mu w tym ugruntowany światopogląd Polaka – katolika. Nic więc dziwnego, że był najgorętszym propagatorem konfederacji barskiej. Nieskomplikowana mądrość życiowa zawarta w maksymie: „czyj się chleb je, tego bronić trzeba”, stanowiła główną wskazówkę postępowania Sopliców wobec Radziwiłłów. I nie było to efektem cynizmu, czy wyrachowania. Gmin szlachecki, choć w teorii i we własnym mniemaniu równy wojewodzie, w praktyce uważał magnata za istotę nieporównywalnie wyższą, szczerze go uwielbiał i równie szczerze ubierał w wyimaginowane cnoty.

Czy trzeba szukać ze świeczką przykładów w naszym współczesnym świecie politycznym takiego płaskiego wazeliniarstwa? Tylko że dziś nie da się powiedzieć, że nie ma w tym cynizmu i wyrachowania. Nasz współczesny ogół wyborców niewiele się różni od sarmackiego. Tak samo jest bezkrytyczny i naiwny, ulega zbyt łatwo propagandowym sztuczkom bilbordów, medialnym trikom i sloganom. Jako dobry Polak – katolik jest też ślepo posłuszny wskazaniom przewodników duchowych Kościoła Katolickiego. Nie będę się rozwodził o ordynacji wyborczej, dokumencie perfidnie ułożonym przez naszych wybrańców, którzy okazali się na tyle inteligentni, by zbudować fundamenty do swojej nieusuwalności (aż do śmierci).

Najważniejszy obecnie w kraju poseł, prezes partii rządzącej PiS, który od lat w sondażach opinii publicznej zajmuje czołowe miejsca polityka „cieszącego się” najmniejszym zaufaniem społecznym, ośmiela się publicznie nazwać „ludzkim panem”, a ci, którzy go nie popierają, to po prostu zdrajcy, albo też komuniści i złodzieje, słowem motłoch „gorszego sortu”. On panisko „pierwszego sortu” może mówić co mu się podoba i robić to co chce, bo jest „szarą eminencją” utożsamianą z I Sekretarzem PZPR, partii komunistycznej, którą potępia od lat, od której się odżegnuje. To jest w jego mniemaniu prawo i sprawiedliwość, to jest wolność i demokracja.

Z inicjatywy posłów PiS-u Sejm podjął pracę nad uchwałą zobowiązującą cały kraj do uczczenia rocznicy objawień fatimskich. Po co nam Polakom potrzebny cud fatimski skoro mamy u siebie święte miejsca kultu religijnego? A ponadto jest to domena kościoła, a nie Sejmu, który konstytucyjnie winien być organem świeckim. Dominikanin, ojciec Paweł Gużyński nie waha się określić tej inicjatywy jako dewocyjnego idiotyzmu.

– Zaściankowość, przaśność, buraczaność jest naszą wadą w kościele, społeczeństwie i polityce. Z braku ogłady próbujemy robić cnotę. Dlatego właśnie ktoś zaraz, mówiącemu te słowa, przyklei łatkę wroga kościoła i zdrajcy ojczyzny. Trudno Polakom krytycznie spojrzeć na siebie – mówi ojciec Paweł Gużyński.

Siedzę sobie przed telewizorem i jak kania dżdżu wyczekuję dobrej zmiany, przeglądam gazety, czytam komentarze, chłonę powiew nowego. I czuję jakbym znów znalazł się w PRL. Ten sam styl wypowiedzi, pogardliwy sposób odnoszenia się do ludzi, traktowania poprzedników jak zdrajców, pozbawianie ludzi stanowisk, wyrzucanie na bruk, bezzasadne oskarżenia, deptanie ludzkiej godności. Ale równocześnie odżywają we mnie znane z historii obrazki dwudziestolecia międzywojennego. Najwyżsi przedstawiciele władzy z rękami złożonymi do Boga, na klęczkach przed hierarchami kościoła, całujący ich po rękach i – jak się okazuje – nieszczędzących kasy państwowej na dalszy rozwój potężnej instytucji kościelnej. Tak, to jest księżowski świat. Państwo PiS to państwo kościelne. Wypisz wymaluj. Osobliwy, ukryty przed obliczem wścibskich oczu świat stosunków wewnątrzkościelnych polskiego kleru. To oni tak się traktują, to u nich owa osobliwa hierarchia awansu, bezwzględna podległość przełożonym, zależność od ich łaskawości. Tak więc lizusostwo z jednej strony, a z drugiej umiejętność korzystania z okazji, by milczeć, by się nie wychylić, stanowią fundament funkcjonowania obecnej władzy. Świat karierowiczostwa a la PiS jest też imitacją pierwowzoru wziętego z życia sarmackiej Polski. Okazuje się, że nic nowego, wszystko to, co było, wszystko proste jak wojskowy rozkaz: w tył zwrot! I to jest ta PiS-owska „dobra zmiana”?

Stanisław Michalik

Tagi: ,