Tygodnik DB2010

Pisać każdy może

 stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

Pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej, niż wszystkim innym ludziom – napisał Tomasz Mann. Ile trzeba było lat spędzić przy biurku nad białymi, niezapisanymi arkuszami papieru, by stały się one książkami rozchwytywanymi przez czytelników? A ile czasu na medytacje, by w końcu dojść do sentencji odnotowanej na wstępie? Oto są pytania! Ponieważ pisać jest mi coraz trudniej, wniosek nasuwa się sam – jestem pisarzem. Ale od razu proszę Was posądzających mnie w tym momencie o megalomanię, poczekajcie z tym osądem do końca tego felietonu.

Być pisarzem, to było moje marzenie od dziecka. Zrodziło się wtedy, gdy do moich rąk trafiła książka nie byle jaka, a mam ją do dziś i skrywam jak talizman, choć to książka, którą dzisiejsza „Święta Inkwizycja”, zwana dla niepoznaki IPN-em, skazała by na spalenie na stosie. To jeden z pierwszych powojennych podręczników do nauki języka polskiego, wydany w 1946 roku przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie, a nosi tytuł „Nie rzucim ziemi… Czytanka do użytku kursów dla dorosłych na Ziemiach Odzyskanych”. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie jest to książka przesiąknięta do reszty ideologią komunizmu. Wręcz odwrotnie – można by się z niej uczyć patriotyzmu, szacunku dla mowy ojczystej, dla wielkich twórców polskiej literatury. Poczesne miejsce w niej zajmują i Mickiewicz, i Słowacki, i Sienkiewicz, i Żeromski, i Maria Konopnicka, i wielu jeszcze innych znanych pisarzy polskich. Są to oczywiście wypisy, które – jak pisze we wstępie wydawca – mają służyć „jako pomoc nauczycielowi kursów dla dorosłych w doborze odpowiednich tematów. Które czytanki nauczyciel wykorzysta, jako materiał pomocniczy dla siebie, a które przeznaczy bezpośrednio dla słuchaczy – zależeć będzie od jego uznania i stopnia przygotowania zespołu”. W słowie wstępnym odwołuje się wydawca do wspaniałej postaci księdza Karola Miarki, naczelnego redaktora najpopularniejszego na Górnym Śląsku w II połowie XIX wieku polskiego pisma „Katolik”, który – jako pierwszy – zaszczepił w sercach i głowach Polaków poczucie wspólnoty narodowościowej z Polakami w zaborze rosyjskim i austriackim oraz nieprzepartą wolę walki o niepodległość, o powrót do Macierzy. Nosi to w historii nazwę – Odrodzenie narodowościowe Polaków na Górnym Śląsku. Motto książki stanowi wiersz Leopolda Staffa, „Mowa ojczysta”, zaczynający się od słów: „Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta, święta mowo”. Nie będę się rozwodził na temat treści książki, jest ona przebogata w teksty lub wycinki tekstów literackich i publicystycznych, najlepsze wiersze i pieśni patriotyczne, są też fragmenty przemówień i artykułów prasowych o charakterze politycznym. Jest rzeczą jasną, że idea przewodnia książki wynikała z sytuacji politycznej ówczesnej Polski, a powrót ziem zachodnich do Polski, uznają jej autorzy za spełnienie się sprawiedliwości dziejowej.

Książka ta znalazła się w moich rękach, gdy byłem w czwartej, piątej klasie szkoły powszechnej. Uczyłem się z niej czytać, ale czytać ze zrozumieniem, czego tak brakuje dzisiejszym politykom. Największe wrażenie zrobiły na mnie wiersze „Boże coś Polskę” Feliksa Felińskiego (Tak, był ten wiersz w tym podręczniku, bo znalazło się w nim prawie wszystko, co było w podtekście antyniemieckie), „Śmierć Pułkownika” Adama Mickiewicza o wodzu powstańców – Emilii Plater, „Pozdrowienie z Tatr” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Oj, śliczna ta ziemia, to nasze Mazowsze” Teofila Lenartowicza, „Daremne żale” Adama Asnyka, „Koncert Jankiela” z „Pana Tadeusza”, którego fragmenty znam jeszcze na pamięć, był cały „Janko Muzykant”, czytany przeze mnie wielokroć i zroszony łzami, była „Pieśń o żołnierzach Westerplatte” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, a także „Co mi tam troski” Władysława Broniewskiego. I jak można się spodziewać książkę zamyka: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…, czyli nieśmiertelna „Rota” – Marii Konopnickiej.

Z tej książki zapamiętałem ustęp opowiadania Zofii Kossak-Szczuckiej, ”Mazur z zagranicy”, w którym mała dziewczynka z Mazur, Greta, zaśpiewała w śląskiej gospodzie zamiast „Ich habe einen Garten”, polską piosenkę:

 

„Stoi najmilejsy, gdzie roza przekwita,

Tam jego najmilsa w złotej księdze cyta

Lubenko, lubenko, uchyl mi okienko,

Co jesce obace, gdzie twoje ocenko.

W okienku stojała, śneptuskiem kiwała,

Wróć się, mój namilsy, bede cie kochała…”

 

Do dziś jeszcze nie doszedłem do tego, co znaczy mazurskie „śneptuskiem”, ale bardzo mi się to słowo spodobało.

Przyszedł później czas na czytanie wielu innych książek, ale ta pierwsza zapadła na długo w pamięci. Te dziecięce, a potem młodzieńcze kontakty z literaturą miały wpływ na całe moje życie, choć – jak łatwo się domyśleć – dawne marzenia o powtórzeniu drogi Żeromskiego lub Reymonta spaliły na panewce. Tych dwóch pisarzy cenię sobie szczególnie, Żeromskiego ze względu na „Dzienniki”, a Reymonta za „Chłopów” i „Ziemię obiecaną”. A poza tym ich życiorysy są mi bardzo bliskie. Zawód nauczyciela pochłonął mnie bez reszty, potem był epizod działalności samorządowej, lata prysły jak bańka mydlana. I wtedy, gdy znalazłem się na bocznym torze życia publicznego, zdałem sobie sprawę z tego, że przecież coś z tych marzeń może się spełnić. Nie ukrywam. Największą zachętą stała się możliwość swobodnego pisania na ekranie monitora i dokonywania korekt w napisanym tekście. Był czas, kiedy wydawało mi się to bardzo łatwe. Pisywałem więc coraz więcej. Wziąłem sobie do serca sentencję, że pisać każdy może… trochę lepiej lub gorzej. Rzecz w tym, by znaleźć czytelników. Już prawie 6 lat prowadzę blog internetowy, w którym koncentruję się na ukazywaniu ciekawostek z historii oraz piękna przyrody i krajobrazów naszego regionu. I to jest trafny wybór. Wielu z nas żyjących tu, na ziemi wałbrzyskiej, czuje potrzebę jej bliższego poznania. Kiedy zaś zdałem sobie sprawę z tego, że bez pisania nie mogę żyć i że warto byłoby to wszystko utrwalić w formie książkowej, zacząłem się bawić w pisanie książek. Ale pisanie przychodzi mi coraz trudniej. Tak więc idąc za złotą myślą Tomasza Manna – chyba mogę się uznać pisarzem, przynajmniej regionalnym.

I co Wy na to moi wierni Czytelnicy? Kocham Was, bo inaczej moje pisanie nie miałoby sensu. Najchętniej pokiwałbym do Was, moje lubenki, śneptuskiem, tylko że nie jestem nadal pewien, czy to jest chusteczka haftowana, czy coś innego… A poza tym druga część tego słowa może wywołać dziś u protagonistów Małego Kaprala z Żoliborza uczucia ambiwalentne.

Stanisław Michalik

Tags: ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej