Wyrok uchylony

Polecamy8 marca, 2017

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Kiedy 27 lutego 2017 r. wchodziłem do sali rozpraw Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, gdzieś z tyłu głowy miałem przekonanie, że wyrok tego sądu dla dwóch byłych wałbrzyskich policjantów może być tylko niekorzystny, albowiem logika aktu oskarżenia była nieubłagana. Wprawdzie materiał dowodowy zebrany i przedstawiony przez prokuraturę nie był tego rodzaju, że jednoznacznie wskazywał na któregoś z nich, ale zebrane w nich poszlaki, wskazujące na fakt, główny, były naprawdę wyjątkowo silne, ponieważ wysoce spójne, logiczne, przez co tworzyły sobą mocny łańcuch, którego obrona, ani Sąd Okręgowy w Świdnicy, nie byli w stanie rozerwać. Wprawdzie sąd ten, tak jak i obrońcy, podnosił, że proces toczący się w sprawie śmiertelnego pobicia Piotra G. (przypomnę, miało to miejsce 9 sierpnia 2013 roku na terenie Komisariatu V Policji na Białym Kamieniu w Wałbrzychu) nie był procesem poszlakowym, ponieważ w materiale dowodowym przedstawionym przez prokuraturę, zawarte były dowody wskazujące na niewinność oskarżonych, których prokuratura jakoby nie dostrzegała. Natomiast w mojej ocenie, cały wywód oskarżenia opierał się w znacznej części na poszlakach, co jednak w niczym nie osłabiał siły oskarżenia, ponieważ przedstawione poszlaki poparte były innymi mocnymi dowodami, nie dającymi rozerwać przedstawionego ich łańcucha. Natomiast dowody wskazujące na niewinność oskarżonych faktycznie nie istniały, bo gdyby tak było, to wystarczyłby tylko jeden taki twardy dowód, a oskarżenie ległoby w gruzach. Wprawdzie Sąd Okręgowy w Świdnicy oskarżonych uniewinnił, ale uczynił to na podstawie dosyć „pokrętnego” wywodu, którego celem była jedynie próba osłabienia siły przedstawionych poszlak i dowodów winy, niż przez wskazanie wspomnianego twardego dowodu. Sąd go nie wskazał i nie uczynili tego na rozprawie apelacyjnej obrońcy oskarżonych.

Mowom obrończym przysłuchiwałem się z bardzo mieszanymi uczuciami, albowiem (w mojej ocenie) były one żenujące słabe. Zdaję sobie sprawę, że adwokaci oskarżonych zmuszeni byli do różnych przedziwnych konstrukcji myślowych, bo zmuszał ich do tego całkowity brak rzeczowych argumentów (czyli twardych dowodów niewinności) pozwalających na rozerwanie spójnego łańcucha poszlak i dowodów przedstawionych przez oskarżycieli. Cóż, taka jest rola obrońców, że z całych sił starają się zawsze wykazać, że białe to czarne i na odwrót, ale jest pewna granica, której – tak mi się wydaje – nikomu nie wolno przekraczać. A w tym przypadku chyba została ona przekroczona, kiedy jeden z obrońców zaczął przekonywać skład orzekający (trzech sędziów zawodowych), że w zasadzie istnieje tylko jeden istotny dowód w tej sprawie, a mianowicie to, że Piotr G. po upływie siedmiu minut po opuszczeniu komisariatu, wykonał kilka połączeń telefonicznych do swoich znajomych. Według pana mecenasa nie ma natomiast żadnego dowodu, wskazującego na treść tych rozmów, przez co pan mecenas dopuścił się do dezawuowania osób świadków, którzy akurat to, co im Piotr G. powiedział, przedstawili dokładnie podczas pierwszego przesłuchania. Wygląda na to, że dla tego obrońcy, wiary tym zeznaniom dać nie można, bo kim owi świadkowie są? Kolegami pobitego, z którymi on na pewno wódkę po bramach pijał – nie zostało to w ten sposób wyartykułowane, ale jak inaczej rozumieć twierdzenie, że nie ma dowodów wskazujących na treść rozmów telefonicznych pomiędzy Piotrem G., a jego znajomymi?

Nie mam tu miejsca na przytoczenie innych wywodów zawartych w mowach obrończych panów mecenasów, bo ważniejsze od wszystkiego jest to, co w ustnym uzasadnieniu wyroku zawarł sąd apelacyjny. Otóż sąd ten w pierwszej kolejności podkreślił mocno, że właśnie treść rozmów prowadzonych już od siódmej minuty po wyjściu z komisariatu, dla określenia winy oskarżonych, ma zasadnicze znaczenie. Piotr G., skarżył się, że bolą go żebra i ma kłopoty z oddychaniem, a przeprowadzona sekcja zwłok i opinia biegłego lekarza sądowego wykazała, iż żebra miał połamane, co m.in. powodować musiało bolesne kłopoty przy oddychaniu. Obrona nie przedstawiła, żadnych dowodów na to, że do pobicia doszło pomiędzy opuszczeniem komisariatu, a wykonaniem pierwszego i kolejnych połączeń telefonicznych. Zeznania świadków konsekwentnie zawierają też informację, o tym, że Piotr G mówił, że został pobity przez policjantów, a nie jakiekolwiek inne osoby. Ponadto z zeznań jednego z funkcjonariuszy wynikało, że z jednej z kieszeni ubrania Piotr G. wyjął zegarek z urwanym paskiem, a z protokołu sekcji zwłok wynika, iż obrażenia żeber znajdują się z lewej strony. Tych dwóch niepodważalnych faktów nie można pominąć, zważywszy, że Piotr G., zegarek nosił na lewej ręce, a więc z tej strony, z której paść musiało najwięcej razów, przed którymi w jakiś sposób musiał się bronić. Gdyby do rozerwania paska doszło w innych okolicznościach (pobicie przez nieznanych sprawców w innym niż komisariat miejscu), to mało prawdopodobne jest, aby w takim momencie miał on na tyle świadomości, aby chować zegarek do kieszeni. Ponadto zegarek ten stałby się bez wątpienia łupem sprawcy, bądź sprawców, pobicia. Z zebranego materiału dowodowego wynika też, że Piotr G. nie miał przy sobie pieniędzy, więc nie był w stanie nabyć alkoholu, aby doprowadzić się do takiego stanu upojenia, że stężenie alkoholu w jego krwi wynosiło aż siedem promili. Tak wysokie stężenie, według sądu, mogło być efektem niewłaściwego pobrania, zabezpieczenia i przechowywania próbek krwi, czemu biegli nie potrafili jednoznacznie zaprzeczyć. O godzinie 18:01 jedna z kamer monitoringu osiedlowego zarejestrowała Piotra G. idącego wprawdzie krokiem chwiejnym, ale samodzielnie, co przy stężeniu siedmiu promili wydaje się raczej mało prawdopodobne. Istotne, według sądu, było też zeznanie jednego z funkcjonariuszy, który widział, że Piotr G., wychodząc z komisariatu płakał. Zdaniem sądu płacz ten nie mógł być wywołany tym, że został zabrany na komisariat, gdzie policjanci wręczyli mu mandat karny za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, bo w swoim życiu Piotr G., miał różne epizody z policją. A więc odpowiedź na pytanie o powód płaczu, nie może być rozpatrywana w oderwaniu od tego, co swoim znajomym opowiadał przez telefon. To, że ich zeznania z upływem czasu zaczęły się w różnych (ale mało istotnych dla sprawy) fragmentach różnić, nie może stanowić podstawy do ich dezawuowania, ponieważ najważniejsze dla orzeczenia mają zeznania złożone podczas pierwszego przesłuchania. A te nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Dlatego też mając to na uwadze (oraz wiele innych powodów, dla których przedstawienia nie mam tu miejsca), sąd uznał, że nie może wydać innego orzeczenia, jak te uchylające wyrok uniewinniający. Ponadto wskazał, że sąd okręgowy, w czasie ponownego rozpoznania sprawy, aby uniewinnić oskarżonych, musi wykazać w sposób nie budzący wątpliwości, że do śmiertelnego pobicia Piotra G., doszło w innych okolicznościach, niż te, na które wskazuje akt oskarżenia. A ja przypomnę tylko, że przez ponad trzy lata trwania śledztwa, koledzy oskarżonych z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu nie ujawnili nawet cienia informacji, że w tamtym czasie i w tamtej okolicy doszło do chociażby jakiejś tylko awantury, w której Piotr G. mógł uczestniczyć. Zastanawiam się, czy sąd okręgowy będzie w stanie takie nowe okoliczności w swym wyroku uwzględnić. Na razie nic nie wskazuje, aby one istniały, ale jak wiemy, cuda ponoć się zdarzają, problem tylko w tym, że ja akurat w cuda nie wierzę.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: , ,