Być uchodźcą. Losy polskich uciekinierów i zesłańców w II wojnie światowej

Polecamy15 lutego, 2017

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Od paru dni przymierzam się do tego tematu i wciąż nie wiem, jak to zrobić. Wiem, że dziś najmądrzejsze słowa, najzręczniej, najdobitniej, w najbardziej wymyślny sposób cyzelowane, odbiją się grochem o ścianę! Bo wydaje się, że o minionej wojnie światowej wszystko zostało już napisane. I zrobili to nie tacy jak ja parweniusze pióra, ale wybitni pisarze, klasycy, znawcy historii, mistrzowie słowa i wiedzy.

Właśnie, tak się wydaje, myślę że nie tylko mnie. Dotąd sądziłem, że wiem wszystko co trzeba o II wojnie światowej. Naczytałem się o tym w podręcznikach historii, w prasie, literaturze, nasłuchałem w radio i telewizji. A dzisiaj ogarnia mnie wstyd. Czuję się jak naiwny historyk, homo novus po wyższej uczelni, któremu wydawało się, że posiadł wszystkie rozumy i że już nic nie potrafi go zaskoczyć.

Mam przed sobą olbrzymią księgę, najnowszą pracę Normana Daviesa, „Szlak nadziei. Armia Andersa. Marsz przez trzy kontynenty”. A pod tytułem zdawkowa informacja: 1334 dni, 120 tys. ludzi. 12 500 kilometrów.

To łatwo się czyta, tak samo jak odnajduje na mapie i konfrontuje daty i nazwiska najważniejszych osób, znanych z podręczników historii. Znacznie trudniej jest uświadomić sobie to, co się kryje pod tymi danymi.

– Chciałem pokazać ogromną różnorodność ludzi dowodzonych przez generała Andersa, a także niezwykły wachlarz ich uczuć i przeżyć, od rezygnacji i rozpaczy, przez strach, tęsknotę, ciężkie próby i poświęcenie, aż do ulgi i nadziei – pisze wybitny historyk, Norman Davies.

– Marsz armii Andersa nie ma sobie równych w historii. Rozsypani po „nieludzkiej ziemi” Polacy stawili się na wezwanie generała Andersa, licząc na ocalenie. Przekroczyli granice Związku Sowieckiego z nadzieją, że jest to jedyna szansa na powrót do rodzinnych domów. To oni stali się namiastką wolnej Polski – czytamy w zwięzłej notatce na obwolucie książki.

Ale księga ta odsłania w sposób wstrząsający rzecz, o której niewiele wiemy. Żołnierzom towarzyszyli cywile, dzieci, kobiety, starcy. Wraz z nimi przewędrowali cały szlak bojowy. Próbowali żyć normalnie. Działały szpitale, szkoły, sierocińce. To są dziesiątki tysięcy polskich uchodźców, którzy doświadczali losów tułaczki wraz z exodusem polskiej armii. W ten sposób znaleźli się oni w obozach dla uchodźców poczynając od Uzbekistanu, Kazachstanu, poprzez Iran, Irak, Syrię, Liban, Palestynę, Egipt, a potem Bliski Wschód i Afrykę Północną, a na koniec w słonecznej Italii, gdzie armia gen. Andersa zasłynęła bohaterską szarżą na Monte Cassino. Mało tego, w książce mamy rozdziały obrazujące życie polskich uchodźców na antypodach, w Australii, Nowej Zelandii, a nawet w Meksyku.

To, czego dowiadujemy się z książki, jest porażające. Z jednej strony gehenna Polaków z kresów wschodnich, poddanych nieludzkiej eksterminacji przez reżim stalinowski po zagarnięciu terenów wschodniej Polski we wrześniu 1939 roku. Zsyłki na Sybir, gułagi, obozy pracy, głód, nędza, choroby i śmierć, ustawicznie towarzysząca uchodźcom przez całe lata. Wiemy już o tym, jak bolesnym symbolem okrucieństwa Stalina stał się Katyń, miejsce wymordowania tysięcy polskich oficerów przez NKWD. Wiemy też o bestialskich mordach i pożogach ludności polskiej na Wołyniu i Podolu, dokonanych przez ukraińskie bandy UPA. Z drugiej strony tułaczka po całym świecie tych co przeżyli, status uchodźców zależnych tylko i wyłącznie od politycznego nastawienia władz lub stosunku tubylców do obcokrajowców.

To jest dla mnie najbardziej szokujące. Dlaczego się o tym nie mówi, dlaczego nic o tym nie wiemy?! Dlaczego dopiero ta książka dostarcza wiarygodnych informacji o tragedii polskich rodzin tułaczych, o tym że polscy uchodźcy byli na całym świecie i często spotykali się z daleko idącą pomocą i sentymentem w wielu krajach na wszystkich kontynentach, m. in. w Syrii? Pomocna dłoń ze strony ludności krajów często bardzo egzotycznych dla Polaków była dla nich ratunkiem i szansą przetrwania. To hańba, że dziś przed takimi samymi uchodźcami, jakimi byli wtedy Polacy, zamykamy nasze granice!

Książka Normana Daviesa liczy sobie prawie 600 stron. Nie jestem w stanie jej streścić, opowiedzieć wszystkiego. Zwłaszcza, że obfituje w bezpośrednie relacje dziesiątek osób, które zaliczyły tę drogę golgoty. To trzeba koniecznie przeczytać. Jestem pod takim wrażeniem, że nie mogę myśleć o tym spokojnie. Boję się o Polskę. Jak łatwo przekroczyć granice bezpieczeństwa w dzisiejszym świecie pełnym niepokoju. Jak łatwo utracić to wszystko, co udało się nam po wojnie osiągnąć. Od ponad półwiecza mamy kraj wolny, niepodległy i mamy pokój. A przecież tak łatwo to wszystko utracić. Nam się wydaje, że wiemy co to znaczy wojna. Nie boimy się jej, bo mamy silną armię i jesteśmy w NATO. Tak samo myśleli Polacy w 1939 roku. Hitlerowskie Niemcy nie były groźne, bo mieliśmy zawarte sojusze z Francją i Wielką Brytanią. I co się okazało? W niecały miesiąc Polska utraciła niepodległość, została ponownie rozdarta przez Niemcy i Związek Sowiecki, a setki tysięcy Polaków straciło nie tylko swój dom, rodzinę, przyjaciół. Zostali skazani na niekończącą się tułaczkę, by tylko ratować życie i zachować resztki nadziei na powrót do ojczyzny.

Wraz z fotografem Januszem Rosikoniem, Norman Davies wyruszył w ślad armii Andersa. Odwiedził Rosję, Iran, Izrael, Włochy, a nawet Nową Zelandię i Afrykę. Książka zawiera nieznane relacje świadków oraz liczne zdjęcia dokumentujące tę fascynującą podróż Szlakiem Nadziei.

Oddaję głos autorowi książki, Normanowi Devisowi:

– Generał Anders i jego armia należą już do historii. Cierpienia i dążenia ludzi już się skończyły. I dlatego właśnie istotne jest, by nowe pokolenia dowiedziały się, co się wydarzyło i oddały hołd triumfowi ludzkiego ducha. Gdyby współcześni Polacy lepiej znali swoją historię, nie byliby tak skłonni do lekceważenia osiągnięć narodu z ostatnich dwudziestu pięciu lat.

„Szlak Nadziei” to wielka książka. Nie myślę tu o jej rozmiarach. To książka, która odsłania w całej rozciągłości tułaczy los dziesiątków tysięcy rodaków, rozrzuconych po całym świecie. Towarzyszyła im jedna wielka nadzieja – powrót do Ojczyzny, by móc uklęknąć i ucałować skrawek polskiej ziemi, by poczuć się wolnym i bezpiecznym. Co zrobić, byśmy z tragicznych doświadczeń naszych antenatów potrafili wyciągnąć logiczne wnioski?

Stanisław Michalik

Tagi: ,