Dwa wyroki

Polecamy17 stycznia, 2017

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Leżą przede mną dwa wyroki Sądu Okręgowego w Świdnicy, wydane przez ten sąd pod przewodnictwem tego samego sędziego. Pierwszy z 16 grudnia 2002 r. w sprawie zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza Henryka Ś. oraz drugi z 26 października 2016 r. w sprawie śmiertelnego pobicia Piotra G., mieszkańca wałbrzyskiej dzielnicy Biały Kamień. Łączy je osoba przewodniczącego składu orzekającego, liczba oskarżonych, oraz fakt, że Prokuratura, na podstawie przeprowadzonego śledztwa, nie była w stanie wskazać roli, jaką w momencie przestępstwa pełnili poszczególni oskarżeni. Różniło zaś to, że w pierwszym przypadku oskarżonymi byli dwaj nieletni, znani wcześniej policji z różnych – powiedzmy – młodzieńczych wybryków, a w drugim przypadku, dwaj funkcjonariusze policji z komisariatu, w którym – według wielu mieszkańców Wałbrzycha – również im spuszczono solidny łomot. Fakt, że żadnemu z oskarżonych nie można było przypisać konkretnej roli w przestępstwie spowodował, że oba procesy miały charakter poszlakowy, co oznacza, że sąd orzekał o winie nie na podstawie twardych dowodów wskazujących na sprawstwo każdego z oskarżonych, lecz na podstawie tak zwanego zamkniętego łańcucha poszlak, wskazującego na fakt główny. Tym, co nie znają prawniczego języka wyjaśniam, że poszlaką jest jakiś fakt uboczny, dzięki któremu można wnioskować co do faktu głównego, którym jest ustalenie sprawcy przestępstwa. Na przykład osoba została zamordowana skalpelem chirurgicznym, a u oskarżonego w mieszkaniu zabezpieczono właśnie taki skalpel, chociaż nie ujawniono na nim żadnych śladów wskazujących, że to właśnie nim ofiarę pozbawiono życia.

W przypadku zabójstwa antykwariusza za zamknięty łańcuch poszlak sąd przyjął zeznania jednego świadka (anonimowego), który w sposób łatwy do obalenia twierdził, że widział wchodzących do antykwariatu, a następnie wybiegających z niego trzech nieznanych mu (rzekomo) mężczyzn. Aby zaistniał ten zamknięty łańcuch poszlak, sąd przyjął, że tworzą go zeznania trzech innych świadków anonimowych, którzy w tamtej sprawie nie mieli sądowi nic do powiedzenia, poza tylko tym, że ten pierwszy świadek opowiedział im, co rzekomo widział, czyli tyle, co prokuratorowi, a później sądowi. Ot i wszystko. Natomiast w sprawie śmiertelnego pobicia Piotra G., sąd wskazał okoliczności, które są w spawie bezsporne: około godz. 17-tej dwaj oskarżeni policjanci przywieźli Piotra G. do komisariatu, gdzie sprawami proceduralnymi związanymi z dowiezionym zajął się Paweł H. Następnie o 17:30 Piotr G. opuścił teren komisariatu i od godz. 17:37 do 17:52 dzwonił do kilku różnych osób, którym mówił, że został pobity w komisariacie przez „pały”, bolą go żebra i nie może oddychać. Następnie o godz. 18:01 jedna z kamer prywatnego monitoringu ulicznego zarejestrowała, jak idzie chwiejnym krokiem obok z jednej ze wspólnot mieszkaniowych. Natomiast o 20:58 komenda miejska otrzymała informację telefoniczną, że w pobliżu jednego z domów leży człowiek i okazało się, że są to zwłoki Piotra G. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną zgonu były liczne obrażenia wewnętrzne, spowodowane ciosami pięścią lub kopniakami oraz nie wykluczone, że jakimś przedmiotem. To są bezsporne fakty. Reszta to jedynie domysły.

Aby zmniejszyć wagę tych faktów – sąd w moim przekonaniu – zaczął bardzo drobiazgowo rozwodzić się nad pewnymi drugorzędnymi różnicami pomiędzy treścią zeznań złożonych w śledztwie w 2013 roku i tymi złożonymi przed sądem w 2016 r. Różnice tę są oczywistym efektem biegnącego czasu, podczas którego świadkowie na pewno wielokrotnie na ten temat rozmawiali, wysłuchiwali dziesiątki komentarzy i opinii, co niewątpliwie musiało mieć znaczący wpływ na treść ich późniejszych zeznań. Dlatego podstawowe znaczenie winny mieć zeznania złożone jako pierwsze. Jednakże sąd uznał te drugorzędne w istocie różnice za tak istotne, że zrodziły one jego przekonanie o istnieniu niedających się usunąć wątpliwości, co należy przyjąć na korzyść oskarżonych. Wspomnę tylko, że przy sprawie wałbrzyskiego antykwariusza, wszystkie pojawiające się wątpliwości zostały przez sąd praktycznie zignorowane i przyjęte na niekorzyść oskarżonych. Opierając się jedynie na przypuszczeniach, sąd uznał też – chociaż nie ma na to jakiegokolwiek dowodu, lub poszlaki – że po opuszczeniu komisariatu Piotr G. na pewno z pił z kimś alkohol i mógł zostać pobity przez swoich kompanów lub inne osoby. Przy sprawie antykwariusza nie był skłonny do przejęcia tezy, że dwaj oskarżeni mogli po wejściu do antykwariatu dojrzeć zwłoki i w panice z niego uciec. To parzcież też logiczne przypuszczenie. Tak samo logiczne jak to, że Piotra G. pobił ktoś inny, bo umarł w jakiejś odległości od komisariatu. Przypuszczenie to ma być uzasadnione faktem, że w krwi Piotra G. stwierdzono 7,1 promila alkoholu, a tyle na pewno nie mógł mieć w momencie opuszczania tego przybytku, gdzie zresztą nie dokonano sprawdzenia przy użyciu alkomatu. Jednakże jeden z biegłych nie wykluczył możliwości błędu z uwagi na nieprawidłowe pobranie i przechowywanie krwi przed badaniem. Błąd jest więc prawdopodobny, co powoduje, że uzyskany wynik jest niepewny. Dlatego dziwić może, że sąd nie zważał na to, iż w stanie takiego opilstwa Piotr G., nie miał zdolności do samodzielnego przemieszczania się, wszak już przy stanie 1,5 promila (tak ustalono), kiedy zarejestrowała go kamera, jego chód był mocno zachwiany. Jeżeli we krwi stwierdzono 7,1 promila, to dalsze ewentualne spożywanie alkoholu musiałoby mieć miejsce tam, gdzie zwłoki znaleziono, albo w nieodległym  gdzieś w pobliżu. Z materiału dowodowego nie wynika jednak, aby w okolicy tego miejsca ujawniono ślady jakiejś libacji (Piotr G. musiałby wypić co najmniej jeden litr wódki), śladów pobicia, czy chociażby zgłoszenia awantury. Ponadto wszystko wskazuje na to (brak w uzasadnieniu informacji), że Piotr G. nie został okradziony, co przy takich podwórkowych libacjach i pobiciach jest raczej normą, o czym sąd winien z doświadczenia zawodowego wiedzieć.

Podstawowym argumentem, będącym kluczowym powodem uzasadniającym uniewinnienie jest to, że na podstawie zebranych materiałów nie można wskazać, który z oskarżonych bił i w jaki sposób to czynił, a więc zachodzi nie dająca się usunąć wątpliwość, którą sąd rozstrzygnął na ich korzyść.

I znów spoglądam na uzasadnienie wyroku (25 lat pozbawienia wolności) z 2002 roku, gdzie ten sam sąd okręgowy (i ten sam przewodniczący składu orzekającego) w identycznej sytuacji uznał, że nie ma znaczenia, który z oskarżonych strzelał do antykwariusza, albowiem pomiędzy nimi musiała zachodzić akceptacja dla dokonywanego czynu. A przecież i w tej sprawie bicie zatrzymanego, chociażby tylko w obecności innych funkcjonariuszy, musi się odbywać przy ich akceptacji.

Nie mnie oceniać, czy owi policjanci są winni obydwaj, czy też tylko któryś z nich, albo, że ten drugi bijący nie został prze śledczych ustalony, bo od tego jest już w tym przypadku sąd apelacyjny, który nad złożonymi apelacjami na pewno mocno się pochyli. Mnie zastanawia też dlaczego prokuratura i oskarżyciel posiłkowy, jak również i sam sąd, nie zainteresowali się bardziej szczegółowo wątkiem „grubego” policjanta, o którym Piotr G. wspominał jednemu ze świadków. Sąd stwierdził, że – poza oskarżonymi – dwaj inni funkcjonariusze obecni na terenie komisariatu nie mają cechy, które uzasadniałyby użycie określenie „gruby”. Tymczasem poza nimi była też funkcjonariuszka, której prokuratura, oskarżyciel posiłkowy i sąd jakby nie zauważali, co mnie bardzo dziwi, zważywszy na ten właśnie przymiotnik i opowieści, jakie na jej temat wśród „klienteli” tego komisariatu, krążą. Sąd nie bez kozery wspomniał też, że spośród całej piątki policjantów, tylko jeden z nich wyraził zgodę na badania poligraficzne, których efektem była opinia biegłego, że funkcjonariusz ten nie brał udziału w pobiciu, natomiast posiada skrywaną wiedzę na temat tego kto i w jaki sposób faktycznie bił ofiarę i nie był to jeden z oskarżonych, ale inny, obecny w komisariacie funkcjonariusz. Nadzieja w tym, że sąd apelacyjny to dostrzeże i cofnie sprawę do etapu śledztwa, w którym – moim zdaniem – krąg podejrzewanych koniecznie trzeba rozszerzyć.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

 

***

Wyjaśnienie

 

W nr 50 Tygodnika DB 2010 z 22.12.2016 r., w felietonie „Nie chcę, ale muszę”, odnosząc się do problemu, czy bohaterka artykułu dopuściła się wykroczenia drogowego, skręcając z ul. Wysockiego w ul. Konopnickiej w Wałbrzychu stwierdziłem, że wykonany przez nią manewr był zgodny z przepisami ruchu drogowego. Otóż nie jest to do końca prawdą, albowiem – z uwagi na istniejące tam znaki drogowe (pionowe i poziome) – manewr zawrócenia na drugi pas (o przeciwnym kierunku ruchu) ulicy Wysockiego jest niedozwolony. W dalszym ciągu uważam jednak, że dozwolony jest skręt w lewo w ulicę Konopnickiej, w momencie kiedy kierujący znajdzie się na pasie ruchu ulicy Kolejowej w kierunku ul. Sikorskiego, bo właśnie z tego pasa, podczas wykonywania skrętu w lewo, można wjechać w tę ulicę. Aby całkowicie rozwiązać ten problem, zwróciłem się o opinię w sprawie organizacji ruchu na tym skrzyżowaniu do Krzysztofa Fili – kierownika Biura Transportu i Ruchu Drogowego Urzędu Miejskiego w Wałbrzychu. Opinię tę przedstawię w najbliższym czasie.

Janusz Bartkiewicz

Tagi: ,