Stan wojenny – wspomnienie

Polecamy14 grudnia, 2016

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Niedługo 13 grudnia i znów będziemy słuchać o tym, że „komunistyczna władza” napadła Polaków i wypowiedziała im wojnę, przez co dopuściła się tak zwanej zbrodni komunistycznej, której ściganie nie ulega przedawnieniu po wsze czasy. Nie chce mi się już pisać o tym, że gdyby nie tamta decyzja władz PRL to mielibyśmy prawdopodobnie nie stan wojenny, ale stan wojny z „wielkim bratem” z Moskwy, który wraz „mniejszymi braćmi” z Pragi i Berlina, otoczył nasze granice szczelnym kordonem wojskowym, czekającym tylko na znak dany z Moskwy. Tyle już na ten temat napisano, że naprawdę nie ma sensu więcej.

Dla mnie wprowadzenie stanu wojennego zachowało się w pamięci niezbyt poważnie, a po latach jestem skłonny powiedzieć, że humorystycznie nawet. Chodzi mi oczywiście o zdarzenie, które mi się wówczas przydarzyło – podkreślam to, aby ktoś mnie zaraz nie napadł, że żarty z tej tragedii sobie czynię. Otóż pamiętam, że w sobotę 12 grudnia 1981 roku, wraz z kilkoma kolegami wyszedłem z komendy około dwunastej, ponieważ nakazano nam stawić się ponownie do służby o 18.00, z uwagi na akcję skierowaną przeciwko osobom poszukiwanym. Utkwił mi w pamięci jej kryptonim: „Pierścień”. Uznaliśmy, że mamy sporo czasu i wybraliśmy się do restauracji hotelu „Sudety” na piwo. Kilka stolików od nas biesiadowało dosyć mocno rozbawione towarzystwo, a wśród nich mój dobry znajomy z ZSMP, którego pod koniec lat 70-tych poznałem jako etatowego wiceprzewodniczącego tego związku w kopalni „Wałbrzych”. W tamtych czasach był to etat Komitetu Zakładowego PZPR, a kolega ten był politycznie bardzo zaangażowanym działaczem młodzieżowym, cieszącym się zaufaniem w strukturach zakładowych i miejskich PZPR. 12 grudnia 1981 r. tej wesołej gromadce przewodził dlatego, iż od pewnego czasu był przewodniczącym MKZ Wałbrzych i Zarządu Okręgu Wałbrzyskiego NSZZ Solidarność Dolny Śląsk. Nie dziwiłem mu się, że z organizacji socjalistycznej znalazł się w nowych robotniczych związkach, bo przecież na solidarnościowych transparentach, wywieszanych od 1980 roku jak Polska długa i szeroka, widniało pierwsze ich podstawowe hasło „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”. Byli wyraźnie podekscytowani, ponieważ prawdopodobnie oczekiwali na informacje o decyzjach, jakie miały zapaść w Gdańsku, gdzie właśnie kończyła obrady Komisja Krajowa Solidarności, która m.in. zastanawiała się nad zorganizowaniem na dzień 17 grudnia wielkiego wiecu w Warszawie, tzw. Zlotu Gwieździstego. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypomnę, że zlot ten miał na celu sprowadzenie, na godz. 17.00, do Warszawy na plac Defilad setek tysięcy Polaków oraz zorganizowanie o tej samej godzinie wielkich manifestacji w kilkunastu większych miastach Polski. Nie skrywanym celem było doprowadzenie do paraliżu nie tylko samej stolicy i innych miast, ale przede wszystkim władz państwowych, co miało być wstępem do „rozprawienia się z komunistyczną władzą”. Ale ta władza zdawała sobie sprawę, że taki obrót wydarzeń niechybnie uruchomi lawinę militarnej interwencji ze strony Moskwy, Berlina i Pragi. Dlatego też postanowiła uprzedzić to nieszczęście i uniemożliwić obcą interwencję, poprzez samodzielne zaprowadzenie porządku. Pamiętam, jakie słowa kierowali w naszą stronę biesiadujący w hotelowej restauracji, ponieważ mój znajomy (kolega?) dobrze wiedział, że jestem funkcjonariuszem MO i z kim siedzę przy stoliku. I zapewniam, że nie były to słowa i gesty przyjazne, a mógłbym z czystym sumieniem powiedzieć, że raczej obraźliwe. O godzinie 18.00, na odprawie w wydziale kryminalnym, dowiedzieliśmy się, że w wyznaczonych dwójkach mamy dokonać sprawdzeń osób, które ostatnio zostały zwolnione z zakładów karnych i aresztów. Ja z kolegą Andrzejem S. otrzymałem rejon Nowego Miasta, gdzie w tamtejszym komisariacie o godz. 19:30 mieliśmy spotkać się z dzielnicowym, który miał nam pomagać. Zapowiedziano, że akcja ma trwać aż do odwołania, co nas bardzo zdumiało, ale nikt nie podejrzewał, że coś się szczególnego może wydarzyć. Kiedy spotkaliśmy się z przydzielonym nam dzielnicowym, jakoś tak mimochodem poinformowałem go, że w moim mieszkaniu trwa przyjęcie towarzyskie z okazji urodzin przyjaciółki mojej ówczesnej żony. Wówczas on zaproponował, abyśmy sobie odpuścili te sprawdzenia, bo on jest na tym terenie dzielnicowym ponad 10 lat i wszystkich tych gagatków doskonale zna i sam sobie poradzi. A więc sam dokona sprawdzenia i sporządzi raporty. Ważne jest, abyśmy w poniedziałek rano (przed godz. 8:00) do niego przyszli i je podpisali oraz zabrali ze sobą, bo musieliśmy przekazać naszemu przełożonemu. Z takiej koleżeńskiej przysługi nie można było nie skorzystać i podziękowawszy dzielnicowemu, szybciutko taksówką pojechaliśmy na Podzamcze (bo Andrzeja oczywiście zaprosiłem do siebie). Fajnie i wesoło było, bo nasza córka akurat przebywała u dziadków w Świdnicy, więc mogliśmy sobie trochę pofolgować. Ale co dobre, długo nie trwa. Chyba dobrze już po północy ktoś zdecydowanie zapukał do drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że sąsiad, ale był przecież uprzedzony. Otworzyłem je z myślą, że będę się musiał usprawiedliwiać. Ale za drzwiami stało dwóch milicjantów w grubych zimowych płaszczach, z hełmami na głowach i kałachami na piersi. W pierwszej chwili pomyślałem, że przyjechali po mnie, bo zerwałem się z tej ważnej niby akcji. Ale oni po potwierdzeniu kim jestem, przekazali mi rozkaz, że mam natychmiast stawić się w KWP, bo jest wojna. Pamiętam dobrze, że takie właśnie padło określenie. O tej porze na Podzamczu nie kursował już żaden autobus. Zresztą oni przekazali mi, że autobusy nie kursują i nie ma na mieście żadnej taksówki. Do komendy musimy dostać się we własnym zakresie. Gdy poinformowałem gości mojej żony o tej wojnie, i że nie jest to żaden dowcip, wywołało to olbrzymie wrażenie. Nie pomylę się, że wręcz przerażenie spotęgowane śnieżącym ekranem telewizora i milczącym radiem, co było znakiem, że jednak coś niedobrego się dzieje. Nakazałem żonie, aby rano wraz ze swoją siostrą i przyjaciółką (mieszkała w Dzierżoniowie) jakoś się do Świdnicy dostały, a ja później miałem się z nimi skontaktować. Nie miałem pojęcia, że cała komunikacja tej nocy i w dniu następnym stanęła. Do komendy, z tak zwanego buta, dotarliśmy z Andrzejem około drugiej w nocy, ale na szczęście w panującym rozgardiaszu, ta nasza samowolka jakoś naczelnikowi umknęła. W tym czasie na Mazowiecką wracały wcześniej wysłane grupy, które dokonywały zatrzymań przeznaczonych do internowania działaczy Solidarności, co mnie i Andrzeja ominęło przez to, że mieliśmy do czynienia z bardzo uczynnym dzielnicowym. Później wszyscy siedzieliśmy w komendzie – nic nie robiąc – przez całą niedzielę i dopiero wieczorem pozwolono części z nas udać się do domów, z zakazem ich opuszczania. Do pracy mieliśmy stawić się rano, Jak zwykle po to, aby ścigać przestępców, a nie ukrywających się członków związku, w tym tego mojego byłego kolegi z ZSMP.

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tagi: ,