Czego Jaś się nie nauczy…

Polecamy16 listopada, 2016

beata-zolnieruk

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszyscy znamy powiedzenie: czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. I w tym kontekście często zastanawiam się nad tym, co tak naprawdę siedzi w głowach ludzi, którzy za wszelką cenę starają się obalić podstawowe prawa ekonomii i usiłują nam wmówić, że rozdawanie pieniędzy jest dobre, a konkurencja sprawdza się tylko wtedy, jeśli istnieje w warunkach rynku regulowanego. Wbrew tej – jakże ostatnio modnej – polityce rozdawczej istnieje przecież niezaprzeczalne prawo ekonomiczne i – co za tym idzie – są pewne prawidłowości ekonomiczne, które nijak się mają do działań wprowadzanych w życie przez obecnie rządzących. Owe prawidłowości polegają na tym, że po określonym zdarzeniu (działaniu lub czynności) stale następują inne określone zdarzenia, przy czym następstwo to zachodzi w czasie. I tak niższa cena danego produktu (przyczyna) powoduje wzrost zakupów tego produktu (skutek), wzrost podatków (przyczyna) powoduje zmniejszenie wpływów do budżetu w dłuższym okresie (skutek) – krzywa Laffera, spadek popytu na skutek wzrostu cen (przyczyna), powoduje zmniejszenie podaży (skutek). Mam wrażenie, że – wbrew logice – te nieodwracalne prawa ekonomii, regulujące podstawowe mechanizmy rynkowe, ktoś usilnie chce odwrócić do góry nogami, wmawiając nam, że wszystko to, w co wierzyliśmy do tej pory i co wkładano nam do głów przez kilka lat studiów, jest najzwyczajniej w świecie nieprawdziwe, a co najważniejsze i najgorsze w tym przypadku, ludzie w to uwierzyli! Szukałam na ten temat artykułów i znalazłam. Coś takiego naprawdę istnieje i zostało nazwane przez autora negaekonomią. Negaekonomia to zjawisko odwrócenia tradycyjnie pojmowanych relacji ekonomicznych. „Otrzymujemy zapłatę nie za konsumpcję, a za brak konsumpcji, nie za pracę, a za powstrzymanie się od pracy, nie za zdeponowanie pieniędzy w banku, ale za ich pożyczenie z banku” (autor Mirosław Kachniewski). Brzmi dosyć znajomo, nieprawdaż?

Nie mam pojęcia jak długo Polska będzie szła w kierunku negaekonomii, ale wiem jedno: tylko głupiec wierzy, że społeczeństwo przyszłości uwolni się od praw ekonomii. Człowiek rozsądny ma nadzieję, że nauczy się je w końcu respektować. Mając na względzie dobro przyszłych pokoleń i dążąc – mimo wszystko – do poszanowania podstawowych praw ekonomicznych, powinniśmy przy okazji toczącej się właśnie debaty nad reformą w szkolnictwie, wdrożyć do szkół program nauczania ekonomi już od szkoły podstawowej. Nasze dzieci wychodzą ze szkoły ze znajomością wielu ważnych zagadnień, ale kiedy zapytamy je jaką rolę pełni pieniądz w gospodarce, co to jest podaż i popyt oraz jakie muszą być spełnione warunki do tego, aby można było mówić o wolnym rynku i uczciwej konkurencji, to z góry wiem, że większość z nich nie odpowie nic, bo nie znają podstaw ekonomii. Sceptycy odpowiedzą zaraz, że przecież dziecko nie musi tego wszystkiego jeszcze wiedzieć i że nie każdy w przyszłości chce zostać biznesmenem. Problem polega jednak na tym, że cały schemat nauczania od okresu dziecięcego idzie w tym kierunku, że uczymy dzieci społecznie akceptowanych, czyli umownych schematów zachowań, a mówiąc prościej, nasze dzieci przesiąkają od najmłodszych lat tzw. negaekonomią, a ponosić będą w przyszłości skutki działania obiektywnie istniejących praw ekonomicznych, niezależnie od tego, czy uświadomią sobie ich istnienie, czy też nie…

Zapewniam wszystkich, że dużo lepiej jest wtedy, gdy społeczeństwo dokonuje wyborów w sposób świadomy. Stare powiedzenie mówi, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci i chyba nikt nie zaprzeczy, że przyzwyczajenia i wiedza nabyta w młodości decydują o późniejszych zachowaniach, a ujemne wartości nabyte w przeszłości nie dają się później wykorzenić, czego najlepszym dowodem są bez wątpienia poczynania kolejnych rządów naszego kraju.

Beata Żołnieruk

Od redakcji: autorka jest prezesem okręgu wałbrzyskiego partii Wolność, członkinią zarządu partii; prowadzi działalność gospodarczą.

Tagi: ,