Sen na rocznicę

Polecamy2 listopada, 2016

 

andrzej-basinski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miałem sen. Obrazy, kto wie, może i prorocze, ujrzałem nad ranem 25 października, w pierwszą rocznicę wyborów. Nazwę je pociągiem, który po niespodziewanym przełożeniu wajchy przez szalonego kolejarza, popędził ślepym torem kończącym się urwiskiem. Pasażerom pozostało długie oczekiwanie na pomoc lub niebezpieczna wspinaczka z bagażami na szczyt wzgórza i wypatrywanie innych sposobów dalszej podróży. Ale wracam do snu.

Ujrzałem bodaj setną miesięcznicę na Krakowskim Przedmieściu. Na drabinkę wszedł prezes. Tu dygresja. Kiedyś człowieka z Żoliborza nazwałem prezesem +, a innym razem oberprezesem. To był błąd. Proponuję, by unikać dodawania różnych przedrostków i wyrazów na określenie tego człowieka. Dajmy sobie spokój z nadprezesem, superprezesem i innymi nowotworami, a także naczelnikiem. Dzięki takim dodatkom J.K. nabiera poczucia wyjątkowości i szczególnej misji. Ale jestem daleki od narzucania komukolwiek czegokolwiek. A pozostanę przy prezesie.

Mały człowiek jak zwykle pokrzykiwał o zbliżaniu się do prawdy, nie omieszkał wspomnieć o tych, którzy… itd., zahaczył o zdrajców, podkreślił konieczność zwierania szyków oraz zapowiedział rychłe i totalne zwycięstwo. W pewnym momencie spostrzegłem, że – zapewne pod wpływem oklasków i okrzyków poparcia – prezes zaczął się dziwnie nadymać. Szybko zorientowałem się, że to puchło ego prezesa. Stopniowo przeistaczał się w balon o zarysach człowieka i w pewnym momencie uniósł się nad drabinkę, a następnie poszybował ku przestworzom. Jakiś dziwny, wewnętrzny głos podpowiedział mi, że celem powietrznej eskapady prezesa są wyspy Hula Gula, gdzie wśród miejscowej ludności będzie krzewił uczucia patriotyczne, pomocne do zbudowania nowego społeczeństwa. W nadwiślańskim kraju jego misja dobiegła końca. Nadszedł czas na kolejne wyzwania. Prezes nie potrafił egoistycznie ograniczyć je tylko do swojej udręczonej ojczyzny, bo – w jego przekonaniu – reszta świata także potrzebuje radykalnej odnowy.

Tłumek wokół drabinki najpierw jęknął, a zaraz potem zawył z rozpaczy. Ale przecież nadzieja umiera ostatnia. Z początku cicho, a następnie coraz głośniej rozległo się skandowanie: „ An-to-ni, An-to-ni!”, bo wśród pisowskiego ludu, jak zawsze przy tej okazji, był człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Stanął przy drabince, powiódł po zebranych hipnotycznym spojrzeniem i ze swoim upiornym uśmiechem Mefistofelesa zapowiedział kontynuację dzieła prezesa oraz to, że na zdrajców i zaprzańców nadchodzi ostatnia godzina. Przez chwilę miałem nadzieję, że i on straci ostatecznie kontakt z ziemią, gdyż w przeszłości, także tej bliskiej, daleko odlatywał, ale nic gwałtownego już się przy drabince nie wydarzyło. Mój kraj czekało nowe męczeństwo i kolejne kompromitacje. I z tym ponurym uczuciem otworzyłem oczy.

 

* * *

 

25 października 2015 roku w moim głębokim przekonaniu zasługuje na miano Dnia Ciemniaka lub Dnia Świra, co na tych łamach starałem się niejednokrotnie udowadniać. Inne, nasuwające się określenia, to: Dzień Buraka, Dzień Wstydu, a nawet Dzień Hańby. Muszę jednak uważać, by przy okazji rocznicy przełożenia wajchy przez szalonego kolejarza, nie zostać źle zrozumianym przez żonę. To bowiem dzień naszej rocznicy ślubu.

Andrzej Basiński

Tagi: