Kłaniam się czapką do ziemi!

Polecamy26 października, 2016

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Październik, to miesiąc, który nieodłącznie kojarzy mi się ze szkołą i Dniem Nauczyciela. To skrzywienie zawodowe, ale trudno się dziwić, skoro w szkole spędziłem drugie tyle życia, co w domu. Najpierw jako uczeń, potem nauczyciel. Dopiero teraz – na stare lata – przyzwyczajam się żyć bez szkoły. Ale wracam do niej bez przerwy wspomnieniami. I właśnie na tej fali retrospekcji chcę napisać o roli i znaczeniu szkoły w poznawaniu świata.

Przypominam sobie z lat dziecięcych jak ogromne wrażenie wywarła na mnie szkolna wycieczka do Krakowa. To były wczesne lata pięćdziesiąte w niewielkiej wsi nad Jeziorem Otmuchowskim. Do Krakowa pojechaliśmy pociągiem. Tak mi się zdaje, że była to moja pierwsza podróż wagonem osobowym. Wcześniej podróżowałem tym środkiem lokomocji w wagonie towarowym. To była podróż tuż po wojnie ze Starego Sącza na Ziemie Odzyskane. Ojciec powrócił po sześciu latach z niewoli niemieckiej, lecz byliśmy bez środków do życia. U niemieckiego bauera nauczył się pracy na roli. Teraz na ziemiach poniemieckich pojawiła się szansa na pozyskanie gospodarstwa rolnego. I tak się też stało. Ale z tamtej podróży na zachód niewiele pamiętam. Miałem wtedy sześć lat. Wycieczka do Krakowa, to zupełnie coś nowego. W pociągu udało mi się zająć miejsce przy oknie. Dzięki temu mogłem non stop oglądać przemykające przed oczyma obrazki z naszej polskiej krainy.

Potem był Rynek krakowski, kościół Mariacki z hejnałem płynącym z wieży i oczywiście Wawel. Duże wrażenie wywarła na mnie wijąca się szeroką wstęgą pod Wawelem Wisła, zaś na Wawelu – Smocza Jama. To wszystko wryło się w pamięć i tkwi do dziś, stanowiąc podwalinę patriotyzmu. Kraków pokochałem na zawsze, bardziej niż Warszawę, którą poznałem znacznie później, już jako początkujący nauczyciel, współorganizator szkolnej wycieczki dla moich uczniów w boguszowskiej szkole podstawowej. I w Krakowie, i w Warszawie miałem okazję bywać potem częściej, ale pierwsze olśnienia okazują się najtrwalsze.

W liceum pedagogicznym jeździliśmy na wakacyjne obozy wędrowne w góry. W ten sposób poznałem i Karpaty, i Sudety, i Góry Świętokrzyskie. Potem, jako nauczyciel, sam stałem się organizatorem lub współorganizatorem wycieczek szkolnych. Na takich wycieczkach poznałem Wybrzeże. Zobaczyć Bałtyk, zanurzyć w nim stopy, to było moje marzenie od dziecka. Teraz udało się je spełnić na obozie w Międzyzdrojach, a potem w Ustce i w Łebie. Bałtyckie trójmiasto – Gdańsk, Gdynię i Sopot, miałem okazję zwiedzić nieco później na wycieczkach autokarowych, organizowanych dla nauczycieli i pracowników szkolnych z Jedliny-Zdroju. Co roku wyjeżdżaliśmy gdzie indziej, a więc i w Bieszczady, i w Beskidy do Bielska-Białej, i do Gniezna, Poznania, Kruszwicy. Podróżowaliśmy też pociągiem do NRD, podtrzymując przez wiele lat koleżeńskie kontakty ze szkołą i domem dziecka w jednym z miasteczek nad Łabą.

Było tego tak dużo, że dziś – po latach – trudno byłoby to zliczyć i usystematyzować. Wniosek nasuwa się jeden: to był niezwykle ważny i w ówczesnych realiach ekonomicznych i ustrojowych jedyny sposób bliższego poznania kraju. Te wycieczki były też prawdziwą szkołą życia.

Mamy dziś inną Polskę. Świat się zmienił skutkiem rozwoju techniki (telewizji, telefonii, komputeryzacji i motoryzacji). Łatwiej jest wyjechać w Polskę, a punktem zainteresowań stają się atrakcyjne miejsca w całej Europie, a nawet dalej – na świecie. Nie zmieniło się jedno – wciąż ważną rolę w poznawaniu świata przez dzieci i młodzież spełnia szkoła. Nadal niezwykle cenionymi są nauczyciele – wędrownicy, a więc tacy nauczyciele, którzy potrafią rozpalić wśród uczniów płomień zainteresowania turystyką i wraz z nimi wyruszyć w świat. A w jego poznaniu dobrze jest zacząć od własnego podwórka. Spenetrować najbliższą okolicę, poznać walory miejsca, gdzie znajduje się nasz rodzinny dom. A potem podążać dalej.

Trudno znaleźć coś równie drogocennego w pracy szkolnej. Wycieczki szkolne to najlepszy, najbardziej skuteczny sposób zdobywania wiedzy i kształtowania własnej osobowości. A takich nauczycieli, którzy to robią, winniśmy stawiać na świeczniku. To są na ogół pedagodzy z krwi i kości. Należą im się słowa wdzięczności i uznania. Warto o tym pamiętać przy okazji Dnia Nauczyciela. Wprawdzie to już było – Dzień Nauczyciela mamy za sobą – moje życzenia mogą się wydawać spóźnione, ale myślę, że nie tak bardzo.

Do nauczycieli – turystów kieruję w pierwszej kolejności z tej okazji laurkę świąteczną wierszem:

 

niech Wam na wycieczkach szkolnych

czas najmilej płynie,

bo w nich uczeń jak ptak wolny,

a pamięć nie zginie,

 

w sercach dzieci ślad na życie

pozostanie trwały,

ich przewodnik – nauczyciel

to człowiek wspaniały,

 

dziś przy pedagogów święcie

nućmy wszyscy pienia

i składajmy Wam w podzięce

najlepsze życzenia !

 

Oczywiście pozdrawiam serdecznie wszystkich nauczycieli. Wielu z nich ma inne, nie mniej pożyteczne pasje. Dzień Nauczyciela jest okazją by uścisnąć im ręce i szczerze podziękować za trud i poświęcenie dla dobra dzieci i młodzieży:

 

„Cząstka pracy wykonana

i znów cząstka, i znów cząstka,

i znów noc, i znów od rana

do cząstki dodana cząstka.

 

Słońce serca nam przeszywa

i biją wdzięczne blaskowi.

Rękami pchamy tworzywa

od bezkształtu ku kształtowi.

 

Kształtami świat zaludniają

do prac przyłożone dłonie.

Tętnią prace. Tak powstają

wiersze, domy i symfonie”.

 

(Konstanty Ildefons Gałczyński, Pieśni)

 

 

Kłaniam się wszystkim Nauczycielom

po staropolsku – czapką do ziemi…

Stanisław Michalik

Tagi: ,