Październikowe refleksje

Polecamy13 października, 2016

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Październik, kto mógł wymyślić taką ponurą nazwę?! Próbuję odgadnąć źródłosłów słowa październik. Zaglądam do słownika, paździerz – zdrętwiałe części suchych łodyg lnu lub konopi, odpadające z włókien przy międleniu. I to miałoby stanowić o nazwie miesiąca? Październik bywa miesiącem kapryśnym, od czasu do czasu oszałamiającym przy słonecznej pogodzie, zwłaszcza w górach lub w otoczeniu lasów, a zdarza się, że zimnym, deszczowym, mglistym, kiedy niebo zasnute bywa czarnymi chmurami.

Z październikiem u nas w kraju wiąże się nieodłącznie określenie „złotej polskiej jesieni”. Bywa, że przesuwa się ono w czasie sięgając połowy listopada. To jest czas, kiedy w obszarach górskich doświadczamy tego, co moglibyśmy sobie wyobrazić jako niebiańskie rozkosze raju. Świat wokół nas staje się przecudowną mozaiką kolorów. W blasku słońca lub wieczornych zórz staje się on niepojęty, nieogarniony. Wobec tego, co nas otacza, nie ma żadnych egzystencjonalnych lub badawczo-naukowych interpretacji. I właśnie dlatego myśl o Bogu, niepojętym stwórcy tego wszystkiego, co nas otacza, jest absolutnie na miejscu. Ktoś to musiał stworzyć. Próby wytłumaczenia, że stworzyła to natura w drodze ewolucji są tak samo abstrakcyjne jak zapisy Pisma Świętego, że Wielki Bóg załatwił to wszystko w ciągu sześciu dni, a siódmy przeznaczył na odpoczynek.

Pomijmy wytwory żydowskich mędrców, rzekomo natchnionych przez Boga, którzy spisali dzieje narodu żydowskiego w Piśmie Świętym, a przy okazji pokusili się o wytłumaczenie, skąd się wziął świat i człowiek na ziemi, komu i czemu ma służyć. Trudno traktować poważnie opowieść o grzechu Adama i Ewy, którzy pokusili się – mimo zakazu – zerwać jabłko z drzewa mądrości. Skutkiem tego zostali oni ukarani zesłaniem na ziemię, stali się pierwszymi ludźmi na tym padole płaczu, a na ich potomstwie, czyli całej ludzkości – aż do dziś – ciąży ten grzech pierworodny, za który musimy pokutować. Nawet będąc człowiekiem dobrej wiary nie jesteśmy w stanie z tym się zgodzić.

Jest jedna zagadka, której nie jest w stanie rozwiązać jak dotąd nikt. Nosi ona nazwę – sens istnienia. Inaczej mówiąc: po co człowiek żyje na ziemi, skoro to wszystko, czego doświadczymy i osiągniemy kończy się tak samo, nieodwracalnie – śmiercią. Dla wielu z nas wiara w Boga jest ratunkiem, ona pozwala wytłumaczyć wszystkie absurdy Pisma Świętego, bo przecież wiara nie potrzebuje naukowych uzasadnień. Po prostu: to czego nie potrafimy zrozumieć przyjmujemy na wiarę.

Przypominam sobie anegdotę z książki młodopolskiego pisarza Tadeusza Boya Żeleńskiego „Obiad literacki. Proust”: spotkali się nad jeziorem dwaj wędkarze, wierzący i ateista. Ten pierwszy zarzucił wędkę i po chwili wyciągnął ją, ale zamiast ryby na haczyku wisiała kartka z napisem: Nie istnieję. Bóg. A na to ateista mówi: A widzisz! Zapamiętał się ateista w przeświadczeniu, że przekonać wierzącego może tylko za pomocą materialnych dowodów. Kiedy niedowiarstwo staje się wiarą, głupsze jest od religii.

W dalszej części dyskusji przy literackim, stole z udziałem kilku wybitnych paryskich pisarzy i myślicieli, jeden z braci Goncourt oświadcza: największa siła religii chrześcijańskiej tkwi w tym, że ona jest religią smutków, nieszczęść, zgryzot, chorób, wszystkiego, co utrapia duszę, serce, ciało… Zwraca się do tych, co cierpią. Przyrzeka pociechę tym, co jej potrzebują, nadzieję tym, co są zrozpaczeni. Religie starożytne to były religie radości człowieka, uczty życia. To jest różnica taka, jak między wieńcem z róż, a chustką do nosa. Dlaczego więc najbardziej religijne są kobiety? A dlatego, że religia jest u kobiety częścią płci.

Religia dowartościowuje kobiety, jest dla nich miejscem spełniania się ukrytych, mistycznych ciągot.

Nie znam nic piękniejszego, mówi Saint Victor, niż wielkie święto w katedrze Sw. Piotra w Rzymie: kardynałowie czytający swe brewiarze, rozwaleni w fotelach. Tak, religia katolicka to w gruncie rzeczy bajeczna mitologia. Spektakl teatralny najwyższej wody. Aktorzy – doświadczeni mistrzowie sceny. W świetle jupiterów stanowią doskonałe uosobienie mądrości i pokory. A do tego poprzebierani ministranci, kadzidła, muzyka organowa, śpiew i modlitwy. Nikt nie roztrząsa kim są w rzeczy samej kardynałowie. Dla nich dogmaty wiary, to jak reguły w wiście, trzeba im się poddać, ale nie przywiązują do nich wagi. Dogmaty są dla wiernych, a rolą kardynałów jest umieć przekonać wiernych do ich przestrzegania.

Zapędziłem się trochę w tym pierwszo październikowym rozmyślaniu. Ktoś może się zadziwić dlaczego akurat teraz. Za niecały miesiąc będzie lepsza okazja, bo będziemy 1 listopada prawie wszyscy obchodzić uroczyście Dzień Wszystkich Świętych – na cmentarzu. Niestety, taką mamy tradycję. Trudno pojąć dlaczego na cmentarzu z okazji Wszystkich Świętych, ale nie jest to najważniejsze. Idziemy na cmentarz z zupełnie innych powodów. I przy tej okazji skupiamy się – mimo woli – nad sensem życia ludzkiego.

Moje zaś dzisiejsze refleksje wiążą się z pierwszą tego rodzaju akcją strajkową kobiet w proteście przeciw PiS-owskim próbom absolutnego zakazu aborcji i stosowania środków antykoncepcyjnych. To, że PiS zdecydował się rozpętać tę burzę, jest skutkiem nacisku hierarchów naszego Kościoła Katolickiego i toruńskiego możnowładcy, zwanego ojcem Rydzykiem. Trudno godzić się z taką ingerencją kościoła w państwie różnowyznaniowym, które konstytucyjnie zapewnia świeckość, a w ślad za tym oddzielenie kościoła od państwa.

Nasuwa mi się skojarzenie nazwy października od paździerzy, czyli jak wspomniałem na wstępie od „zdrętwiałych części suchych łodyg, odpadających przy międleniu”. Tak mi się wydaje, że wcześniej czy później to, co próbują narzucić społeczeństwu tzw. stróże moralności, niekoniecznie swojej, ale cudzej, ulegnie wkrótce zmiędleniu.

***

Co to znaczy się przepoczwarzać?

Odkąd żyję w państwie islamskim, nie odważyłem się otworzyć TVP Kurskiego, choć nie jestem rasistą, ale po prostu boję się infekcji pislamu znacznie bardziej niż Islamu i nie znoszę oglądania gęb, które wywołują u mnie odruch wymiotny. Nie będę wymieniał których, bo szkoda czasu i mogło by to być uznane za próbę kompromitacji demokracji w nowoczesnej PiS-owskiej wersji, która kiedyś była nazwana demokracją ludową, a dziś demokracją narodową. W rzeczy samej należało by ją nazwać totalitarną, albo zainfekowaną wirusem, który kiedyś zyska nazwę „pietrzakowski” od znanej kabaretowej chorągiewki, służącej jak nieodrodny wasal wszystkim systemom politycznym w Polce, zwanej Janem Pietrzakiem.

Ten kabareciarz stara się być po raz kolejny idolem mas, podobnie jak w PRL-u, tak samo w III Rzeczpospolitej, a potem w IV Rzeczpospolitej Kaczyńskiego, a teraz w Rzeczpospolitej Pislamskiej, bo przecież trzeba być na ołtarzu tam, gdzie są profity. Brawo Janku, kiedyś śpiewałeś: „żeby Polska, żeby Polska, żeby Polska była Polską”, a już wtedy myśleliśmy wszyscy po cichu, żeby była przynajmniej Irlandią. Ale twój patriotyzm był niczym innym jak nihilizmem, albo po prostu pragmatycznym podejściem do kasy, bo żyć trzeba i trzeba korzystać z politycznej mamony niezależnie od tego, czyja ona jest, byle była szczodra. Taki patriotyzm wywołuje u mnie dreszcze.

Przyrodnicze zjawisko przepoczwarzania jest na tyle znane inteligentnym ludziom, a Jan Pietrzak do nich należy w całej swej okazałości, że trudno nie mieć zastrzeżeń, jeśli istota myśląca próbuje korzystać z tej przyrodniczej właściwości. Przecież człowiek mimo, że jest produktem naturalnej ewolucji gatunków, to jednak różni się od świata flory i fauny tym, że ma rozum, wielu z nas uważa, że ma duszę, że powinien kierować się zasadami etyki. Wyznawcy religii katolickiej mówią o sumieniu, o miłości bliźniego, o odpuszczaniu grzechów. Mówią też nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.

Chyba się jednak zapędziłem w oczekiwaniach tego, co stanowi ideę człowieczeństwa, od tego czego można by oczekiwać od kabareciarzy pokroju Jana Pietrzaka. Ten człowiek czuje się Mesjaszem, ma manię prześladowczą, ustawiczne pretensje do ograniczania jego wolności. Gdyby nie te ograniczania, twierdzi Jan Pietrzak, to byłby w stanie spowodować, że dzisiejsza Polska byłaby rajem:

– „Wolność słowa nie polega na tym, że można mówić, co się chce, tylko na tym, że jest do kogo mówić. Problem zaś polega na tym, że ja jestem ograniczany, zajmują się tym ludzie, których umownie nazywam świniami” – mówi w rozmowie z Magdaleną Rigamonti satyryk Jan Pietrzak.

A może panie Janku chodzi o to, że kurczy się asortyment ludzi, którzy chcą pana słuchać. Jeśli dzisiaj w państwie pislamskim, pan – jako gorliwy wyznawca smoleńskiej hipotezy zamachowej – ma nadal pretensje do tego, że „świnie” ograniczają panu możliwość śpiewania swoich songów, to może zmieni pan oborę?

Ja zaś cieszę się wolnością, bo mam (póki co…) nieograniczoną swobodę w używaniu nośnika stop na pilocie telewizyjnym i dzięki temu w telewizji oglądam tylko programy sportowe. Nie oglądam, nawet gdyby była taka możliwość, satyryka Jana Pietrzaka, bo po prostu on sam stał się dla mnie uosobieniem kpiny z poważnego artysty – kabareciarza.

Ale zdaję sobie sprawę z tego, że są nadal tacy, dla których jest idolem. Wciąż przecież są widzowie, u których punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – w danej chwili.

Stanisław Michalik

Tagi: ,