Trudne miłosierdzie

Polecamy21 września, 2016

basinski felieton

 

 

 

 

 

 

 

 

Papież Franciszek od pewnego czasu znowu przebywa w Watykanie, dzięki czemu niejeden Polak, w tym kościelni hierarchowie, oddychają z ulgą pełną piersią. Obecność w nadwiślańskim kraju następcy św. Piotra, dla wielu była okresem otuchy, nadziei i dobrego słowa, ale dla innych był to czas nieznośnej konieczności udawania wzniosłego nastroju i uduchowienia, chociaż mają do Ojca Świętego stosunek niechętny, lekceważący, a nawet wrogi. Niektórzy z nich, o czym jestem święcie przekonany, zasiadali w pierwszych rzędach przy franciszkańskiej trybunie, strojąc obłudnie stosowne do uroczystego nastroju miny, zwłaszcza, kiedy człowiek w bieli mówił o miłosierdziu. Wiwat hipokryzjo!

Miłosierdzie to uczucie z najwyższej półki, bodaj najważniejsze. Stanowi fundament nauki Kościoła, najbardziej miarodajny miernik wierności zasadom chrześcijańskim, świadectwo wartości moralnej wiernych. Mówienie o miłosierdziu nic nie znaczy, jeśli nie jest poparte czynami, stałym udowadnianiem, jak ważny jest bliźni i jego dobro. To frazesy i banały, ale chyba należy je powtarzać zwłaszcza teraz, gdy rzeczywiste intencje wielu chrześcijan tak bardzo odbiegają od ich deklaracji. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o nieszczęsnych uchodźców, ale również o inne sprawdziany chrześcijańskiej postawy.

Obóz władzy wraz ze swoim oberszefem z miłosierdziem nie ma wiele – oględnie mówiąc – wspólnego. Tenże oberszef, zwłaszcza wówczas, gdy stoi na drabince podczas kolejnej miesięcznicy smoleńskiej, to symbol bezwzględności i nieprzejednania, którymi to truciznami regularnie zaraża i szczuje bezkrytyczny do bólu lud pisowski. „Wybaczymy, ale najpierw ukarzemy” – głosi człowiek z Żoliborza, a wtórują mu jego zajadli wielbiciele. Oczywiście, miłosierni. Głęboko miłosierny jest siedzący przy oberszefie na sali sejmowej wicemarszałek Terlecki, który nie oszczędził własnego ojca (upubliczniając informacje o jego współpracy z SB), miłosierdzie promieniuje z innego wicemarszałka Brudzińskiego, ich pryncypała Kuchcińskiego, z posłanki Pawłowicz, posła Pięty oraz ministrów Macierewicza i Ziobry. Daliby się pokrajać za bliźnich, o ile, przypadkiem oczywiście, sami ich wcześniej nie posiekają na najdrobniejsze kawałki. Obóz władzy jak tlenu potrzebuje do życia wrogów, których należy zgnieść, którymi gardzi i których nienawidzi. Zatem miłosierdzie w jego wykonaniu wyglądałoby pokracznie, a nawet koszmarnie.

Gorzej, że często trudno uwierzyć kościelnym hierarchom, a także pasterzom niższego szczebla w ich słowa o miłosierdziu. A przecież ich, że tak powiem, zawodowym obowiązkiem są nie tylko słowa, ale i czyny miłosierne. Lepiej chłostać z ambon słowami potępienia, surowego napominania, wygodniej żonglować ciężkimi grzechami i straszyć Sądem Ostatecznym. Politycy są ich gorliwymi uczniami, chociaż nie podsuwają maluczkim pierścieni do całowania. Papież Franciszek jest dla wielu kościelnych dostojników niewygodnym, a nawet groźnym odmieńcem, przeszkadzającym w formowaniu wiernych według starych przepisów i recept. Przykro tym pisać, ale w gronie polskich włodarzy Kościoła od pewnego czasu rozpaczliwie brakuje wielkich autorytetów, promieniujących szczególnym, uświęconym człowieczeństwem, własnym dobrym przykładem, miłosierdziem właśnie. Jednym z tych nielicznych wzorców był zmarły niedawno kardynał Franciszek Macharski. Polski Kościół w osobach hierarchów staje się coraz bardziej fundamentalistyczny, zachowawczy i oderwany od życia, a na dodatek nie przysparza mu autorytetu sojusz ze śmieszno-straszną władzą. Wielka szkoda…

Andrzej Basiński

Tagi: ,