Tygodnik DB2010

Wróci Waldenburg?

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

Polityka historyczna, prowadzona od ponad dwudziestu lat przez polską prawicę, czyli polski zjednoczony POPiS, poczyniła w polskich umysłach, zwłaszcza tych młodych, niepowetowane szkody, wyrażające się najczęściej całkowitą niewiedzą o faktach z naszej polskiej przeszłości. Promowana prze prawicę historia, oparta jest na interpretacji lub wymazywaniu faktów z przestrzeni publicznej.

Ostatnio przez cały kraj przelewa się histeryczne wymazywanie z tej przestrzeni wszystkiego, co w głowach nowych właścicieli Polski kojarzy się z tzw. komunizmem. I chociaż komunizmu nigdy w Polsce nie było, to nawet ludzie, którzy nie mają z polityką historyczną nic wspólnego, bezrefleksyjnie posługują się tym określeniem. Za propagujące totalitarny ustrój państwowy uważa się więc nazwy ulic i placów, których patronami są dawni uczestnicy walki z caratem, którym dziś przypisuje się „genetyczną skazę” wynikającą z tego, że byli członkami nielegalnych polskich organizacji socjalistycznych, czy socjaldemokratycznych. Wymazuje się ich z przestrzeni publicznej, chociaż – jako polscy patrioci – byli przez carat więzieni, wieszani i rozstrzeliwani. Wymazuje się też, jako symbol totalitaryzmu, poświęcenie i bohaterstwo polskiego żołnierza, który z sybirskich łagrów szedł wyzwalać Polskę od wschodu, bo innej możliwości wówczas nie miał. Ich trud, poświęcenie i bohaterską śmierć tych, którzy polegli, a także tych, którzy po wojnie rozpoczęli odbudowę zniszczonego totalnie kraju, wczorajsi i dzisiejsi władcy publicznej przestrzeni, uważają jedynie za „sowiecką kolaborację”, a ich samych za „komuszą hołotę”.

Przeciw nim stawia się – co jest pomysłem Bronisława Komorowskiego i całej Platformy Obywatelskiej – tak zwanych żołnierzy wyklętych, do których zalicza się nie tylko tych, którzy walczyli z nową polską władzą z pobudek naprawdę ideowych, lecz także całe rzesze pospolitych bandytów, dokonujących najzwyklejszych napadów rabunkowych z bronią w ręku i pospolitych mordów. Także tych, których działania zbrojne noszą niepodważalne (zauważone także przez dziecko POPiS, czyli Instytut Pamięci Narodowej) cechy zbrodni przeciwko ludzkości. Gdyby czynów takich dokonywano w czasach istniejącej już prawie realnie IV RP, niewątpliwie podwładni ministrów Ziobro i Błaszczaka mieliby ręce pełne roboty, bo zbrodnia nie ma kolorów politycznych. Zbrodnia zawsze pozostaje zbrodnią i nic tego nie zmieni, panie Bronisławie Komorowski i panie prezesie Jarosławie Kaczyński. Ja uważam, bo tak mnie w „komuszej Polsce” nauczono, że gloryfikowanie zbrodni jest również zbrodnią, czego zdaje się nie zauważają ci, którzy chlubią się swą ponoć bardzo niebezpieczną walką o wolną, ale przede wszystkim demokratyczną, Polskę.

O wolną i demokratyczną Polskę, zagrożeni tysiąckroć śmiercią walczyli moi rodzice, dzieci polskich przedwojennych polskich policjantów, wywiezieni z całymi rodzinami na Sybir, dla których ZSRR był państwem wrogim, bo przyczynił się do ich poniewierki i śmierci najbliższych, którzy trudów łagrów nie wytrzymali. Oni nie walczyli o jakiekolwiek idee „komunizmu”, Oni walczyli za wolność Polski, którą później, wraz z innymi, „których gnębił wróg”, z ruin odbudowywali.

Dziś to, co wówczas nie szczędząc zdrowia i sił odbudowali, uznaje się za „zagrabione przez komunę” i oddaje się przeróżnego rodzaju hochsztaplerom, wmawiając nam, że dzieje się to w imię sprawiedliwości społecznej. A jest to najzwyklejsza w świecie grabież, którą firmują wszystkie prawicowe partie polityczne, jakie funkcjonowały i funkcjonują w Polsce po 1989 roku. Jest to widoczny efekt polityki historycznej, która obecnym pokoleniom Polaków wmawia, że nacjonalizacja i tzw. dekret Bieruta, była niczym innym, jak komunistyczną grabieżą własności prywatnej. Ci piewcy „sprawiedliwości” wymazują ze społecznej świadomości fakt, że bez tego bierutowskiego dekretu odbudowa Warszawy (ale i innych polskich miast również) nie byłaby możliwa, bo właściciele zrujnowanych przez Niemców budynków i zakładów pracy, albo już nie żyli, albo nie mieli żadnych środków, by swoją własność odbudować i utrzymać. Dziś owoc trudu wszystkich Polaków, w oszukańczy, cyniczny i brutalny sposób, wyrywają kawałek po kawałku, a czynią to dzięki tym, którzy „o wolną i demokratyczną” niby walczyli, a dziś pozwalają niszczyć życie setkom tysięcy ludzi, których rodzice i dziadkowie Polskę z ruin odbudowywali i odbudowali.

Wymazywanie z naszej historii niewygodnych faktów powoduje, że za rabunek uważa się to, co w swych planach miały te siły polityczne, które szykowały się do odbudowy Polski we współpracy z całym zachodnim światem. Przecież polski rząd emigracyjny w Londynie przewidywał w swym programie przeprowadzenie nacjonalizacji najważniejszych dziedzin gospodarki i reformy rolnej, zdając sobie sprawę, że akty te będą dziejową koniecznością. Dlaczego zatem dziś wmawia się Polakom, że nacjonalizacja przemysłu i reforma rolna to tylko „komusza grabież” i nic więcej? Czy możemy się spodziewać, że już niedługo podniosą się głosy o „dziejową sprawiedliwość” dla polskiego ziemiaństwa, które do 1939 roku żyło na koszt ponad dwudziestu milionów polskich chłopów? Tych polskich obywateli, którzy nie dla przyjemności, ale z nędzy, do kościoła szli boso, aby buty włożyć tuż przed progiem. I nie jest to jakąś bajeczka, tylko smutny fakt z czasów II RP, tak samo jak chłopskie chaty pokryte słomianą strzechą, z klepiskiem zamiast podłogi i ogarkiem świecy (bo nafta była za droga). Kto nie wierzy niech obejrzy stare, przedwojenne fotografie i poczyta pamiętniki rodziców dzisiejszych miastowych inteligentów. Jeżeli nacjonalizacja była grabieżą prywatnej własności, to również i reforma rolna musi być, prędzej czy później, za taką uznana, a więc polski rolnik znów pozostać powinien jedynie ciemnym chłopem, tyrającym po to, aby panom żyło się znośnie. Jeżeli polska prawica (POPiS) chce wymazać z polskiej świadomości i przestrzeni publicznej wszytko, co się z tzw. komuną, czyli czasami PRL łączy, to niech nie staje wpół drogi. Najpierw niech przywróci stare niemieckie nazwy miast i wsi z terenu Ziem Odzyskanych (przecież Waldenburg na Wałbrzych przemieniła komusza zaraza), a następnie odda tym, którym ziemie te Stalin do spółki z Churchillem i Rooseveltem już w 1943 roku planowali zrabować. No i oczywiście zrabowali. Tylko, naprawiacze historii muszą wiedzieć, że ich przyjaciele z Ukrainy i Litwy, ani Wilna, ani Lwowa nie oddadzą. Ale jak się powiedziało „a”, to i „b” wypada powiedzieć również, a później cały alfabet. Nieprawdaż?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tags: ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej