Książka, która śni się po nocach

Polecamy21 września, 2016

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Już dawno nie byłem tak wstrząśnięty po przeczytaniu książki. Zadaję sobie pytanie, dlaczego tak mocno reaguję na powieściowe losy wydawałoby się fikcyjnych osób i zdarzeń? Przypominam sobie burzliwe emocje moich młodych lat po zetknięciu się wielką literaturą polską, a potem światową. Wtedy równie mocno jak dziś przy czytaniu powieści, o których powiem za chwilę, przeżywałem z przejęciem perypetie ich bohaterów. A potem śniły mi się po nocach. Z upływem czasu stałem się bardziej odporny uczuciowo i wybredny, choć wciąż odkrywam takie, które zwalają z nóg.

Tak też się stało z książką, która jeszcze nią nie jest, bo czytam ją w maszynopisie, a w całym tego słowa znaczeniu stanie się po wydrukowaniu i po dokonaniu jej „chrztu”. Ta uroczystość, o czym miałem okazję już napisać, będzie miała miejsce 9 października Anno Domini 2016 roku. A stanie się to w sanktuarium głuszyckiej kultury, zwanej, by było poważnie – Centrum Kultury – Miejska Biblioteka Publiczna w Głuszycy. Oczywiście, chodzi o książkę wrocławskiej powieściopisarki Jolanty Marii Kalety, a jej tytuł „Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy”.

Próbuję więc wyjaśnić sobie: skąd takie emocje związane z opowieścią, że zakłóca ona mój zazwyczaj spokojny sen? Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że o szczególnym zainteresowaniu tą książką decydują względy osobiste. Akcja powieści rozgrywa się w moim mieście – Głuszycy, a jej treść związana jest ściśle z tematem, który – obok promocji turystycznej ziemi wałbrzyskiej – stał się dodatkową moją pasją na emeryturze. Zagadkowa poniemiecka inwestycja militarna znana jako kompleks „Riese”, czyli „Olbrzym” w naszym górskim masywie Włodarza, części tajemniczych Gór Sowich, stała się moją obsesją, gdy znalazłem się w przepastnych podziemiach Osówki już jako burmistrz Głuszycy, podejmując w 1995 roku karkołomną decyzję zagospodarowania turystycznego tej niebywałej atrakcji. Rok wcześniej udało się to zrobić Józefowi Piksie, ówczesnemu wójtowi Walimia w Rzeczce pod góra Ostrą. Był on potem moim zastępcą i głównym inspiratorem tego przedsięwzięcia. O tym wszystkim pisałem w książkach „Niezwykłości Osówki” i dwóch częściach „Głuszyckich kontemplacji”.

W autorce książki, pani Jolancie, znalazłem pokrewną duszę. Podobnie jak ja, uległa fascynacji zagadką „podziemnego miasta”, ale Ona potrafi to oddać po mistrzowsku, wplatając w historię wydumane, lecz bliskie autentycznym losy ludzkie. „Riese”. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy” to druga książka, której akcja jest związana z powojennymi dziejami Głuszycy, Jedliny-Zdroju i Walimia. Wcześniej ukazała się równie dramatyczna i budząca podobne emocje powieść „W cieniu Olbrzyma”.

Ale nie tylko względy osobiste spowodowały, że czytałem te książki z wypiekami na twarzy. Zupełnie inaczej odbiera się treści z podręczników historii lub naukowych rozpraw, nawet wtedy gdy dotyczą one tragicznych losów ludzkich w czasach wojny lub na skutek prześladowań politycznych, a całkiem inaczej, jeśli dzieje się to z bohaterami książki, których zdołaliśmy polubić i docenić, skutkiem czego stali się nam bliscy.

Akcja książki „Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy” rozgrywa się w czasie, który – jak to nazwała autorka w tytule jednego z rozdziałów – tylko z nazwy był pokojem. Pierwsze lata powojenne na „dzikim zachodzie”, w tym wypadku na ziemi wałbrzyskiej, to – jak się okazuje – czas niezwykle ponury, zagmatwany i przerażający. Z chwilą przejęcia władzy przez żołnierzy sowieckich, a w kilka miesięcy potem przez delegatów polskich, zapanował tu chaos i rozprzężenie. Trudno było zaprowadzić ład i porządek. Zwłaszcza, że ziemie te zaludniły się przybyszami z różnych stron, różnej narodowości i mającymi różne interesy, najczęściej takie, by jak najszybciej wzbogacić się drogą zawłaszczenia dóbr pozostawionych przez byłych niemieckich gospodarzy. Znaleźli się tu agenci Wehrwolfu, tajnej niemieckiej organizacji zbrojnej, której celem było ukrycie i zabezpieczenie dokumentów zbrodniczej działalności hitlerowców, ale także nie lepsi od gestapo i esesmanów zwyrodnialcy sowieckiego NKWD i polskiego SB. Poznajemy w książce tragiczne losy wielu osób, które zostały wprzęgnięte w wojenno-polityczne rozgrywki toczącej się morderczej walki o władzę. Książka nie jest łatwa w odbiorze, nie da się jej przeczytać „po łebkach”. Łatwo zgubić się w meandrach zagmatwanych, pełnych zagadkowości losach głównych bohaterów. Z rozdziału na rozdział rośnie napięcie i emocje, dość często poruszające do granic wytrzymałości, gdy czytamy o torturowaniu niewinnych osób przez „organa bezpieczeństwa”. Autorka książki jest mistrzynią dialogów. Jest ich niezliczona ilość, bo książka liczy sobie ponad 300 stron i z nich poznajemy najlepiej realia codziennego życia społecznego w trudnym okresie powojennym, a także w czasach współczesnych.

Mam okazję podziwiać znakomitość pióra powieściopisarki, zwłaszcza w tej najnowszej książce o Riese. Widać jej dojrzałość artystyczną, ale trudno się dziwić, skoro jest to już dziesiąta, napisana przez nią książka. Są w tej książce prawdziwe klejnociki opisów przyrody i krajobrazów, które w gruncie rzeczy są wiernym, choć osobistym odczuciem powieściopisarki. Widać wyraźnie na każdej stronie jak wiele trzeba było poznać różnego rodzaju źródeł i dokumentów, opracowań naukowych i popularno-naukowych, artykułów prasowych i filmów, a także odbyć wycieczek, by z autopsji i wnikliwych obserwacji wypracować w swej wyobraźni w miarę autentyczny obraz tego, co mogło się dziać w tych smutnych i tragicznych czasach rodzenia się naszej, polskiej rzeczywistości na ziemiach zachodnich.

Nie piszę już nic więcej, bo tej książki nie da się opisać kilkoma okrągłymi zdaniami. Trzeba – i to koniecznie – ją zdobyć i przeczytać, po to byśmy wiedzieli, że żyjemy na ziemi, która po raz kolejny w swej historii, tym razem tuż po wojnie, była zroszona krwią, bardzo często zupełnie przypadkowych i niewinnych ludzi.

Stanisław Michalik

Tagi: , , , ,