Tygodnik DB2010

Idealizm czy naiwność?

 

bohun bartkiewicz

 

 

 

 

W sierpniu pojechałem z żoną do przychodni zdrowia w Świebodzicach (króciutkie terminy oczekiwania, super miła obsługa, nie trzeba stać w kolejce, bo wystarczy przyjść na wyznaczona godzinę), aby przeprowadzić niezbędne badania okresowe stanu zdrowia i kiedy już zostaliśmy tam „obsłużeni”, żona zaciągnęła mnie do znajdującego się tuż obok parku miejskiego. Nie po to by pospacerować po parkowych alejkach, ale by skorzystać z zainstalowanej tam siłowni plenerowej, którą swym bystrym okiem zrazu dostrzegła. Po godzinie, kiedy zziajana, ale bardzo zadowolona, wracała ze mną do samochodu, nagle „naskoczyła” na mnie, że tyle jej naopowiadałem o podobnym urządzeniu, które miało być zainstalowane na terenie wałbrzyskiego Podzamcza, a wciąż nie ma tam czegoś takiego, a bardzo by chciała mieć taką siłownię „pod nosem”. Fakt, namawiałem ją, jak i wielu moich znajomych, aby poparli projekt budowy takiej siłowni, przedstawiony przez Radę Wspólnoty Samorządowej Dzielnicy Podzamcze w Wałbrzychu. Miał być sfinansowany z tzw. Wałbrzyskiego Funduszu Partycypacyjnego, bowiem dzięki głosom mieszkańców tej dzielnicy, projekt ten okazał się zwycięski. Wielokrotnie pisał o tym na łamach Tygodnika DB 2010 w 2015 i w roku bieżącym (ostatnia publikacja z 09.06.br.) red. Andrzej Basiński. Ale siłowni plenerowej jak nie było, tak nie ma, chociaż po rozmowach z decydentami, działacze RWS, będąc niepoprawnymi optymistami, zapowiadali, że jej otwarcie nastąpi zaraz po wakacjach. A nie nastąpiło. Co jest Panie Prezydencie Miasta Wałbrzycha? Gdzie są nasze pieniądze z funduszu partycypacyjnego? Nasze, bo te 249 tys. zł. miały być przeznaczone na „nasz” projekt. Wołamy więc, tak jak kiedyś piosenkarz Kazik Staszewski: „Prezydencie, gdzie są nasze pieniądze?” Czyżby zostały przeznaczone na jakieś „pilniejsze” potrzeby, które miasto musi „ogarnąć”, a kasa miejska świeci pustkami, bo budżet nie tylko dziurawy, ale znacznie przeszacowany? Tak optymistyczne opowiadał Pan nam, mieszkańcom Podzamcza, że wygrany projekt, to „typowy projekt budżetu partycypacyjnego, osiedlowo użyteczny, stosunkowo łatwy do wykonania, w zamyśle projektantów dopełniający ścieżkę pieszo-rowerową”. Łatwy do wykonania? To gdzie ta siłownia jest u licha? Czyżby jej realizacja stopniem trudności inwestycyjnych i technicznych przewyższała nie tak dawno przeprowadzona modernizację ulicy Gagarina na Podzamczu, po której dzięki tej modernizacji, wygodnie, a nawet komfortowo, zmotoryzowani pacjenci mogą dojechać do swej ulubionej przychodni przy ulicy Klonowej? Nie chce mi się wierzyć, Panie Prezydencie. Pacta sunt servanda, czyli umowy zobowiązują, ciśnie mi się na usta. I już nawet nie chce mi się przypominać, że umów dżentelmeni dotrzymują.

* * *

Byłem w poniedziałek przesłuchiwany (razem z moim kolegą, również emerytowanym oficerem policji) w charakterze świadka przez prokuratora z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze. Nie jest istotna sprawa, której owe przesłuchanie dotyczyło, bo piszę o tym z zupełnie innych powodów. Już po podpisaniu protokołu przesłuchania wdaliśmy się z panem prokuratorem w raczej już prywatną pogawędkę, ale w pewnym stopniu odnosząca się do sprawy, w której zostałem wezwany do tej prokuratury. W pewnym momencie prokurator ów zapytał się mnie ile mam lat, na co zgodnie z prawda odpowiedziałem mu, że już niestety sporo. I wówczas usłyszałem od niego, że on chciałby bardzo, aby w moim wieku być takim jak ja idealistą. Dziwnie to w jego ustach zabrzmiało, bo w kontekście sprawy, w której byłem przesłuchiwany, wyglądało na to, że mam naiwną wiarę w to, iż kogokolwiek w tym państwie interesuje to, o czym zeznawałem. Jeżeli mówi to prokurator (dosyć wysokiego szczebla), to coś mi w „tej orkiestrze” nie gra. Tak się złożyło, że jeszcze tego samego dnia, wieczorem, zadzwonił do mnie mój kolega dziennikarz telewizyjny opowiadając, że jest na tropie kolejnej „afery” z wysokim funkcjonariuszem policji w tle. Funkcjonariusz ten, prowadząc postępowanie w sprawie katastrofy komunikacyjnej, usunął z akt sprawy ekspertyzę biegłego specjalisty (wysokiej klasy), aby winą za spowodowaną katastrofę (kilka osób poniosło śmierć) obciążyć kierowcę, który sam był jej ofiarą, a tym samym, aby faktyczny sprawca uciekł przed odpowiedzialnością. Na pytanie biegłego dlaczego w aktach sprawy nie ma tej ekspertyzy, policjant miał odpowiedzieć, by się tym nie interesował, bo to nie jego „broszka”. Po kilku latach (więcej niż 5) usłyszał w radiowej audycji tegoż policjanta, który obecnie pełniąc funkcję naczelnika wydziału ruchu drogowego w jednej z komend wojewódzkich policji, udzielał odpowiedzi dzwoniącym do studia słuchaczom. Biegły ów nie zdzierżył i zadzwonił, a następnie, będąc na „fonii” powiedział mu, co o nim myśli, używając słowa „przestępca”. Oczywiście oczekuje teraz na wyrok za obrazę funkcjonariusza, ale pyta: czy taki funkcjonariusz winien dalej pełnić tak wysoką i odpowiedzialną funkcję? Ile jeszcze takich spraw przeprowadził i doprowadził do skazania niewinnych osób? Ze sprawą tą już niedługo (być może) zapozna się cała Polska, ale czy ktoś z tego wyciągnie jakieś wnioski? Wątpię… Wszak czyn oficera policji (usunięcie dowodu) uległ już przedawnieniu ścigania (tak samo jak i odpowiedzialność dyscyplinarna), a więc może nawet o tym oficjalnie opowiadać, kpiąc sobie w żywe oczy nie tylko z prawa, ale i sprawiedliwości. Piszę o tym dlatego, że sprawa, w której byłem z kolegą przesłuchiwany, dotyczyła prawie identycznego problemu. Kiedy wracaliśmy do domu, rozmawialiśmy na temat tego idealizmu, na który uwagę zwrócił prokurator i doszliśmy do wniosku, że tu chyba nie o idealizm chodzi, jeno o naszą naiwność, która powoduje, iż jeszcze w jakieś ideały wierzymy. Ale czy to nasza wina, że urodziliśmy się i wychowaliśmy w zupełnie innej Polsce?

Janusz Bartkiewicz

www.janusz-bartkiewicz.eu

Tags: ,

Sorry, the comment form is closed at this time.

Tygodnik DB 2010 – Gazeta Aglomeracji Wałbrzyskiej