Śmiech w katedrze

Polecamy14 września, 2016

 

basinski felieton

 

 

 

 

 

 

 

 

Wakacje już za nami. Był to nie tylko czas beztroskiego relaksu (szczęśliwi są ci, którym nic nie mąci wypoczynku pośród urokliwej natury), ale i doniosłych wydarzeń, z których na czoło wybijają się Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Przy okazji przypominam, by o najważniejszej imprezie sportowej czterolecia nie mówić i nie pisać „olimpiada”. To błąd. Słowo to oznacza bowiem okres pomiędzy igrzyskami.

Wielokrotnie w tym miejscu zaznaczałem, jak duże znaczenie dla mojego samopoczucia ma kibicowanie imprezom sportowym. Czynię to od wczesnej podstawówki. Dzięki nim mogę się na pewien czas oderwać od skrzeczącej rzeczywistości, na czele z politycznymi awanturami, których mamy multum i nabrać do nich nieco dystansu. Śledząc sport z najwyższej półki, można się dodatkowo wyluzować np. po kontemplacji morskiego krajobrazu.

Rio nie przysporzyło mi jednak satysfakcji. Ponieśliśmy w igrzyskach porażkę, bilans startów biało-czerwonych pod figurą Chrystusa Odkupiciela jest ujemny. Po co to mydlenie oczu przez nietrzymających się ziemi hurraoptymistów zdobyciem 11 medali i rzekomym odczarowaniem liczby prześladującej naszą nację od igrzysk w Atenach? W Rio medali było więcej (o JEDEN!) aniżeli w Londynie, ale w klasyfikacji końcowej zajęliśmy dopiero 33. miejsce, niższe od tego sprzed 4 lat. W Europie wyprzedziły Polskę m.in. Holandia, Węgry, Chorwacja, Szwajcaria, Grecja, Dania, Szwecja, Ukraina i Serbia. Jak nasze osiągnięcie z Brazylii porównać do np. igrzysk w Montrealu (1976), gdzie zgarnęliśmy 26 krążków, w tym 7 złotych? Nie biorę pod uwagę IO w Moskwie, które zbojkotowało wiele krajów zgniłego kapitalizmu, na czele z USA (zdobyliśmy tam 32 medale), ale w Rzymie (1960) było tych krążków 21, w Tokio (1964) – 23, w Meksyku (1968) – 18, w Seulu (1988) – 16, w Barcelonie (1992) – 19, a w Atlancie (1996) – 17. Chciałbym nieśmiało uświadomić, że większość tego łupu zdobyliśmy w czasach rzekomo mrocznej komuny i czarnej dziury w naszych dziejach, która pogrążyła kraj w niewyobrażalnym upadku. Do tego mógłbym dołączyć długą listę międzynarodowych sukcesów polskiej kultury (np. filmu, teatru i literatury), ale nie będę się pastwił nad rodzimymi inkwizytorami, nie będę też przekrzykiwał demonów i upiorów w ludzkiej skórze, skłonnych obsesyjnie do oblewania przeszłości pomyjami i urządzania patriotycznych spektakli wątpliwej wartości…

Ale wróćmy do Rio. Cieszyłem się niebotycznym wyczynem genialnej Anity Włodarczyk, radowałem, ale i współczułem Piotrowi Małachowskiemu oraz pechowej Marii Andrejczyk (lekka atletyka to dla mnie sport nr 1), podziwiałem konsekwencję w dążeniu do najwyższego celu wioślarek: Magdaleny Fularczyk i Natalii Madaj, na każdym metrze trasy byłem z Rafałem Majką, urzekła mnie przesympatyczna pięcioboistka Oktawia Nowacka. Chylę czoła przed pozostałymi polskimi zawodniczkami (górą rzekomo słaba płeć!) i zawodnikami, dzięki którym znalazłem się na trochę w lepszym, wolnym od anomalii świecie. Za wyjątkiem przekleństwa dopingowego oczywiście, do którego dołożyliśmy swoją haniebną cegiełkę.

Jestem przeciwny twierdzeniom, że sportowcy posiadają jakiś szczególny immunitet, który chroni ich przed jakąkolwiek krytyką, bo przecież „chcieli dobrze”. Mierzi mnie ta sportowa poprawność. Zgoda, sportowcy ciężko pracują, poświęcają swoje życie prywatne, ale korzystają z milionowych państwowych (nie tylko) dotacji i różnorakiej pomocy, które to dary do czegoś w końcu zobowiązują. A tymczasem lista naszych rodaków, którzy w Rio kompletnie zawiedli jest bardzo długa. Pływacy, kajakarze, wioślarze, żeglarze, bokserzy, tenisiści, siatkarze, szermierze, ciężarowcy, część lekkoatletów…Wątpliwy prym wiedzie w tym względzie Paweł Fajdek, którego wcześniejsze ogromne sukcesy predestynowały do tego, by z palcem w nosie zainkasować złoto. Dostaję wysypki słysząc, że zawodnik „nie wie, jak to się stało”, że wyszło, jak wyszło. Na tym poziomie wyczynu i doświadczenia… Fajdkowi podobny numer do tego z Rio wyciął w Londynie i nie wyciągnął z niego wniosków. Współczuję mu jako człowiekowi, ale nie zawodnikowi, który powinien, u diaska, wiedzieć, że jeśli ma kłopoty z głową na najwyższej rangi imprezie, to musi z żelazną konsekwencją korzystać z pomocy psychologa, który sprawi, że na stadionie nie będziemy oglądali bezradnego dziecięcia w ciele Goliata, kompromitującego się w sposób tak spektakularny. Bliźniaczo zachował się kulomiot Bukowiecki, który trzykrotnie wyleciał z koła, by następnie „odważnie” głosić, że „dał d…”. A przygotowania i podróż kosztowały niemało…

Teraz władze polskiego sportu mają się zastanowić, co przedsięwziąć, by w Tokio było znacznie lepiej. Wraca pomysł, by skupić się, jak Węgrzy, na kilku medalodajnych dyscyplinach. A przedstawicielom innych, uzdolnionym i wytrwałym podziękować? Chyba stać nas na coś bardziej efektywnego, jak również na to, by jakieś tajemne siły nie odcinały notorycznie prądu Fajdkowi…

Na koniec wakacji wróciła okrutna polityka. W ostatnich dniach w oliwskiej katedrze pożegnano „Inkę” i „Zagończyka”. Oglądałem to wydarzenie z naiwną nadzieją, że obecny w gdańskiej świątyni prezydent RP przypomni sobie wreszcie, co deklarował podczas swojej inauguracji, a także później. Chodzi oczywiście o jednoczenie narodu. Doczekałem się za to napastliwego (znowu zdrajcy), kłamliwego (żołnierzy wyklętych jako pierwszy upamiętnił prezydent Bronisław Komorowski, a nie obecna władza) i nadętego (w obecności kościelnych hierarchów!) wystąpienia, okraszonego jadowitym uśmiechem, co wstrząsa w zestawieniu z żałobnym charakterem uroczystości. Przepaść została pogłębiona. Andrzej Duda niczego się nie nauczył i brnie w polityczną nicość, licząc zapewne, że jego partia, której ciągle jest gorliwym członkiem, rządzić będzie wiecznie i uchroni go od niesławy. Tak stronnicza postawa pierwszej osoby w państwie wzbudza moje (chyba nie tylko) obrzydzenie. Podobnie jak przyzwalające milczenie kościelnych dostojników.

Mam sporo szacunku dla pracy polskiej policji i mam do niej wiele zaufania, również dla ich szefa, nadinspektora Jarosława Szymczyka (jeśli chodzi o smutnego pana Błaszczaka, nie mam żadnych złudzeń, jego kolejne wystąpienia zwalają z nóg, jak stwierdzenie, że KOD to zwolennicy Bieruta i Jaruzelskiego). Ale to się może szybko zmienić. Niepokojący sygnał nadano w czasie uroczystości, o której powyżej. Wnikliwie obserwujmy. Jeśli policja będzie głaskała nacjonalistycznych (bądźmy szczerzy: nawiązujących do faszyzmu) łysoli i tatuowane karki, hołubione przez PiS jako element przydatny (jak kibole), a nie będzie stawała w obronie ludzi obecnej opozycji, przyczyni się do niebezpiecznego zachwiania i tak mocno nadwerężonej społecznej równowagi. Przyzwolenie na polityczne ekscesy i bezkrytyczna dyspozycyjność w stosunku do rządzących oraz ich zwolenników, skończy się społeczną degradacją ludzi powołanych do ochrony porządku publicznego, a może jeszcze czymś groźniejszym. 11 listopada służba ta stanie do poważnego egzaminu.

Lech Wałęsa uporczywie powtarza, że grozi nam wojna domowa. Zarzuca się mu przesadę. A ja apeluję, by jego słowa traktować poważnie i nie lekceważyć powstających zagrożeń, które pewnego, niekoniecznie pięknego dnia mogą wyrwać się spod kontroli…

Andrzej Basiński

Tagi: ,