Olga Tokarczuk – naszą dumą i nadzieją

Polecamy7 września, 2016

stanislaw michalik

 

 

 

 

 

 

 

Motto:

O Oldze Tokarczuk na melodię „Karuzeli z madonnami” Ewy Demarczyk:

 

„Słuchajcie madonny, madonny,

kreatorki ludzkich marzeń dozgonnych,

ludzie prości ciągle żyją nad ziemią

tam uroki i fantazje ich drzemią,

wszystkie barwnie malowane

w przepstrokate pąki

od spichlerza

od sadu

od łąki

 

Słuchajcie madonny, madonny,

mój głos czysty niczym klejnot koronny,

póki śpiewam pieśni dzienne i nocne,

czuję dźwięki krystaliczne i mocne,

każda nuta wypełniona blaskami zenitu

od południa

od zmierzchu

od świtu…

 

Słuchajcie madonny, madonny,

w mej kaplicy zalśnił klejnot koronny,

tak jak pierwszy promyczek nad Pietnem

wnet ozłocił to miejsce sławetne

teraz tłumy tu szukają od nocy do świtu

zapomnienia,

wytchnienia,

zachwytu …”

 

(Stanisław Michalik, Wałbrzyska Szopka Wielkanocna, Tygodnik Wałbrzyski, nr 16 z 2000 r.)

 

Wiadomość o przyznaniu Oldze Tokarczuk tytułu Zasłużony dla Miasta Wałbrzycha podnosi na duchu. Świadczy, że władze miejskie potrafią docenić osiągnięcia swoich byłych mieszkańców na polu kultury. Olga Tokarczuk na taki honor zasługuje ze wszech miar. To nasza chluba, powód do dumy i szacunku, a jej imię dodawać będzie splendoru Wałbrzychowi po wsze czasy. Dobrze, że znakomita powieściopisarka zgodziła się przyjąć ten tytuł i zagościła podobnie jak wielu innych zacnych gości na uroczystych obradach Rady Miejskiej Wałbrzycha. To doniosłe wydarzenie jest dobrą okazją by wybitnej pisarce poświęcić czas i jeśli tego nie zrobiliśmy dotąd – zbliżyć się do jej twórczości. Na zachętę – parę słów o jednej z jej powieści.

W tajemniczych okolicznościach ginie mieszkaniec wsi położonej na skraju Kotliny Kłodzkiej. Jego sąsiadka, Janina Duszejko, emerytowana nauczycielka i obrończyni zwierząt, wpada na pewien trop i zdradza go policji. Ale organa władzy nie traktują poważnie jej podejrzeń, mają złe zdanie o kobiecie, uchodzącej za ekscentryczkę, mieszkającej samotnie i pasjonującej się astrologią. Okoliczności kolejnych morderstw skłaniają jednak policję do innego spojrzenia na sprawę – oto najkrótsze streszczenie jednej z książek Olgi Tokarczuk, powieściopisarki bliskiej nam szczególnie, bo wyrosłej na naszej podsudeckiej glebie, zdobywczyni prestiżowych Nagród Literackich Nike 2008 i 2015. Nie, to nie są „Księgi Jakubowe” wiekopomne, monumentalne dzieło związane z historią Rzeczpospolitej Obojga Narodów, za które otrzymała Olga Tokarczuk Nike 2015. Powieść, do której przeczytania chciałbym zachęcić, jest wcześniej napisana i znacznie skromniejsza, a nosi przejmujący tytuł „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Znawcy literatury, bywalcy księgarń i bibliotek, znają Olgę Tokarczuk nie tylko z przekazów medialnych. Po przeczytaniu którejkolwiek z jej pierwszych, głośnych już w całym kraju powieści, takich jak „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom nocny”, „Ostatnie historie”, trudno byłoby się nie zachwycić. Każda z tych książek wciąga jak narkotyk, wprowadza nas w alegoryczny, wydawało by się utopijny, a przecież rzeczywisty świat życia wiejskiego. Zdumiewa nas, że chociaż jest to świat najbardziej prymitywny, ubogi, bo rzecz rozgrywa się w maleńkich wioszczynach górskich, a bohaterami są ludzie prości, sterani powszedniością trudów, wprzęgnięci w elementarny mechanizm „walki o byt”, to jednak – jak się okazuje – są to ludzie bogaci duchowo, wrażliwi i czuli na  piękno przyrody i krajobrazów, reagujący bezkompromisowo na kłamstwo, obłudę i nieuczciwość otoczenia. Dla mieszkańców utopionych w górach takich chociażby wsi jak nasza głuszycka Łomnica, Zimna Woda lub Sierpnica, powieści Olgi Tokarczuk są nadzwyczaj swojskie, bo dzieją się jakby tu, w ich wsi i są bliskie tutejszemu pojmowaniu świata i ludzi. Znamy z autopsji tę przyrodę, piękne krajobrazy, ale także uciążliwości życia górskich ustroni, zagubionych gdzieś w górach, odciętych od świata.

Powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych” stawia jednak nowe, niezwykle intrygujące pytanie. Dotyczy ono naszego stosunku do otaczającej nas przyrody i zwierząt. Dotyczy istoty człowieczeństwa, w którym idea ochrony życia, jako najwyższej wartości, w odniesieniu do świata zwierząt jest tylko grą pozorów. Dla lepszego poznania meritum książki przytoczę ciekawsze jej urywki. Na początek dwa obrazki z miejsca akcji powieści:

„Nasza osada, to kilka domów, które stoją na Płaskowyżu, z dala od reszty świata. Płaskowyż jest dalekim geologicznym krewnym Gór Stołowych, ich odległą zapowiedzią. Przed wojną nasza kolonia nazywała się Luftzug, czyli Przeciąg, dziś zostało z tego nieoficjalne Lufcug, bo oficjalnie nie ma nazwy. Na mapie widać tylko drogę i kilka domów, żadnych liter. Zawsze wieje tutaj wiatr, masy powietrza przelewają się przez góry z zachodu na wschód, z Czech do nas. Zimą wiatr staje się gwałtowny i świszczący; wyje w kominach. Latem rozprasza się w liściach i szeleści, nigdy nie jest tu cicho… Nie ma co się dziwić ludziom, którzy opuszczają Płaskowyż zimą. Trudno jest tu mieszkać od października do kwietnia, wiem coś o tym. Co roku spada tutaj wielki śnieg, a wiatr starannie rzeźbi z niego zaspy i diuny. Ostatnie zmiany klimatyczne ociepliły wszystko, tylko nie nasz Płaskowyż. (…)”

„Zima pięknie otula wszystko tutaj białą watą, skraca maksymalnie dzień, tak że gdy się nieopatrznie zasiedzi w nocy, można się obudzić w mroku popołudnia następnego dnia, co – przyznam szczerze – zdarza mi się coraz częściej od zeszłego roku. Niebo wisi tu nad nami ciemne i niskie, jak brudny ekran, na którym rozgrywają się nieposkromione batalie chmur. Po to są nasze domy – żeby chronić nas przed tym niebem, inaczej przeniknęłoby do samego wnętrza naszych ciał, gdzie podobna małej szklanej kulce, tkwi nasza Dusza. Jeżeli coś takiego w ogóle istnieje. (…)”

W tym maleńkim przysiółku, w którym przyszło żyć na stare lata bohaterce powieści, dzieją się rzeczy wzbudzające wstręt i oburzenie. Grupka myśliwych z lokalnego Kółka Łowieckiego na czele z komendantem policji i pod opiekuńczymi skrzydłami księdza proboszcza urządza sobie suto zakrapiane polowania, czując się przy tym zupełnie bezkarnie. Tutaj nie obowiązują żadne okresy ochronne, strzela się do wszystkiego co popadnie i kiedy tylko nadarzy się okazja. Ofiarą myśliwych padły też dwie wierne i oddane suczki, jedyne towarzyszki życia mieszkającej na tym odludziu samotnej kobiety. Trudno się dziwić, że przechyliło to do reszty czarę goryczy. Bohaterka książki podejmuje się walki o prawo do życia dla zwierząt z panującą wszędzie obojętnością , bezdusznością, hipokryzją. Decyduje się sama być w tej sprawie i sędzią, i katem. Jaki jest finał tej potyczki? Odpowiedzi na to pytanie poszukajmy w powieści. Oto kolejne urywki, wprowadzające w istotę problemu:

„Teraz wydało mi się jasne, dlaczego wieże strzelnicze, które przecież bardziej przypominają wieże strażników z obozów koncentracyjnych, nazywa się ambonami. W ambonie Człowiek stawia się ponad innymi Istotami i sam przyznaje sobie prawo do ich życia i śmierci. Staje się tyranem i uzurpatorem. (…)”

„Popatrzcie jak funkcjonują te ambony. To jest zło, trzeba ten fakt nazwać po imieniu: przemyślne, perfidne i wyrafinowane zło – budować paśniki, sypać tam świeże jabłka i pszenicę, wabić Zwierzęta, a kiedy się już oswoją i przyzwyczają, strzelać im z ukrycia, z ambony w głowę. (…)”

„Gdy przechodzicie koło wystaw sklepowych, na których wiszą czerwone połcie poćwiartowanego ciała, to myślicie że co to jest? Nie zastanawiacie się, prawda? Albo gdy zamawiacie szaszłyk, czy kotlet – to co dostajecie? Nic w tym strasznego. Zbrodnia została uznana za coś normalnego, stała się czynnością codzienną. Wszyscy ją popełniają. Tak właśnie wyglądałby świat, gdyby obozy koncentracyjne stały się normą. Nikt by nie widział w nich nic złego…

A przecież Człowiek ma wobec Zwierząt wielki obowiązek – pomóc im przeżyć życie, a tym oswojonym – odwzajemnić ich miłość i czułość, bo one nam dają o wiele więcej, niż od nas dostają. I trzeba, żeby one przeżyły swoje życie godnie… Kiedy się je zabija, a one umierają w Lęku i Grozie, jak ten dzik, którego ciało leżało wczoraj przede mną i wciąż tam leży poniżone, ubłocone i oklejone krwią, zamienione w padlinę – wtedy skazuje się je na piekło i cały świat zamienia w piekło. Czy ludzie tego nie widzą? Czy ich rozum jest w stanie wyjść poza małe, samolubne przyjemności?

Co to za świat? Czyjeś ciało przerobione na buty, na parówki, na dywan przed łóżkiem, wywar z czyichś kości do picia… Buty, kanapy, torba na ramię z czyjegoś brzucha, grzanie się cudzym futrem, zjadanie czyjegoś ciała, krojenie go na kawałki i smażenie na oleju.(…)”

Żeby pojąć dokładniej i zrozumieć skąd te gwałtowne słowa protestu i oburzenia, trzeba przeczytać całą książkę. Zarówno splot wydarzeń składający się na warstwę fabularną jak i liczne, niezwykle głębokie i dające wiele do myślenia refleksje bohaterki powieści, a w domyśle – jej autorki, czynią z tej pozycji ogromnie ważne wydarzenie w naszym życiu literackim. A myślę, że także w życiu dosłownym.

To jedna z pierwszych książek Olgi Tokarczuk, dziś jej dorobek twórczy doceniony dwoma nagrodami „Nike” zasługuje na najwyższe słowa uznania. Olga Tokarczuka to nasz prawdziwy skarb.

Stanisław Michalik

Tagi: , , ,